Reklama

Acid Drinkers w Stalowej Woli: Titus, bądź Titusem!

W piątek (28 listopada) wieczorem odbierał róże w programie "SuperSTARcie", dzień później przyjechał z Acid Drinkers na koncert do Stalowej Woli. W klubie Labirynt zabrzmiało mnóstwo klasyków z zabójczego debiutu obchodzącej 25-lecie istnienia grupy.

Kwiecień 1992 roku, Stalowa Wola. Wraz z kolegą zaglądamy do miejscowego domu kultury sprawdzić, co grają w kinie. W środku, ku naszemu zaskoczeniu, tłum ludzi - długie włosy, ale też irokezy, skórzane kurtki i dżinsowe kamizelki z naszytymi "telewizorami". Zachowują się jak totalni menele - żrą konserwy, popijają winem. Krótko mówiąc - "najazd chamów", ale ja i kolega jesteśmy zachwyceni widokiem takiej bandy w naszym ukochanym, ale jednak prowincjonalnym mieście. W pewnym momencie otwierają się drzwi do sali koncertowej i całe towarzystwo zostawia wszystkie puszki, butelki, noże (serio!!) na podłodze, wstaje i ładuje się do sali.

Reklama

To był mój pierwszy kontakt z Acid Drinkers. Bo to Kwasożłopy grały właśnie wtedy koncert. Nie udało mi się ich wtedy zobaczyć, bo mi mama nie pozwoliła (oficjalna wersja dla kolegów "nie miałem hajsu, stary!"). Na koncert zjechało towarzystwo ze wszystkich okolicznych miejscowości, mnie zostało podsłuchiwanie pod drzwiami, ale to właśnie od tego momentu Acid stali się moimi idolami. Wtedy, w 1992 roku, to była legenda. O Acidach czytało się w "Świecie Młodych", ewentualnie słuchało w "Brumie" o godz. 15. Wydawali płyty na Zachodzie, a w Polsce ciężko je było dostać. Koncertów nie grali wiele, wszyscy wiedzieli, że są zaj...ci, ale usłyszeć, a co więcej zobaczyć ich w mojej okolicy? Marzenie, w realizacji którego przeszkodziła ukochana rodzicielka!

Byli jak pierwsza cola w puszce zamiast oranżady w worku, jak pierwszy ford escort na osiedlu pośród tych wszystkich maluchów. No, sami wiecie - jak pierwsze dżinsy przysłane przez wujka z Ameryki.

22 lata później, 29 listopada 2014, miałem okazję zobaczyć Acid Drinkers w prężnie działającym stalowowolskim klubie Labirynt, 50 metrów od sali, w której zetknąłem się z tym zespołem po raz pierwszy. Czasy się zmieniły, cola w puszcze to już nie jest szczyt szpanu, jeżdżę fordem, ale niestety, ta marka nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś, a dżinsy to po prostu portki. Ciągle jednak tych czterech niemłodych już panów wychodzących na scenę przy dźwiękach z "Króla Lwa" sprawia, że mam ciarki na plecach. Nie wiem, może to sentyment do rodzinnego miasta, może spotkanie całego stada kolegów niewidzianych od lat, może piwo, które lało się tego wieczoru strumieniami, a może po prostu Acid w 25. roku swojego istnienia ciągle dają radę na koncertach...

A setlista była naprawdę przednia. Zrezygnowali z niezbyt dobrego "perłowego" okresu, pojawiło się mnóstwo klasyków z zabójczego debiutu ("Del Rocca", "Barmy Army", "Megalopolis", "Waiting for the Hair", "Fuck the Violence"), świetne "United Suicide Legion" (Popcorn!) i oczywiście nowości ("Don't Drink Evil Things", "Kill the Gringo"). Były nawiązania do klasyków (perkusyjny wstępniak z "Reign in Blood" otwierający "High Proof Cosmic Milk"). No i "madame et monsieur", ballada! ("My Soul's Among the Lions").

Titus gra w tej samej drużynie co Lemmy (Motörhead) i Josh Homme (Queens of the Stone Age). Kolesie, którzy mają ten zaj...y sznyt (Titus wystąpił zresztą w Stalowej w podkoszulku Motörhead z napisem "51% motherfucker, 49% son of a bitch"). Robią, co chcą, są sobą, nie kłaniając się żadnym korporacyjnym kut...m. Inteligentni, bezwzględni, zabawni, ale szanujący swoich fanów. Czasami ciężko ich odróżnić od sk...li, którzy nie potrafią ukryć pogardy dla tłuszczy pod sceną i kończą koncert po czterech utworach obrażeni, bo ktoś z publiczności powiedział brzydkie słowo, albo zjadł hamburgera pod ścianą, a tu gwiazdor jest weganinem i musi to pokazać całemu światu, epatując zarzynanymi zwierzętami na telebimie (vide: Morrissey w Warszawie).

Titus robi wiele, żeby spieprzyć swoją legendę. Dzień przed koncertem w Stalowej Woli odebrał w TVP wielki bukiet róż od pani Mariki i jakiegoś pseudoaktorzyny. W telewizyjnym "prajmtajmie" wyściskała go żona pana Józefowicza, a wcześniej na naszych oczach zmasakrował kilka znanych piosenek (jak nie widzieliście "Hey Jude" w jego wykonaniu, a lubicie faceta, to NIGDY, ale to NIGDY nie wpisujcie w YouTube'a frazy "titus hey jude").

Dzień później stawił się wraz z kolegami w klubie Labirynt. Nie jestem naiwny, wiem, że mu się pewnie nie chciało i zrobił to, bo menedżer klubu wyłożył odpowiednią kasę. Na scenie nie pokazał tego ani przez jeden moment. Pewnie ma dość, jak Maleńczuk, spania po akademikach i hotelach Hutnik, ale kontrakt z klubem na pewno nie zobowiązuje zespołu do wyjścia po koncercie do fanów, żeby podpisać płyty i cyknąć kilka fotek. A Acid Drinkers robią to zawsze.

Skończę ten może nieco patetyczny tekst jeszcze bardziej wzniosłym apelem. Titus, bądź Titusem ze Stalowej Woli, a nie tym, z którego nabija się w telewizyjnym show zarozumiały Wojciech Mann!

Tomasz Balawejder, Stalowa Wola

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Acid Drinkers

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama