Reklama

Reklama

Berson "Żelbeton solo": Barbarzyństwo [RECENZJA]

Berson na bitach Atutowego to definicja energii życiowej i siły przebicia. Trudno o skuteczniejszy rap, choć to raczej dla słuchaczy regularnych, nie niedzielnych.

Okładka płyty "Żelbeton solo" Bersona

Mniejsza o muzykę, bo Atut - absolutny król rapowej produkcji roku 2020 - przygotuje wszystko to, na co raper i wytwórnia mają ochotę, ale nie może sobie pozwolić na nietrzymanie ręki na pulsie. Jeżeli patrzeć na rap, to Berson jest z innej epoki. Tej, gdzie swoją ksywkę (a właściwie kilka, bo wtedy miało się ich parę) i nazwę swojej ekipy powtarzasz w numerach do znudzenia. Tej, gdzie robisz, a nie mówisz, że zrobisz, a jak jesteś przesadnie rozmowny, złotousty, no to jesteś generalnie podejrzany. Gdzie może być ci ciężko, ale nie prowadzisz rymowanej kroniki swojego załamania nerwowego, nie składasz raportów ze stanu rozkładu pożycia w związku. Twarda bania, zaciśnięte pięści i z fartem.

Reklama

Przełamania flow, podwojone tempo nawijki, całe zestawy patentów na gryzienie bitu od różnych stron, zaśpiew? No nie, tego u artysty nie uświadczysz, co najwyżej znajdzie się kilka charakterystycznych dopowiedzi jak u Griseldy. Wersy do zacytowania? Raczej niewiele. Jakaś krótka fajna zbitka w stylu "asfalt jest mielony przez opony". Jakaś krzyżówka celnej diagnozy z automotywatorem w rodzaju: "dookoła dzieci we mgle albo dziad w oparach absurdów / chce mi się bardziej, do skutku, się nasiedziałem na murku". Jakieś sensowne pytania do "kolegów po fachu" pokroju "Ty coś typie umiesz, czy się tylko prężysz? Widzisz coś w ogóle oprócz tych pieniędzy?". Od takich powinno zaczynać się wiele wywiadów z raperami, zamiast bić pokłony za to, że w ogóle zechcieli ich udzielić.

"Rodzice uczyli przetrwać / Mama, że szukać mam piękna / Tata, że nie szklana szczęka" - słyszę od autora. I dochodzę do wniosku, że taty słuchał uważnie, lecz przy lekcjach mamy już raczej przysypiał. Żeby nie było, nie śmieję się z tego rapu, tu nie ma nic do śmiania, jednak przy linijce "mamy grację, polot" akurat parsknąłem. Cała stołeczna drużyna SP Zoo to - jak to ujęła Oliwka Brazil - "słodkie patusy", zestaw barwnych osobowości. Frosti ma markę (z której notowaniami bywa różnie, ale jednak), Włodar jako współczesny Johnny Bravo i dwumetrowa bestia Mario są z pewnością ciekawi i ta płyta to pokazuje, a nawet każe oczekiwać kolejnych odkryć, niemniej jaka gracja, jaki polot, o czym jest ta mowa? Żelbet mordo, Bobon byku, Zoo, zwierzaki, topy jak kiwi (chodzi oczywiście o marihuanen, a nie o to, że Berson przepada za zielonymi częściami dziewczęcej garderoby) i apjat.

I co? I nic. I chwała Bersonowi Barbarzyńcy. Ogr ma warstwy jak cebula, a jednak cebulę obierzesz, zaś co do ogra - to ty będziesz płakać, jak cię będzie kroić. Taran ma niszczyć bramy, nie imponować zdobieniami, fakturą tworzywa, ergonomią dizajnu. Siadając w czołgu nie zastanawiasz się, czy jest uchwyt na kubek bądź podgrzewanie siedzeń (choć Berson z pewnością ma tempomat i system automatycznego parkowania). Gdyby Hulk demolował wasze miasto, obyłoby się bez refleksji, czy to ten odcień zieleni, na który chcielibyście pomalować sypialnię. Ani przez moment nie mam wątpliwości, że ta prostota komunikacji i siła przebicia kosztowała rapera całe mnóstwo pracy. Warszawskie bloki nie Czarnolas, nie ma lipy.

Nie pozdrawiam wszystkich, którzy uważają, że to, że głos rapera wchodzi w bit jak przedsiębiorcy w dziury Nowego Ładu, bierze się z powietrza; że to sklejenie się z ostrym basem i przeplotem bębnów drillowych podkładów, wrażenie, że są one dla rapera najbardziej naturalne na świecie, wzięło się ot tak. To właśnie praca. Podobnie jak wersy wypielone z farmazonu, odgruzowane z wszystkiego, co zbyteczne. Nie nazwę Bersona postironistą, postironistą to może być Żyto albo Kaz Bałagane, nie postrzegam jego rapowego oblicza w kategoriach kreacji. Nie będę mieć natomiast problemów z tezą, że raper obrał drogę bardzo świadomie. Słuchając "MRDGHW", ze sprytnym, dobrze rozkminionym refrenem i nasączoną metaforami zwrotką, mam wrażenie, że warszawiak mógłby być bardziej efektowny. No ale nie chce. I dobrze. Ta redukcja jest cholernie odświeżająca.

Odrębny akapit należy się Atutowi. Ryzykowny jest ten Kraftwerk w "Wulkanie", samplowanie "Intro" The xx w "Misji", czy wonky house "Asfaltu". Niemniej każdy z tych wyborów jest obroniony i jakością wykonania, i chemią na linii rap-muzyka. Atutowy-Berson z miejsca awansują do grona najlepszych rodzimych połączeń producent-MC, bo kooperacja służy obydwu. Niezależnie, czy to melodyjka i strzępek wokalu w najlepszym na płycie "MRDGHW", czy zjeżdżające basy, ześlizgujące się bębny, współczesny uliczny horror z zamykającego "TOP".

OK, "Żelbeton solo" to nie jest pierwsza dziesiątka zeszłego roku w polskim rapie. Myślę zresztą, że wydanie samym jego końcem zestawu znanych wcześniej numerów nie pomogło obecności krążka w rankingach. Poza tym nie jest to pozycja jakkolwiek plebiscytowa, bo się do słuchacza nijak nie wdzięczy i nie próbuje mu zaimponować. Za to taka, że jak puszczasz, to nie zawodzi, nie biegniesz wyłączać, nie przełączasz. Do mojej drugiej dyszki 2021 Żelbeton trafia zatem na mur beton. Tak jak za prawilnością nie tęsknię, tak takiego nawijania mi brakuje.

Berson "Żelbeton solo", Def Jam Poland/Universal Music

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy