Reklama

Reklama

BLACKPINK "Born Pink": Granice wypieszczenia [RECENZJA]

Jeden z największych k-popowych zespołów powraca z albumem, który spełnia oczekiwania, ale niewiele dodaje od siebie.

Jeden z największych k-popowych zespołów powraca z albumem, który spełnia oczekiwania, ale niewiele dodaje od siebie.
Okładka albumu Blackpink "Born Pink" /materiały prasowe

Czy tego chcecie, czy nie, k-pop to światowy fenomen, którego wpływ na światowy mainstream trudno w tej chwili przecenić. Wspominając o gatunku, nie da się pominąć roli BLACKPINK w budowaniu popularności gatunku na rynkach zachodnich. W końcu mówimy o pierwszym k-popowym girlsbandzie, który miał okazję wystąpić na festiwalu Coachella. Ich rosnącą rolę podkreślał fakt wsparcia amerykańskich gwiazd pokroju Duy Lipy czy Lady Gagi, które gościły BLACKPINK na swoich krążkach. Nie wspominam nawet o przerażającej wręcz liczbie odtworzeń "How You Like That" czy "Kill This Love" na serwisach streamingowych.

Reklama

Cóż wam mogę powiedzieć o "Born Pink"? To, że na każdym kroku słychać, jakie kwoty idą w dopieszczenie tej pozycji? Że każda sekunda tego albumu wydaje się przemyślana od początku do końca? Że Lisa radzi sobie z rapowaniem dużo lepiej niż niejedna raperka, która wyssała słuchanie Rakima z mlekiem matki? Że to wręcz synonim idealnie wyprodukowanej pozycji popowej, która bierze wszystko, co jest na czasie i miesza to ze sobą na sposób absolutnie spójny? Przecież jeżeli choć chwilę zagłębiliście się w świecie k-popu, to wszystko już wiecie.

Już w rozpoczynającym płytę "Pink Venom" otrzymujemy masę elementów etnicznych, post-dubstepowy drop w refrenie, g-funkowe piszczały przyprawione rapem w drugiej zwrotce. Ba, w wersach nawet pojawiają się odniesienia do Notoriousa B.I.G. Trudno nie złapać się za głowę, słysząc w "Shut Down" trapowe bębny i 808-kowe basy podłożone pod melodię z "La Campanelli" Paganiniego. "Ready To Love" to już house'owe zabawy w zwrotkach, przechodzące w refrenie na pełnoprawne EDM-owe leady, o które oskarżylibyśmy chociażby grupę Major Lazer.

"Yeah Yeah Yeah""Hard To Love" (ta gitara w refrenie!) warstwą instrumentalną i matowym brzmieniem czerpią garściami z estetyki nu-disco, dzięki czemu z pewnością zachwycą wszystkich, którzy dwa lata temu zachwycali się "Future Nostalgią" Dua Lipy. "The Happiest Girl" to delikatna fortepianowa ballada, urzekająca przede wszystkim atmosferą i pomysłem na melodię wokalną.

Największa wada "Born Pink" tkwi w tym, że o ile k-popowe grupy przy każdym nowym krążku wymyślają siebie na nowo, tak tutaj za bardzo tego nie czuć. BLACKPINK wydają się w pełni kontynuować brzmienie i pomysł na siebie zgodnie z ścieżką, która została obrana wcześniej. Brakuje tu jakichkolwiek elementów zaskoczenia czy pomysłów naprawdę świeżych.

Z innej strony, czy faktycznie takowe zawsze muszą istnieć? Wszyscy oczekiwali wypieszczonej do granic możliwości k-popowej pozycji i właśnie to dostaliśmy. A to, że teoretycznie pełnoprawny album trwa zaledwie 24 minuty? To też nie jest ogromny problem, bo dzieje się tu masa rzeczy i skrywa się tyle smaczków, że ich odkrycie w pełni może zająć kilka posiedzeń.  

BLACKPINK, "Born Pink", Universal Music Polska

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Blackpink | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy