Reklama

Life Festival Oświęcim 2015

Life Festival Oświęcim 2015 (relacja z piątku): Fajne te dziewczyny

Mela Koteluk, Katarzyna Nosowska i Jessie Ware - tak się złożyło, że to panie rządziły na głównej scenie Life Festival Oświęcim.

Jessie Ware podczas Life Festival Oświęcim 2015

W czwartek (18 czerwca) kilka tysięcy festiwalowiczów przez prawie trzy godziny kończyło koncertowy dzień podczas występu Manu Chao La Ventura. Multikulturowa i wielostylistyczna mieszanka idealnie wpisała się w pokojowe przesłanie Life Festival Oświęcim.

Reklama

Po porannych opadach w piątek można było obawiać się o frekwencję i warunki na boisku MOSiR. Jednak na szczęście pogoda oszczędziła uczestników i pierwsze występy odbywały się nawet w pełnym słońcu. Do deszczowej aury nawiązała Mela Koteluk (otwierała dzień na głównej scenie A), która wyznała, że bała się czy ktokolwiek dotrze pod scenę.

Ta Mela fajna jest

"Ta Mela to może fajna jest" - takim cytatem zatytułowaliśmy nasz wywiad z Melą Koteluk z 2013 r., kiedy to wokalistka była parę miesięcy po premierze debiutanckiego "Spadochronu". Może jeszcze promotorzy nie zaczynają od niej układania festiwalowego line upu, ale Mela to pewny punkt składu wielu letnich imprez.

W Oświęcimiu wokalistka zaprezentowała mieszankę utworów ze swoich obu płyt: "Spadochronu" i "Migracje". Najlepiej przyjęte zostały oczywiście przeboje: "Żurawie origami",  "Fastrygi", "Melodie ulotne", "Stale płynne" (z partią graną na ukulele), "Działać bez działania" (w spokojniejsze wersji) i finałowy "Spadochron". 

Zobacz fragment koncertu Meli Koteluk:

W tym roku po raz pierwszy na Life Festival Oświęcim zorganizowano dwie sceny po przeciwległych stronach stadionu. Wynikają z tego dwie rzeczy: w zasadzie nie ma przerw między koncertami, choć publiczność musi wędrować z miejsca na miejsce (co jednak jest normą na większości plenerowych festiwali).

Na scenie B - w przeciwieństwie do A - rządzili panowie: od bluesrockowego Cree z Sebastianem Riedlem na czele (w repertuarze poza autorskimi piosenkami także "Sen o Victorii" Dżemu), przez Nowe Sytuacje po Holendrów z Kensington.

"Krwią podpisywano wojnę, miłość, rozejm, pokój"

Nowe Sytuacje to projekt żyjących muzyków Republiki, których wokalnie w Oświęcimiu wspierali m.in. Jacek Bończyk i Tymon Tymański. W zamierzeniu jednorazowy projekt ze względu na duże zainteresowanie publiczności kontynuuje swoją działalność, sięgając podczas LFO przede wszystkim po materiał z płyty "Masakra" ("Mamona", 13 cyfr", "Odchodząc", "Raz na milion lat", tytułowa "Masakra") - ostatniej studyjnej nagranej za życia niezapomnianego Grzegorza Ciechowskiego. Pod koniec bardzo dobrze przyjętego występu grupa zaprezentowała wielkie przeboje: "Nieustanne tango", "Obcy astronom", "Kombinat", "Sexy Doll" i "Biała flaga". Przejmująco wypadła "Moja krew" - w której przez większą część słychać było wokale wszystkich muzyków wspartych tylko klawiszami Bartka Gasiula. Wers "To moją krwią podpisywano wojnę, miłość, rozejm, pokój" idealnie wpasował się w antywojenne i pokoje przesłanie imprezy.

Zobacz fragment koncertu Nowych Sytuacji:

Ostatnim zespołem na scenie B był Kensington. W związku z problemami z autobusem na trasie do Oświęcimia muzycy na teren festiwalu przybyli dopiero w trakcie występu Jessie Ware. Opóźnienie przyjazdu sprawiło, że to właśnie Holendrzy kończyli wieczór, grając już po głównej gwieździe (rozpoczynając ok. godz. 23.30). Pod sceną kwartet (brzmiący nieco jak skrzyżowanie Coldplay z U2) mimo późnej pory zebrał całkiem sporą publiczność, która śpiewała, klaskała, skakała i bawiła się w najlepsze. Można mówić o sporej niespodziance. "You’re fu**ing awesome, Poland!" - komplementowali nas Holendrzy.

"Tęsknię do tamtych chwil"

Uwaga, będzie banał: Hey to koncertowy pewniak. Napisać coś odkrywczego w przypadku grupy od kilkunastu lat nie schodzącego poniżej pewnego, wysokiego poziomu, to spore wyzwanie. Równo tydzień wcześniej grupa zagrała podczas Orange Warsaw Festival i w zasadzie można powtórzyć nasze wrażenia z koncertu ze stolicy: "Był najzwyczajniej w świecie dobry i przyjemnie przewidywalny. Urocza była również sama Katarzyna Nosowska, która swoją skromnością kokietowała publiczność zgromadzoną pod sceną". Wokalistka od początku kariery na scenie wygląda jakby była przywiązana niewidocznym sznurkiem do statywu od mikrofonu. Wyraz swoim emocjom daje przede wszystkim twarzą i urzekającą konferansjerką w stylu "no, dziękujemy bardzo".

Hey: Pracujemy nad nową płytą:

Do tego sprawdzony zestaw znakomitych piosenek z dużą dawką materiału z ostatnich studyjnych płyt "Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan" i "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" (m.in. "Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan", "Umieraj stąd", "Piersi ćwierć", "Kto tam, kto jest w środku"). Nie zabrakło też dobrze znanych utworów "To tu", "4 pory", "Cisza, ja i czas", "A ty?", "Muka", "Sic!" czy "Wczesna jesień" (z fragmentem "Tęsknię do tamtych chwil"). Dla tęskniących za Heyem z początku lat 90. grupa na koniec przygotowała pocisk w postaci piosenek "Zazdrość", "Teksański" i "Schizofrenic Family". Wszystkie jednak zostały one przefiltrowane przez bagaż doświadczeń muzyków, co pokazuje jaką drogę przeszła szczecińska ekipa od czasu swojego debiutu "Fire" z 1993 r.

Zobacz fragment koncertu Hey:

Jessie mówi "Gratulacja"

- Znam historię tego miejsca i trudno odnaleźć słowa, które mogłyby wyrazić to, co czuję, gdy myślę o przeszłości. Cieszę się jednak, że w miejscu, w którym zdarzyło się tyle zła, teraz rozbrzmiewa muzyka. Prawdopodobnie nie będę miała czasu, by zwiedzić dokładnie Oświęcim, ubolewam nad tym, ale sama świadomość tego, gdzie będzie odbywać się koncert, uczyni go wyjątkowym i emocjonalnym - mówiła Interii Jessie Ware na kilkanaście dni przed występem na LFO.

Brytyjska wokalistka cieszy się sporą popularnością w naszym kraju, czym za każdym razem wydaje się być zdziwiona, zawstydzona ciepłym przyjęciem i ucieszona jednocześnie. "Poland, hello again" - napisała na Twitterze. Nie próbowała na siłę popisywać się umiejętnościami mówienia po polsku, jej "Dziękuję" wypadało naturalnie i szczerze. Taka też jest na scenie - emocjonalna, eteryczna, elegancka i uśmiechnięta.

Choć jej dorobek to raptem dwie płyty, już na samym początku usłyszeliśmy przeboje "Running" i "Champagne Kisses", a za chwilę poleciał tytułowy utwór z drugiego albumu "Tough Love". Jessie od razu pokazała to, co ma najlepsze, ale cały występ trzymał równy poziom, zgrabnie łączący elektronikę, soulowe i popowe brzmienia przypominające najlepsze dokonania lat 80.

W trakcie występu ze sceny zadzwoniła do członka swojej rodziny, by z pomocą polskiej publiczności złożyć mu życzenia z okazji rocznicy ślubu. Wcześniej skonsultowała się z operatorem kamery, jak poprawnie wymówić po polsku słowo "gratulations". W jej wydaniu wyszła z tego... "gratulacja".

Z kolei "gratulacją" dla publiczności w Oświęcimiu od Jessie Ware były zagrane na koniec "Wildest Moments" i ballada "Say You Love Me".

A w sobotę na zakończenie szóstej edycji LFO zobaczymy m.in. UB40, Chrisa de Burgha oraz Kayah & Transoriental Orchestra.

Michał Boroń, Oświęcim

INTERIA.PL

Reklama