Reklama

Bisz / Kosa "Blady Król": Książę brak [RECENZJA]

Profesor Jarosław Jaruszewski ps. Bisz prezentuje rapowany wstęp do egzystencjalizmu. Przed zapoznaniem nawet nie proście o zaliczenie z muzyki miejskiej.

Bisz na okładce płyty "Blady król"

"Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość nie dająca się odgadnąć. W niczym oparcia. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się... Co dawne, jest już tylko impotencją, co nowe i nadchodzące, jest gwałtem. Ja, na tych bezdrożach anarchii, pośród strąconych bogów, zdany jedynie na siebie. Cóż chcecie, abym czuł w takiej chwili? Zniszczyć w sobie przeszłość? Oddać się przyszłości? Tak... ale ja już niczemu nie chciałem się oddawać samą istotą moją, żadnemu kształtowi nadchodzącemu - ja chciałem być czymś wyższym i bogatszym od kształtu" - napisał Witold Gombrowicz w "Transatlantyku".

Reklama

I bardzo niedobrze się stało, bo to wszystko to, co należy wiedzieć o nowej płycie Bisza i powinienem napisać to ja w tej recenzji, gdybym oczywiście tak umiał. Reszta będzie dolewaniem wody do tego koncentratu.

Bydgoski raper nie spuszcza z tonu i - przynajmniej w kwestii przekazu, bo o reszcie później - nie idzie na kompromis ze sobą i z możliwościami współczesnego odbiorcy. Rozlicza się z przeszłością, uwalnia się od dawnego siebie, gdy jakaś jego część wcale tego nie chce, broniąc się rękami i nogami, a raczej kłami i pazurami. To o człowieku uwięzionym w sobie, pozbawionym wolności.

Życiu rymującym nam Kafka (nie chodzi o mleczko i cukier, a o "Proces" i "Zamek") do Arkham (dom wariatów w komiksowym mieście zła Gotham). Artysta roztacza aurę rozczarowania i porażki z jakąś samożenującą próbą oswajania tej drugiej. Sięga po egzystencjalne ciężary i to dosłownie, wręcz podręcznikowo - mamy zatem stały konflikt wewnętrzny prowadzący do niepewności i dyskomfortu, poczucie samotności wśród ludzi i nieautentyczności życia, niezdolność do odnalezienia tożsamości.

Nie da się ukryć, że "Blady król" porusza kwestie trudne, a do tego stoi cały czas na poetycką baczność i to może irytować. Nie ma się co dać zwieść trapowym bębnom zalanym postrockowymi gitarami, ani tej odrobinie elektroniki, która kąsa nieśmiało i to głównie początek płyty. Album potrzebuje przyswajalnej muzyki, by jak koń trojański wjechał do głów słuchaczy.

Poza tym jest osobliwie niedzisiejszy, przynależny czasom "Człowieka, który chciał ukraść alfabet" Eldo, "Połącz kropki" Afro Kolektywu, "Nocy" Gresa i Snatcha i "Sinusa" oraz "Ciszy i Spokoju" Dużego Pe. Tylko że nawet wtedy wierszowatość tych płyt usiłowano bilansować, a Bisz cóż, we współczesny rap i jego przećpaną postironię trafia jak nastoletni autorzy opowiadań na fanpejdże lewicowych cyników.

Prosto w niego uderzyć i szczerze mówiąc, aż sam się o to prosi. Chciałoby się, żeby przylazł jakiś skacowany Świetlicki, ciężko westchnął spod papierosa i co nieco powykreślał - na przykład "sommeliera win i upokorzenia", "spłoszone sarny przychodzące do ciepłej dłoni", "lecące do ognia ćmy" i "krwawienie głodem". Liryczne skity przeplatające utwory i ważne dla narracji, wsparte są co prawda Saint-Exuperym i Nabokowem, ale już Proceente pokazał kiedyś, że i Czechow może brzmieć jak Coelho, jeśli tylko przesadzisz z emfazą.

A raper nie ma litości, jedzie na pełnym uniesieniu i do słodkiego jak ulepek akompaniamentu. Czasem pojawia się też niepokojąca myśl, że przeceniamy głębię przedstawianych refleksji - gość był w kinie na "Jokerze" i "Tenet", Sartre i Kierkegaard mignęli mu obok notatek ze studiów, gdy ścierał kurze w biblioteczce.

I tu potrzeba riposty, bo to nie tak. To że Bisz jest cały bez osłon, bez masek, głośno prowadzący proces przeciwko samemu sobie, funkcjonujący w trybie "chodźcie i współodczuwajcie ze mną wszyscy", musi budzić szacunek. Nie wiem, czy można dać z siebie więcej, bardziej sobą napisać, w każdym razie to nie jest żaden komercyjny powrót do "Wilka chodnikowego". Ale żar jest tamten.

Zapomnijmy o przeestetyzowanych zdjęciach i klipach, całej tej gotowości bojowej do stanięcia w Luwrze w roli eksponatu. "Blady król" ewidentnie ma rumieńce, chęć do grzebania w tym, dyskutowania o tym, co inni zamienili na Zanzibar, ekspres do kawy i miejsce parkingowe.

A warsztat? Na każdą przedobrzoną metaforę przypadają dwa wersy do cytowania z uznaniem: "za tym, w co wierzę / stałem sam tak długo, że teraz chyba pójdę siedzieć, "jeszczе czasami wyję jeszcze warczę / Na swój łańcuch dna i na swoją karmę". Gość umie dostrzec w niebie niebieski ekran błędu systemowego, w oczach córki zobaczyć Sudan, raz podeprzeć się Davidem Fosterem Wallacem, innym razem Adamem Bahdajem (Telemach w baggy jeanasach!) czy uruchamiającym lawinę nostalgii odliczaniem z dziecięcej zabawy ("99, 100, szukam"), obrócić wyświechtany frazes ("Jest mi tak przyziemnie").

Poza tym Bisz, choć wpada tu w manierę deklamacyjną, jest jednak raperem. I to jak zaczyna "Małego księcia" jest jednym z wejść roku. Tak, wiem, jest dopiero marzec, ale nic tego nie zmieni. Brawa dla FLicker Fox za pięknie nieśmiały refren, brawa dla mistrza ceremonii.

O muzyce Kosy nie będzie zbyt wiele, bo jest zupełnie służebna, drugoplanowa i ilustracyjna. Zwróciłem na nią uwagę ze dwa razy - w "Tracić", gdzie pomaga stać się dobremu kawałkowi bardzo dobrym, przetworzone próbki wokalne i migotanie basu pod koniec zdecydowanie robią robotę. I jeszcze w najsłabszym na krążku, rozwlekłym "Zbiegu",w którym producent brzmi jakby starał się o własną wersję houstońskiego "screwed" i średnio mu wyszło.

Najchętniej pisząc o tych kompozycjach używałbym słowa ładne - raz czyniąc to z przekąsem, a raz wcale nie. Przeszło mi na myśl, że będąc na poziomie Bisza i chcąc takiej oprawy, można było się odezwać do Hani Rani albo Grabka, a nie recyklingować rapowy underground. Z drugiej strony - Kosa to stary znajomy, "Blady król" jest trzecim wspólnym projektem, a chemia i klimat zdają się priorytetem. Cel osiągnięto.

Ostatni akapit sponsorować muszą słowa "na miejscu". Producent nie miał prawa wyjść przed szereg, bo to płyta niewyrachowana (mam wrażenie, że Bisz choćby chciał, to tak nie umie), co nie znaczy, że niedopięta. Upilnowany album konceptualny to rzadkość, a tu się udało. Po magicznym kwadracie Sator, słynnym "sator arepo tenet opera rotas" działającym tu jako ostateczna refleksja na temat losu, ale i zaklęcie ochronne dla słuchaczy (inni raperzy powtarzają raczej za Harrym Potterem "protego"), wieńczące całość "Jak dziecko" wyciąga rękę do "Fugi". Koło się zamyka.

Album pętli się już wcześniej, warto łuskać nie tylko wersy, ale i konstrukcje czy motywy, śledzić jak Mały Książę staje się Bladym Królem, jak kolejny raz w innym utworze wypływa w tekście moneta, dżoker, pięknie przegrana walka. Słucham tego tak intensywnie, że boli (ma boleć!) i choć nie zawsze mi po drodze z nabrzmiałością frazy, z cukrem w muzyce, wydaje mi się też, że dramaturgia nakazywałaby mocniej całość zakończyć, to przyznaję - mi to imponuje. Zwykle raperzy sprawiają, że sięgam po Apap, a tu proszę, Gombro. Co więcej, mnie to wzrusza.

Bisz / Kosa "Blady Król", PchamyTenSyf

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Bisz | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama