Reklama

Najbardziej przełomowe teledyski w historii. "Musisz wyglądać jak laluś, punk, nerd, osiłek"

Na planie teledysku "Thriller" Michaela Jacksona /Everett Collection / Everett Collection/EAST NEWS /East News

Teledyski towarzyszą muzyce od dawna. Stały się niezwykle istotnym jej elementem, często dzięki nim wiele utworów dotarło do szerokiej publiczności. Przedstawiamy nasze zestawienie najbardziej przełomowych klipów muzycznych w historii, by przypomnieć sobie te, które w różnym czasie narobiły sporo pozytywnego zamieszania i zmieniły być może historię muzyki.

okładnie 65 lat temu ukazał się słynny klasyk Elvisa Presley’a, "Jailhouse Rock". Utwór błyskawicznie stał się Numerem 1 w USA i przebywał na szczycie zestawienia najpopularniejszych utwór przez aż 19 tygodni! Był to tytułowy utwór z planowanego na listopad nowego filmu Króla Rock And Rolla, a jego fragment wykorzystano jako, dziś powiedzielibyśmy teledysk do tego nagrania.

Wielu historyków zajmujących się muzyką, właśnie ten trwający 2.41 sekund klip (pierwotnie w wersji czarno-białej, po latach został pokolorowany), uznaje za pierwszy rockowy teledysk. Nie wszyscy się z tym zgadzają, ale to temat na inną opowieść. Niemniej to dobra okazja, by stworzyć, bardzo subiektywne oczywiście, zestawienie najbardziej przełomowych teledysków w historii muzyki popularnej, kolejność chronologiczna.

Reklama

"Bohemian Rhapsody" (Queen, 1975)

Trochę trudno uwierzyć, że ten teledysk powstał jeszcze w czasach, gdy nie istniały telewizje muzyczne, z MTV na czele. W dodatku jego nakręcenie było trochę przypadkowe, ale efekt marketingowy niebywały - i to zarówno w Anglii, jak i poza nią. Dzięki niemu coraz częściej singlowym utworom zaczęły towarzyszyć promocyjne filmiki.

Queen mieli się w listopadzie 1975 r. pojawić w telewizyjnym wydaniu listy przebojów, niezwykle popularnym wtedy programie "Top Of The Pops", nadawanym w każdy czwartek przez BBC. Grupa była wówczas w trasie koncertowej promującej ich przełomowy album "A Night at the Opera". Pojawił się więc pomysł nakręcenia promocyjnego filmiku.

Powstał on 10 listopada 1975 r. w studiach Elstree Studios po Londynem, w zaledwie cztery godziny! Wszystkie wykorzystane w klipie efekty specjalne zrobiono podczas nagrania, a całość kosztowała raptem 4,5 tys. funtów!. "Zaczęliśmy pracę o 19.30, skończyliśmy o 22.30, a 15 minut później byliśmy już w lokalnym pubie" - wspomina reżyser klipu Bruce Gowers.

Efekt końcowy zrobił ogromne wrażenie - tydzień po premierze teledysku w BBC, utwór wylądował na szczycie angielskiej listy przebojów (i przebywał tam aż 9 kolejnych tygodni), ponadto stał się pierwszym dużym przebojem Queen w USA. W 2009 roku teledysk przekroczył miliard odtworzeń na YouTubie, co było rekordem w przypadku wideo powstałego jeszcze przed latami 90. ubiegłego wieku.

Czytaj także: Freddie Mercury (Queen): 75. urodziny legendy

"Video Killed the Radio Star" (The Buggles, 1979)

Nie jest może wybitnym dziełem, ale na trwałe wszedł do historii jako pierwszy teledysk zaprezentowany przez nową stację MTV (wtedy dostępną tylko w USA). Stało się to 1 sierpnia 1981 roku, dokładnie w samo południe. Wybrano go na start stacji oczywiście ze względu na symboliczny tytuł. Sam teledysk powstał rok wcześniej, podobnie jak w przypadku "Bohemian Rhapsody" Queen, na potrzeby programu "Top Of The Pops".

Teledysk kosztował ok. 30 tys. funtów, samo nagranie zajęło tylko jeden dzień. Więcej czasu potrzeba było na montaż, bo klip miał mieć mocno futurystyczny charakter, a to wymagało studyjnej obróbki. Jednak po latach twórcy przyznali, że sami nie za bardzo wiedzieli co robią, wiele ujęć jest przypadkowych, a w finalnym montażu znalazły się nie te, które miały się znaleźć.

Po premierze na antenie BBC niektórzy widzowie stacji zgłosili zastrzeżenia, iż w klipie jest za dużo przemocy - chodziło o scenę niszczenia telewizora. Warto też dzisiaj pamiętać, że w teledysku można przez kilka sekund zobaczyć słynnego dziś kompozytora muzyki filmowej Hansa Zimmera, który wówczas był klawiszowcem the Buggles.

"Thriller" (Michael Jackson, 1983)

To bez wątpienia najsłynniejszy i równocześnie najlepszy teledysk, jaki kiedykolwiek nakręcono. Do dziś jest niedoścignionym wzorem, z którym trudno rywalizować. Całość trwa przecież blisko 14 minut, zatrudniono przy jego produkcji najlepszych wówczas tancerzy, każdy z nich musiał przejść kosztowny proces charakteryzacji na zombie. Ostatecznie "Thriller" kosztował pół miliona dolarów (choć wstępny budżet oszacowano na 900 tys.), przy czym średni koszt produkcji klipu wynosił w tamtym czasie ok. 50 tys. dolarów.

Pomysł na teledysk wpadł Jacksonowi do głowy, gdy zobaczył horror "Amerykański wilkołak w Londynie" (1981), w reżyserii Johna Landisa. Dlatego to jemu właśnie zaproponował współpracę, bo chciał pokazać, jak - dla zabawy - zmienia się w potwora. Z kolei Landis zaproponował nakręcenie filmu krótkometrażowego, co też się stało, a także napisanie do niego scenariusza. W ten sposób przeszedł do historii - stał się pierwszym uznanym reżyserem, który wyreżyserował muzyczny teledysk.

Wytwórnia odmówiła sfinansowania pomysłu, więc Jackson i Landis namówili dwie stacje telewizyjne (Showtime i oczywiście MTV), by wyłożyły pieniądze. W zamian dostały wyłączność oraz nakręcony przy okazji film, pokazujący kulisy kręcenia "Thrillera".

Zdjęcia nakręcono w październiku 1983 roku i trwały w sumie pięć dni. Cmentarz, na którym odbywa się akcja, zbudowany został we wschodnim Los Angeles, na terenie zakładu pakującego mięso. Część zdjęć kręcono także w kilku innych lokalizacjach.

Wizja Michaela Jacksona okazała się gigantycznym sukcesem, w wielu wymiarach, nie tylko pod względem sprzedaży jego płyty. Teledysk ugruntował rolę MTV jako wiodącej wówczas siły kulturowej, zrewolucjonizował sposób tworzenia teledysków, a w USA dodatkowo wpłynął na rozwój branży wypożyczalni i sprzedaży kaset wideo (kaseta z 45-minutowym filmem o kręceniu "Thrillera" znalazła ponad 9 milionów nabywców!).

"Thriller" to także pierwszy teledysk, jaki Biblioteka Kongresu USA włączyła do swoich zbiorów, ze względu na jego wartości "kulturowe, historyczne i estetyczne".

Czytaj także: Zły Michael Jackson

"Take On Me" (A-ha, 1985)

Pierwszy w historii teledysk, który łączył animację z żywymi aktorami i scenami. Do dziś to jeden z najbardziej kreatywnych i innowacyjnych klipów. Inspiracją dla twórców była transformacja pokazana w filmie science-fiction "Altered States" z 1980 r. Gdy kręcono teledysk, każda scena została najpierw nakręcona w całości normalną kamerą, a dopiero potem część została przeniesiona "na papier", techniką zwaną rotoskopia.

Zdjęcia powstały w kafejce "Kim's Café" w Londonie, ale zrobienie animacji zajęło w sumie 4 miesiące, gdyż trzeba było wykonać aż 3 tysiące klatek. Końcowy efekt był - i nadal jest - oszałamiający. Dzięki temu norweskie trio A-ha zdobyło wielką popularność w USA, stając się pierwszym wykonawcą z tego kraju, który dotarł tam do pierwszego miejsca listy przebojów.

Sam klip otrzymał później mnóstwo nagród, a na YouTubie przekroczył do dziś 1.5 miliarda wyświetleń.

"Money for Nothing" (Dire Straits, 1985)

Pierwszy teledysk pokazany na antenie MTV Europe, gdy stacja rozpoczęła działalność satelitarną na naszym kontynencie. Stało się to 1 sierpnia 1987 roku, czyli sześć lat po starcie MTV w USA. Ale klip przeszedł do historii przede wszystkim za sprawą przełomowego wykorzystania animacji do stworzenia postaci. Efekty stworzono za sprawą pierwszej wersji programu Painbox, wykorzystując dodatkowo fragment koncertu grupy w Budapeszcie.

Reżyserem teledysku był Steve Barron, ten sam człowiek, który stał za sukcesem "Take On Me" A-ha. Wcześniej musiał on długo przekonywać Marka Kopflera, lidera Dire Straits, który po prostu nie lubił klipów, do samej idei nakręcenia takiego wideo. Ostatecznie przekonała go ówczesna amerykańska narzeczona, dobrze znająca siłę teledysków w USA.

Ironiczne mocno przesłanie samego utworu, pokazującego telewizję w niezbyt korzystnym świetle, plus słynny wers "I want my MTV", spodobały się stacji, która prezentowała klip niezwykle często. Nic dziwnego, że w 1986 r. uhonorowano go tytułem "Najlepszego teledysku roku". Nie mówiąc już o wielkim komercyjnym sukcesie nagrania i promowanego nim albumu "Brothers in Arms".

"Sledgehammer" (Peter Gabriel, 1986)

Rozwój technologii komputerowej pozwalał na coraz śmielsze wykorzystanie jej w produkcji teledysków. W pełni wykorzystano to w tym przełomowym klipie Petera Gabriela. Do jego produkcji zaangażowano m.in. firmę mało znanego wówczas Nicka Parka, który później zasłynął jako twórca słynnej serii animowanych filmów "Wallace i Gromit".

Dla samego Petera Gabriela kręcenie było wielkim wyzwaniem. Musiał on m.in. leżeć przez aż 16 godzin pod szklaną taflą, by można było rejestrować scenę po scenie. W sumie kręcenie wszystkich zdjęć zajęło 8 dni kwietnia 1986 r. Co ciekawe, całość kosztowała raptem 120 tys. funtów. Do sceny, w której grupa kobiet tańczy wokół wokalisty, zaangażowano m.in. dwie jego córki, Annę-Marie i Melanie, grupę animatorek pracujących przy klipie oraz córkę reżysera.

Efekt końcowy był powalający. Był to najczęściej odtwarzany klip na antenie MTV w 1986 roku, a do dziś odtworzono go na YouTubie blisko 60 mln razy! W dodatku, właśnie dzięki teledyskowi, Peter Gabriel, który dotąd raczej nie gościł ze swą muzyka na listach przebojów, dotarł do 1. miejsca w USA, a w jego rodzinnej Anglii singel wylądował w Top 5 zestawienia.

"Like a Prayer" (Madonna, 1989)

Oglądając dzisiaj ten teledysk można zadać sobie pytanie, o co było tyle hałasu? Ale w 1989 roku "Like A Prayer" wywołał wielki skandal, został nawet potępiony przez Watykan, co oczywiście było jak najbardziej na rękę Madonnie, która świadomie chciała nakręcić najbardziej kontrowersyjny klip w jej dotychczasowej karierze. Choć w konsekwencji straciła duży kontrakt reklamowy z Pepsi, opiewający na 5 milionów dolarów.

Połączenie elementów rasowych, religijnych i seksu, było prawdziwą mieszanką wybuchową. Klip nakręcono w styczniu 1989 roku w dwóch studiach w Kalifornii. Powstał w sumie w pięć dni. Został zakazany przez większość stacji telewizyjnych w USA, za wyjątkiem... MTV. Nic dziwnego, że w głosowaniu widzów uznany został "Teledyskiem Roku". Co ciekawe, sponsorem tej nagrody była... Pepsi Cola.

"Nothing Compares 2 U" (Sinéad O'Connor, 1990)

Gdy Sinead O’Connor zdecydowała się nagrać swoją, niezwykle prostą, ale jednocześnie bardzo emocjonalną, wersję utworu Prince’a, wiedziała, że towarzyszący mu teledysk musi mieć taką samą wymowę. Ale nie było to wcale proste.

Reżyser John Maybury sporo się nabiedził, aby znaleźć odpowiedni sposób, kręcąc wcześniej sporo materiału w Paryżu, gdzie teledysk powstawał. Finalnie zdecydował się na proste ujęcie, pokazujące z bliska twarz wokalistki. I właściwie tylko tyle. Pomogła mocno sama wokalistka, która zdecydowała się zgolić włosy i po raz pierwszy pokazała się publicznie bez nich. Chciała wzmocnić przekaz teledysku, by - jak sama powiedziała - uwaga widza nie koncentrowała się na jej urodzie.

Jej łzy pod koniec teledysku są jak najbardziej autentyczne. Nie planowała tego, ale przy kolejnym ujęciu - jak potem wspominała - same popłynęły i postanowiła nie walczyć w z tym. Przypomniała sobie bowiem śmierć matki, która zginęła w wypadku samochodowym pięć lat wcześniej.

"Smells Like Teen Spirit" (Nirvana, 1991)

To była prawdziwa bomba rzucona w uszy młodzieży początku lat 90. Nirvana stała się czołowym przedstawicielem nurtu nazwanego grunge, któremu bliżej było do punk rocka, niż popularnego wówczas metalu różnych odmian.

Dlatego do nakręcenia swego debiutanckiego teledysku zespół zaangażował kompletnie nieznanego człowieka, Samuela Bayera. Miało bowiem powstać coś absolutnie "punkowego, ale nie korporacyjnego". I w pełni się to udało, za stosunkowo nieduże pieniądze (mniej niż 50 tys. dolarów).

Pomysł szkolnego koncertu, który kończy się totalną anarchią na scenie i wokół niej, zaczerpnięty został z filmu "Rock 'n' Roll High School", z udziałem grupy the Ramones. Materiał nakręcono szybciutko, bo w zaledwie w 12 godzin, w sierpniu 1991 r. Ale powstał nie w wynajętej szkole, ale w profesjonalnym studiu produkcyjnym w Culver City.

Widownię zwerbowano na koncercie Nirvany, jaki odbył się dwa dni wcześniej w Los Angeles. Wręczano wówczas ulotki o treści: "Nirvana potrzebuje cię do nowego teledysku. Musisz mieć 18-25 lat i wyglądać jak osoba z liceum, czyli jak laluś, punk, nerd, osiłek". Natomiast panie grające cheerleaderki zostały zarekrutowane w... lokalnym klubie ze striptizem.

W 2019 r. teledysk przekroczył miliard odtworzeń na YouTubie.

Czytaj także: Nirvana: 30-lecie "Nevermind". "Znam brzydkie słowo"

"Sabotage" (Beastie Boys, 1994)

Reżyserem teledysku został Spike Jonze, uznany filmowiec, po trosze aktor i filmowiec. Całość jest parodią policyjnych seriali z lat 70., jak "Kojak", "CHiPs" czy "Hawaii Five-0". Wykreowano więc nieistniejący serial "Sabotage", a poszczególni muzycy grupy grają fikcyjne, ale nazwane z imienia i nazwiska, postaci. Ucharakteryzowano ich na lata 70. (peruki, okulary, ubrania), grają w scenografii dokładnie odwzorowującej tamte lata.

Teledysk nie zdobył co prawda, mimo kilku nominacji, żadnych nagród MTV (przegrał walkę o tytuł "Klipu roku" z "Crying" Aerosmith), ale wywarł duży wpływ na innych twórców. Wśród nich był m.in., angielski reżyser Danny Boyle, który w pierwszych scenach swego kultowego dzieła "Trainspotting" (1996) inspirował się właśnie "Sabotage".

"Wannabe" (Spice Girls, 1996)

Jeśli rozpoczynać karierę, to od dobrego nagrania i bardzo dobrego teledysku. I tak właśnie stało się w przypadku Spice Girls. Wykorzystano tu dobrze znaną koncepcję "jednego ujęcia", czyli sfilmowania całości bez cięć. Co prawda nie do końca się to w tym przypadku udało, gdyż da się uchwycić dwa momenty montażu. Ale nie miało to większego znaczenia, liczył się ogólny efekt.

Teledysk jest dziełem szwedzkiego reżysera Johana Camitza, który wcześniej znany był z pracy nad reklamami. Zdjęcia kręcono w hotelu "Midland Grand" (obecnie to "Renaissance Hotel") w Londynie. Wokalistki zrobiły wcześniej siedem prób, ale reżyser dał im pełną swobodę ubioru i sposobu poruszania się. Chciał pokazać ich odmienne charaktery, a jednocześnie miały tworzyć jeden zespół.

Co w pełni się udało, mimo iż wokalistki solidnie.... zmarzły na planie. Klip co prawda kręcono 19 kwietnia 1996 roku, ale londyńska pogoda dała o sobie znać. Ale Girl Power finalnie zwyciężyła.

“Single Ladies (Put a Ring on It)" (Beyoncé, 2008)

Co można jeszcze wymyśleć, by jedna z najpopularniejszych na świecie wokalistek znalazła się na ustach wszystkich? Gdy wydawało się, że to niemożliwe, pojawił się ten niezwykły, czarno-biały teledysk. Jego twórcą jest brytyjski reżyser Jake Nava, który współpracował już chwilę wcześniej z Beyonce przy "If I Were a Boy" (praktycznie nakręcone zostały jeden za drugim).

Oba powstały w Nowym Jorku, a pomysł był dość prosty - zamiast jednej, niech pojawią się... trzy Beyonce. Tak naprawdę zatrudniono dwie identycznie ubrane tancerki z Teksasu, a choreografia inspirowana była dokonaniami Boba Fossa, słynnego choreografa i reżysera ("Kabaret", "Cały ten zgiełk").

Beyoncé od początku wiedziała, że ma powstać prosty teledysk, z minimalną ilością dodatkowych ujęć, bez zmiany fryzur, kostiumów i planów. Kręcenie podzielono na trzy części, ale całość trwała w sumie 12 godzin. Większość ujęć nakręcono bez przerw, a zmontowano je potem tak, by sprawiały wrażenie, iż całość to efekt jednego ujęcia.

W 2009 r. teledysk uhonorowano tytułem "Klipu Roku" przez widzów MTV. Co ważniejsze, stał się prawdziwym fenomenem w internecie. Pojawiło się bowiem kilka tysięcy jego wersji, kręconych w domowych warunkach, głównie przez panie. Doczekał się też wielu parodii.

"Bad Romance" (Lady Gaga, 2009)

Co prawda nie jest to najdziwniejsze wideo w dorobku wokalistki (o ten tytuł walczą "Paparazzi" i "Telephone"), ale na pewno najważniejsze. To kwintesencja tego, jaką wszechstronną i utalentowaną artystką jest Lady Gaga.

Do współpracy nad teledyskiem zaprosiła urodzonego w Austrii amerykańskiego reżysera Francisa Lawrence’a, który miał już wtedy na koncie współpracę z Britney Spears, Janet Jackson i Gwen Stefani. Oboje szybko znaleźli porozumienie, co chcą stworzyć.

Teledysk miał być początkowo kręcony w Nowym Jorku, z rozbudowaną scenografią i wieloma ujęciami kręconymi w ładnych plenerach. Okazało się jednak, że budżet na to nie pozwolił. Finalnie klip nakręcono w Los Angeles, w ciągu raptem dwóch dni. Wiele elementów to pomysły Lady Gagi, czasami tylko urozmaicane przez reżysera.

W efekcie powstało małe arcydzieło, na które złożyło się mnóstwo drobnych, znakomicie współgrających elementów - pomysł, choreografia, scenografia, oświetlenie, wykonanie. No i chwytliwy utwór, który szybko stał się wielkim przebojem.

Sam teledysk uzyskał aż 10 nominacji do nagród MTV w 2010 roku, wyrównując pod tym względem dotychczasowy rekord "Sledghammer" Petera Gabriela. Finalnie wygrał w 7 kategoriach, w tym w tej najważniejszej, czyli "Wideo roku".

Tomasz Słoń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy