Reklama

Męskie Granie Katowice 2022: Krzysztof Krawczyk byłby dumny [RELACJA]

Podczas Męskiego Grania 2022 w Katowicach wystąpił m.in. Dawid Podsiadło /AKPA

8 lipca 2022 Męskie Granie wróciło do Katowic po 3 latach przerwy. I to w formie dwudniowej! Tegoroczna edycja wydarzenia jest jednak wyjątkowa z o wiele większej liczby powodów. Jednym z ważniejszych jest seria koncertów "tribute to Krzysztof Krawczyk", stanowiących hołd dla artysty zmarłego w 2021 roku.

Małe problemy małej sceny

Nim jednak doczekaliśmy hołdu dla Krzysztofa Krawczyka, minęło parę godzin występów mniej lub bardziej znanych artystów, którzy lokowali się na scenie głównej oraz dużo mniejszej, namiotowej scenie Ż.

Na tej drugiej doskonale sprawdził się pozbawiony fajerwerków i skupiony po prostu na graniu Baranovski ze swoim zespołem. Podobnie zresztą jak zabrudzone rapowe bębny i wyżerające kwasy żołądkowe basy wywoływane z konsolety 1988, który dowodził występem promującym swój projekt "Ruleta". Na scenie towarzyszyli mu chociażby Rosalie, Kacha Kowalczyk czy Tymek, ale całość miała sznyt jakby muzykę puszczano w zapomnianym zadymionym klubie gdzieś na Bronxie.

Reklama

Zawiódł za to obliczony na rozmach koncert Julii Wieniawy. Choreografie wykonywane z tancerkami, chociaż dopracowane, nie wywoływały zamierzonego efektu. Scena była za mała i za blisko publiczności, a ekrany za nisko, by zadziałało to odpowiednio. Co więcej, coś nie do końca wówczas zagrało z akustyką - bas oraz bębny nie niosły, a wokal przebijał się zaskakująco słabo. Było to o wiele bardziej winą ustawień niż samej Julii Wieniawy, która niejednokrotnie pokazała podczas występu, że w jej niepozornej sylwetce kryje się kawał głosu. Niestety, przez te problemy moc z płyty nie została odpowiednio przekazana na moc na scenie. Ale nie wątpię, że na scenie głównej efekt byłby sporo lepszy.

Na dużej scenie wszystko w porządku

A jak wyglądało to na dużej scenie? Smolik i Kev Fox ze swoją elektroniczno-rockową mieszanką, która tak dobrze, jak na scenie, sprawdziłaby się również w klubie, poradzili sobie doskonale z rozgrzaniem publiczności przed kolejnymi artystami. Jednak z uwagi na dość taneczne aranżacje, trudno nie ulec wrażeniu, że pojawili się na scenie zbyt wcześnie.

Serca publiczności skradł Błażej Król, występujący w dresowej stylówce. Porwał charyzmą, naturalnością oraz licznymi deklaracjami miłości kierowanymi żony, obecnej za klawiszami na scenie. Chociaż skupił się przede wszystkim na materiale z ostatniego krążka "Dziękuję", nie zabrakło nieco starszych piosenek: collinsowego "Powoli" z solowego debiutu czy największego przeboju artysty, utworu "Te smaki i zapachy".

Maria Peszek rozpoczęła natomiast występ wyśpiewaniem "Ave Maria". Ale jeżeli już ktoś przetrwał ten moment, czekał go pełen energii i prowokacji występ, pełen szpilek rzucanych w kierunku kleru, religii, nacjonalizmu czy osób wrogich środowisku LGBT.

Krzysztof Krawczyk byłby dumny

Nie ukrywajmy jednak: największym wydarzeniem wieczoru miał być "Tribute to Krzysztof Krawczyk". O godzinie rozpoczęcia występu scenę oblewał jeszcze cień, chociaż można było dostrzec w nim liczne sylwetki. Kiedy już światła się zapaliły, Piotr Stelmach, pełniący rolę konferansjera wieczoru, przeprosił Krzysztofa Krawczyka - kierując wzrok ku niebu - za to, że ten nigdy nie miał okazji wystąpić na scenie Męskiego Grania. Wydawało się, że target festiwalu i byłego członka Trubadurów nigdy jakoś szczególnie się nie zaziębiał. Ale czy na pewno? Widok tysięcy ludzi śpiewających "Chciałem być" - która to piosenka rozpoczęła segment stanowiący hołd dla zmarłego ponad rok temu artysty - pokazał coś skrajnie innego.

Hołd dla Krzysztofa Krawczyka wykonany był przez Orkiestrę Wojtka Urbańskiego: jednego z najbardziej zapracowanych producentów muzycznych w Polsce, znanego m.in. duetu RYSY, współpracy z Tymkiem czy tworzenia ścieżki dźwiękowej do wielu rodzimych filmów i seriali. Na scenie towarzyszyła mu sekcja dęta, sekcja smyczkowa, perkusista, kontrabasista i gitarzysta sięgający również po banjo. Przygotowywany dwa miesiące projekt dopracowany był w najdrobniejszych detalach, chociaż sporą część show skradli zaproszeni goście.

Wśród nich pojawił się Król (zapowiedziany żartobliwie jako Monika Brodka, co wzbudziło niezłą konsternację), który zaśpiewał "Bo jesteś ty", traktując sprawę dużo poważniej niż własny występ. Na scenie obecny był też Skubas, który wraz z Natalią Grosiak zaśpiewał "Bezsennych", stanowiąc jedno z najprzyjemniejszych, czysto muzycznych doświadczeń sobotniego wieczoru. Sporym zaskoczeniem był występ Braci Kacperczyk, którzy pojawili się na dwa utwory, choć ja zapamiętam przede wszystkim wykonane z odpowiednią wrażliwością "Wróć do mnie".

Jeszcze większą niespodziankę stanowiło natomiast pojawienie się na scenie Grubsona, który na sam koniec w towarzystwie sekcji dętej wyskoczył z bałkańską energią, wykonując brawurowo "Mój przyjacielu". O ile występ zelektryzował publiczność, tak ostatecznie pozostawił z poczuciem lekkiego niedosytu. Zabrakło swoistego zwieńczenia hołdu, w którym zaproszeni muzycy wystąpiliby na scenie razem, by wspólnie zaśpiewać jedną piosenkę. Chociażby "Parostatek", którego - ku wielkiemu zaskoczeniu publiczności - nie było.

Ale to nie był aż taki problem, jak po prostu liczne pojawiające się pytania "to już?".  A to, że koncert minął zaskakująco szybko, chyba świadczy najlepiej o sukcesie projektu.  

A na deser Podsiadło

Dawid Podsiadło kończył swoim występem sobotni wieczór i nie zawiódł. To człowiek, dla którego granie koncertów jest niczym oddychanie - zagadywał publiczność, rzucając co chwilę mniej lub bardziej subtelne żarty oparte przede wszystkim na autoironii. Ale jak nie kochać występów człowieka zachęcającego publiczność do tego, by śpiewała wspólnie z nim zwrotki, których nie zdążył się odpowiednio nauczyć, gdyż w oryginale ich nie wykonywał?

Pewnie zastanawiacie się, o co chodzi. Cóż, to nie był typowy występ Dawida. Zamiast skupić się na utworach z ostatniej płyty lub premierowych piosenkach, dostaliśmy zupełny miks. Mogliśmy usłyszeć "Początek" (świetna modulacja głosu w przypadku zwrotek Korteza!), innym razem "I Ciebie też bardzo" (doskonała współpraca z publicznością śpiewającą fragmenty Darii Zawiałow i Vito Bambino) czy nawet "Elektrycznego", w którego tworzeniu Podsiadło przecież nie brał udziału. To, że hymny Męskiego Grania będą wykonywane na koncercie z tej serii, było rzeczą jak najbardziej przewidywalną. Nie to, co "Nic nie może przecież wiecznie trwać" Anny Jantar, które w przypadku koncertu Dawida nabrało zupełnie nowych barw.

Fani solowego repertuaru Podsiadły też nie mieli na co narzekać. "Nieznajomy" oraz "Elephant" z pierwszej płyty zawitali w zupełnie nowych, bardziej klimatycznych aranżacjach. Mieliśmy również "Trofea" czy najnowszy singel "Post". A rzucony na koniec "Małomiasteczkowy" prawdopodobnie rozbujał całe Katowice i pozwolił wrócić do domów lub hoteli z poczuciem czystej satysfakcji.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL