Reklama

Rod Stewart w Łodzi: ​Takiej energii tylko pozazdrościć! [relacja i zdjęcia z koncertu]

W Łodzi Rod Stewart dał pokaz niespożytej energii i radości życia /Malgorzata Kujawka / Agencja Gazeta /

Już dawno nie seksi, choć nadal nie do zdarcia. Rod Stewart podczas sobotniego koncertu w łódzkiej Atlas Arenie pokazał, co według niego oznacza radość życia. Muzyk zagrał w Polsce po raz czwarty.

Urodzony w Londynie, uważający się za Szkota, najmłodszy z piątki rodzeństwa, mąż, ojciec, fan drużyny Celtic Glasgow, nadal aktywny i pełen energii - to wielki skrót sylwetki Roda Stewarta.

Reklama

Nieważne czy na scenie pojawia się we wściekle żółtej marynarce, czy cały w bieli, wyróżniając się na tle szachownicy, wzoru dominującego na scenie; nieważne czy stoi tam sam, czy z tuzinem towarzyszących muzyków. Jego charyzma i tak sprawi, że ciężko będzie oderwać od niego wzrok, zaś on sam będzie niezmiennie błyszczeć. Rod Stewart zgromadził w łódzkiej Atlas Arenie olbrzymi tłum, który szczelnie wypełnił całą płytę i większość miejsc na trybunach.

Muzyk na trasie sygnowanej hasłem Hits zabiera w sentymentalną podróż przez wiele lat swojej owocnej kariery. W sobotniej setliście pojawiły się takiej utwory, jak "Every Picture Tells a Story" czy "Oh La La" z repertuaru grupy Faces, z którą Stewart niegdyś grał. Nie mogło zabraknąć energetycznego "Baby Jane", ballady "Sailing" czy "Can’t Stop Me Now", poprzedzonego wspomnieniem pacholęcych lat i ojca Roda, który go wspierał, czemu towarzyszyły stare zdjęcia wyświetlane w tle. Pojawiały się też utwory nowsze, takie jak "Love Is" z wydanego w zeszłym roku albumu "Another Country".

Jak tradycja nakazuje, tak i tym razem Stewart zaserwował publiczności kilkadziesiąt specjalnie przygotowanych piłek. Chciałabym w jego wieku tak daleko wykopywać! W tłumie pod sceną pojawiło się kilka koszulek i szalików w barwach ukochanej drużyny Roda, czyli Celtic Glasgow. Przy przyjmowaniu piłek dochodziło do nieco komicznych sytuacji, wywróceń i prób faulowania, co z uradowaniem obserwował Rod i cała arena.

Sprawdź tekst utworu "Love Is" w serwisie Teksciory.pl!

Stewart od lat korzysta ze sprawdzonych chwytów, urozmaicających jego koncerty - akustyczne wersje utworów, wspomniany piłkarski akcent etc. Sztuką nie jest tak po prostu odegrać te dwadzieścia kilka utworów, nawet z wykorzystaniem wspomnianych sztuczek. Sztuką jest ułożyć setlistę w taki sposób, który nie zmęczy słuchacza. Bo, nie oszukujmy się, w repertuarze Roda jest zbyt wiele brzmieniowo podobnych do siebie utworów, by nie pojawiło się takie ryzyko. W Łodzi udało się uniknąć dłużyzn, nie tylko dzięki przerwom, których naturalnie artysta potrzebował.

Podczas koncertów Stewarta zawsze przychodzi czas na blok utworów w wersji akustycznej. Artysta razem z muzykami zasiada wtedy na specjalnie wniesionych krzesłach, towarzyszy mu miedzy innymi harfistka. Niestety właśnie w tym momencie, gdy słyszymy najwięcej dźwiękowych niuansów, do uszu dociera nieznośny pogłos - jeśli na chwilę zapomnieliśmy, że jesteśmy na sportowej hali, to czas sobie o tym przypomnieć.

Gdy wybrzmiały takty ostatniego utworu z bloku utworów akustycznych, czyli "Have I Told You Lately That I Love You", w którym usłyszeliśmy imponujące solówki saksofonu (niezmiennie Jimmy Roberts) i kontrabasu, a także bodaj pierwszy raz podczas tego koncertu prawdziwy popis możliwości wokalnych Roda, ten zapowiedział, że czas na zabawę. Sam udał się na krótką przerwę, a ster oddał swoim chórzystkom, które przeniosły publikę w świat szalonego disco coverem "Young Hearts Run Free" z repertuaru Candi Staton. Aż chciałoby się po tym usłyszeć “Young Turks", którego ostatecznie się nie doczekaliśmy.

Rod brzmi i wygląda tak, jakby od lat się nie zmieniał. Jego poczucie humoru przejawia się w wielu aspektach podczas bycia na scenie. Żarty, urocza, choć nieudolna próba wypowiedzenia nazwy miasta, w którym się znajduje, zwracanie się do wypatrzonych wśród publiki osób. Jeśli zaś chodzi o jego zespół - każdy muzyk jest świetnie przygotowany do bycia solistą, a jednak wszyscy doskonale odnajdują się w tej ekipie, sprawnej, naoliwionej maszynie. To chyba nazywa się profesjonalizm.

Jednym z najpiękniejszych momentów koncertu było wykonanie poruszającego utworu z repertuaru Etty James pt. "I’d Rather Go Blind". Moment, gdy Stewart skierował się w bluesowe rejony. "Podobno to była wspaniała piosenka... zanim jej nie zaśpiewałem" - zażartował w swoim stylu.

Mimo wcześniej wspomnianych ogranych, dobrze znanych chwytów, była w tym wydarzeniu swego rodzaju spontaniczność. Na pewno sporo kwestii i zachowań Roda to wynik wieloletnich ćwiczeń na różnych publicznościach, jednak mimo wszystko ze sceny płynęło zaskoczenie i radość. Radość z tego, że nadal może robić to, co kocha - czarować publiczność. Upust spontaniczności i zabawy zespół dał w ostatnich minutach, w cudownie przedłużonym, szałowym klasyku "Da Ya Think I’m Sexy", na który na pewno wiele osób czekało. Z nieba spadły kolorowe balony, zespół przeniósł się do przedniej części sceny, na którą Rod zaprosił kilka fanek. Na scenie zapanował kontrolowany chaos - Stewart oprócz śpiewania musiał także zająć się fankami, które nakłaniały go do robienia selfie czy składania autografów na dekolcie. Jego cierpliwość, tak jak cierpliwość fanów, którzy czekali na kolejny koncert artysty w Polsce trzy lata, zostały wynagrodzone. Stewartowi w przypadły ogromne, niekończące się brawa. Publiczności - pokaz niespożytej energii i radości życia.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Rod Stewart

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje