Reklama

Zbrodnia na parkiecie i piosenka, która uratowała zespół - oto słynne "krwawe" przeboje

Pięć-sześć litrów - tyle krwi ma w sobie przeciętny człowiek. Gdyby nie ona, marnie byśmy skończyli. Lekarze to potwierdzą. Nie byłoby też wielu piosenek, bo okazuje się, że muzycy często nawiązują do tego płynu. Czasem piszą o nim dosłownie, nawet bardzo, a czasem tylko używają go jako metafory, żeby opowiedzieć o zupełnie innych rzeczach: miłości, sławie albo konfliktach.

Pięć-sześć litrów - tyle krwi ma w sobie przeciętny człowiek. Gdyby nie ona, marnie  byśmy skończyli. Lekarze to potwierdzą. Nie byłoby też wielu piosenek, bo okazuje się, że muzycy często nawiązują do tego płynu. Czasem piszą o nim dosłownie, nawet bardzo, a czasem tylko używają go jako metafory, żeby opowiedzieć o zupełnie innych rzeczach: miłości, sławie albo konfliktach.
Nie mogło zabraknąć "króla ciemności"! /Paul Natkin /Getty Images

Zobacz słynne, "krwawe" piosenki!

Black Sabbath "Sabbath Bloody Sabbath"

Ozzy Osbourne i spółka nie mogli nie znaleźć się w tym zestawieniu, tym bardziej że tak samo jak krew ratuje życie, tak ten utwór uratował Black Sabbath. Nagrywanie całej płyty "Sabbath Bloody Sabbath" było dla zespołu mordęgą. Muzycy rozpoczęli prace w Los Angeles, na początku lat 70., ale nic nie szło tak, jak powinno. Artyści byli wykończeni po ostatniej światowej trasie koncertowej. Gitarzysta Tony Iommi cierpiał również z powodu blokady twórczej, a - jak wspominał - zwykle to on rzucał jakiś pomysł, wtedy reszta zespołu dołączała do pracy. Jeśli pomysłów brakowało - nie było mowy o żadnej pracy. A skoro nie było postępów, zespół był coraz bardziej sfrustrowany i zestresowany.

Reklama

Zdesperowana grupa zdecydowała się w końcu na zmianę otoczenia i wynajęła zamek w Anglii. O posiadłości krążyły legendy, bo niektórzy twierdzili, że widzieli tam duchy. Takiego ducha miał też zobaczyć Tony. Wydarzenie tak nim wstrząsnęło, że kiedy poszedł pracować do podziemi, czyli dawnych lochów, wpadł na pierwszy od dawna pomysł. Był nim właśnie riff do utworu "Sabbath Bloody Sabbath", dlatego ekipa przyznaje, że uratował on życie i karierę grupy.  

Michael Jackson "Blood on the Dance Floor"

Król popu nagrał tę piosenkę już na album "Dangerous" z 1991 roku, ale ostatecznie zdecydował, że utwór trafi do szuflady. Singel przeleżał tam sześć lat, zanim doczekał się premiery. Jackson śpiewał o kobiecie, Suzie, która go oszukała i zawiodła na tytułowym parkiecie. Michael miał się zainspirować historią morderstwa w jednym z nowojorskich klubów. Fani Jacksona, którzy wykonali detektywistyczną robotę i mają twórczość muzyka w małym palcu, znaleźli jednak w utworze ukryty sens. Suzie to nie kobieta, lecz sława. Artysta był szczęśliwy, kiedy po prostu śpiewał i tańczył, ale skusiła go popularność. Zanim się zorientował, że to pułapka, było już za późno. Skończyło się luksusowym, ale zrujnowanym życiem, a w piosence - kałużą krwi na parkiecie.  

U2 "Sunday Bloody Sunday"

Tutaj krew stała się tłem dla najbardziej politycznej piosenki w karierze U2. Utwór nawiązuje do "Krwawej niedzieli", czyli wydarzeń z Derry w Irlandii Północnej. 30 stycznia 1972 roku doszło do tragicznego incydentu podczas marszu w obronie praw człowieka, w którym uczestnicy protestu zginęli. Ofiary protestowały przeciwko wsadzaniu za kratki ludzi podejrzanych o współpracę z IRA bez żadnego procesu. Uczestnicy feralnego marszu byli cywilami, do tego nieuzbrojonymi. Nic dziwnego, że wydarzenia odbiły się szerokim echem na świecie, chociaż ostatecznie ani władze, ani żołnierze nie ponieśli odpowiedzialności za masakrę. Utwór U2 trafił na płytę "War" z 1983 roku. Sama piosenka powstała, kiedy Bono i jego żona byli w podróży poślubnej, a The Edge akurat pokłócił się ze swoją dziewczyną. Gitarzysta miał też w tamtym czasie sporo wątpliwości, czy rzeczywiście jest tak dobrym muzykiem, jak myślał. Sfrustrowany The Edge zamknął się w pokoju i zaczął grać to, co później okazało się "Sunday Bloody Sunday".  

Taylor Swift "Bad Blood"

Swift nie nawiązuje ani do historycznych wydarzeń, ani do polityki, ale nie myślcie, że krew w tej piosence służy do opowiadania o błahostkach. "Bad Blood" to po prostu metafora zepsutej relacji. Wszyscy wiemy, co się dzieje, kiedy ktoś zawiedzie zaufanie albo podpadnie - w skrócie nic dobrego. Utwór ma też drugie dno i opowiada o prawdziwym wydarzeniu z życia Taylor. Dociekliwi fani szybko wytropili, że chodzi o przyjaźń wokalistki z koleżanką po fachu - Katy Perry. Wystarczyło połączyć kropki. Piosenka mówi o nielojalnej przyjaciółce, a Swift przyznała, że pewna koleżanka po fachu chciała podkupić jej pracowników. To oznaczałoby dla Taylor katastrofę jej trasy koncertowej. Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to wokalistka w teledysku paradowała w stroju, który do złudzenia przypominał jedną z kreacji Katy Perry. Krwawa zemsta, tyle że bez ofiar.  

Republika "Moja krew"

Piosenka z historią w tle - i to dość burzliwą. W połowie lat 80. Republika planowała stworzyć dwa koncept albumy i miała już między innymi piosenkę "Moja krew". Zespół nie był jednak przekonany, czy utwór będzie pasować do którejś z płyt, ale Grzegorz Ciechowski bardzo go lubił, więc muzycy poszli na kompromis i wydali piosenkę w formie singla. Wkrótce okazało się, że zespół nie może się dogadać, więc Republika się rozpadła. Kiedy artyści wrócili na scenę, wrócili też do "Mojej krwi", odświeżyli ją i w końcu wydali na albumie.

Utwór opowiada o człowieku czującym się niezrozumianym przez otaczający go świat i próbującym poradzić sobie z trudnościami. Ta piosenka stała się też częścią historii festiwalu w Jarocinie. Republika grała tam w 1985 roku, ale muzycy byli wtedy uważani za przedstawicieli mainstreamu, więc zamiast braw dostali gwizdy i pomidory, rzucane na scenę. Członkowie zespołu postanowili jednak nie przerywać koncertu, a na koniec zagrali właśnie "Moją krew". Tym razem publiczność słuchała w ciszy, a na koniec podziękowała muzykom brawami. Pewnie nie będziecie zaskoczeni, że bisów, mimo wszystko, nie było.  

Leona Lewis "Bleeding Love"

Miłość, strata i tęsknota - takie tematy można znaleźć w setkach tysięcy piosenek, ale nie wszystkie stały się takimi przebojami jak cover w wykonaniu Leony Lewis. Oryginalną wersję nagrał Jesse McCartney, który napisał utwór razem z Ryanem Tedderem, wokalistą OneRepublic. Wytwórnia McCartneya podeszła jednak do piosenki z dużym dystansem. Muzycy byli zaskoczeni, a Ryan wręcz zły, bo uważał, że to wielki hit i niewykorzystana szansa. Mniej więcej w tym samym czasie, ale po drugiej stronie oceanu, Leona Lewis właśnie cieszyła się z wygranej w programie "The X Factor" i pracowała nad swoją debiutancką płytą.

Idealny zbieg okoliczności? Nie do końca, bo Tedder miał mocne postanowienie, że nie będzie pracować ze zwycięzcami talent shows. Leona miała jednak szczęście, bo "The X Factor" istniał wtedy w wersji brytyjskiej, a amerykański muzyk nie miał o programie pojęcia. Ktoś szepnął Ryanowi, że jest taka zdolna wokalistka, Tedder posłuchał, zachwycił się głosem Lewis, trochę zmodyfikował piosenkę, a Simon Cowell, do którego utwór trafił, już doskonale wiedział, co zrobić.  

Slayer "Raining Blood"

Nie myśleliście chyba, że pominiemy taki klasyk? Gitarzysta Jeff Hanneman wymyślił historię człowieka, który po śmierci nie dostał się do nieba i trafił do czyśćca. Był z tego powodu bardzo niezadowolony, więc poprzysiągł zemstę - oczywiście krwawą i okrutną, która skończy się tym, że będzie na niego spływać krew aniołów. Teraz już wiecie, skąd tytuł "Raining Blood". Kerry King był zachwycony pomysłem, więc pomógł koledze dokończyć utwór. Muzycy grupy Slayer nigdy nie byli fanami przestrzegania zasad, poza tym wiedzieli, że to raczej nie jest piosenka, której ludzie będą słuchać o poranku w radiu w drodze do pracy, więc zdecydowali się na nietypowe rozwiązanie. Pierwsze pół minuty utworu to dźwięk padającego deszczu. Mało? W takim razie muzycy dołożyli kolejną minutę, tym razem na końcu, żeby nikt przypadkiem nie zapomniał o tych krwawiących aniołach.  

Linkin Park "Bleed It Out"

"Here we go for the hundredth time" - tak zaczyna się ta piosenka i to wcale nie jest przypadek. Mike Shinoda wspominał, że rzeczywiście pisał tekst utworu jakieś sto razy. Spędzał nad zdaniami długie godziny, a potem pytał kolegów z zespołu o opinie i w kółko słyszał: "Stary, to jeszcze nie to". "Pewnego razu posłuchali przez jakieś 30 sekund i kazali mi zrobić wszystko od nowa. To było trudne" - powiedział muzyk magazynowi "Kerrang!". Tytułowe "wykrwawianie" Mike prawie poczuł na własnej skórze. Artysta nie ukrywał, że tworzenie piosenki trwało miesiącami i był to najtrudniejszy dla niego utwór w historii Linkin Park. Wyobraźcie sobie tylko ulgę Shinody, kiedy wreszcie wszystko się udało.  

Kendrick Lamar "BLOOD."

Mężczyzna próbuje pomóc niedołężnej staruszce, a w zamian zostaje przez nią postrzelony. Tak zaczyna się historia, w której raper opowiada o konsekwencjach własnych czynów i o tym, że warto walczyć o swoje idee. Utwór otwierał płytę "Damn", która ukazała się w 2017 roku. Fani Kendricka nie potrzebowali dowodów, ale pozostałym słuchaczom album pokazał, że Lamar jest jednym z najważniejszych współczesnych raperów. Specjalnymi gośćmi w "BLOOD." są dziennikarze stacji Fox News, którzy swego czasu ostro krytykowali rapera. Wtedy nie mieli jeszcze pojęcia, że pewnego dnia trafią na jego płytę. Zemsta na zimno smakuje ponoć najlepiej.  

Shawn Mendes "In My Blood"

Ta piosenka zachwyciła wielu recenzentów, którzy twierdzili, że nigdy wcześniej Shawn Mendes nie wydał czegoś tak dobrego i dojrzałego. Sam muzyk był bardzo dumny z singla, dodatkowo zaskoczył fanów wyjątkową szczerością. Wokalista przyznał, że cierpi między innymi z powodu lęków i czasem czuje się tak przytłoczony problemami, a do tego wykończony, że ma ochotę się poddać. Wtedy jednak myśli sobie, że nie może, bo to nie w jego stylu: "It isn’t in my blood".

Na dwóch pierwszych płytach muzyk śpiewał przede wszystkim o związkach i miłości, więc piosenka o życiowych trudnościach była sporym zaskoczeniem, ale nie tylko temat okazał się niespodzianką dla fanów oraz współpracowników Shawna. Wokalista napisał "In My Blood" już pierwszego dnia prac nad nowym albumem. Muzykowi tak spodobało się jego nowe wcielenie, z rockowym brzmieniem, skrojonym pod stadionowe koncerty, że to zaważyło na całej płycie. Mendes miał już tylko jeden cel: "Chcę nagrać płytę jak Kings of Leon".  

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Black Sabbath | Michael Jackson
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy