Reklama

Elton John wydaje autobiografię "Ja": Licencja na złe zachowanie [FRAGMENT]

Elton John koncertuje w ramach pożegnalnej trasy "Farewell Yellow Brick Road Tour" /Dave Simpson/WireImage /Getty Images

Cztery lub pięć drinków, półtorej butelki wina, potem koka i zioło - tak wyglądały czasy burzliwych imprez sir Eltona Johna. 25 marca, w dniu 73. urodzin wokalisty i muzyka na polskim rynku ukaże się książka "Ja" - jego pierwsza i jedyna autobiografia.

Reklama

Za tłumaczenie na język polski odpowiada Piotr Grzegorzewski.

W książce "Ja" (Wydawnictwo Otwarte) Elton John własnymi słowami i z charakterystyczną dla siebie szczerością opowiada o swoich kolejach losu - dzieli się z nami zarówno najzabawniejszymi doświadczeniami, jak i tymi najbardziej wstrząsającymi.

W tej pełnej dramatyzmu autobiografii wokalista opisuje meandry swojej kariery: nieudane próby zainteresowania wytwórni płytowych wczesnymi piosenkami, utratę kontroli nad własnym życiem w okresie, gdy był już gwiazdą, przyjaźń z Johnem Lennonem, Freddiem MercurymGeorge'em Michaelem, dyskotekowy taniec z królową, próby samobójcze i uzależnienie od narkotyków, które trwało ponad dekadę.

Reklama

Elton pisze również o okresie trzeźwości i założeniu Elton John AIDS Foundation. Wraca pamięcią do okoliczności, w jakich poznał miłość swojego życia - Davida Furnisha, do wspólnych wakacji z Versacem i pogrzebu księżnej Diany, na którym zaśpiewał poświęconą jej piosenkę (zobacz!), a także do chwili, gdy zapragnął zostać ojcem i jego życie po raz kolejny się zmieniło.

---

Obudziło mnie dobijanie się do drzwi mojego hotelowego apartamentu. Nie domyślałem się, kto to, ponieważ w ogóle nie myślałem. W chwili, gdy otworzyłem oczy, uświadomiłem sobie, że mam ten szczególny rodzaj kaca, który nie wydaje się kacem - po prostu niemożliwe, żeby człowiek czuł się aż tak źle na skutek nadużywania, to zdecydowanie musi być coś poważniejszego. Nie bolała mnie tylko głowa. Bolało mnie całe ciało. Zwłaszcza ręce. Odkąd to kac wywołuje ból rąk? I dlaczego człowiek walący w drzwi nie może się po prostu odpi...olić, mimo moich powtarzających się nalegań, żeby to zrobił?

Walenie w drzwi nie ustawało, a po chwili dołączył do niego głos wykrzykujący moje imię. To był Bob Halley. Zwlokłem się z łóżka. Boże, ten kac był niebywały. Czułem się gorzej niż po imprezie sylwestrowej Ringo Starra w 1974 roku, która zaczęła się o ósmej wieczorem, a skończyła około wpół do czwartej po południu następnego dnia. Czułem się gorzej niż kilka lat temu w Paryżu, gdy wynająłem apartament z widokiem na Sekwanę, niby po to, by trochę ponagrywać, a później przyszła dostawa jakiejś ulepszonej kokainy i w ogóle nie wszedłem do studia. Kiedy John Reid wpadł do mnie pewnego poranka, żeby zaciągnąć mnie na sesję, odkrył, że w ogóle nie kładłem się spać i jestem na takim odlocie, że wydaje mi się, że tańczą ze mną meble w kuchni. To chyba podczas tego samego pobytu w Paryżu postanowiłem się ogolić, będąc na haju, i tak się zapaliłem do tego pomysłu, że pozbyłem się przy okazji również brwi. Podobne wydarzenia często zlewają się w jedno.

Kiedy otworzyłem drzwi, Bob obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, jakby się spodziewał, że coś powiem. Skoro milczałem, rzucił:

 - Chyba powinieneś to zobaczyć.

Ruszyłem za nim do jego pokoju. Otworzył drzwi i moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Wszystko było wywrócone do góry nogami. Ani jeden mebel nie pozostał nietknięty, z wyjątkiem łóżka. Wszystkie inne leżały na podłodze albo były w kawałkach. W samym środku tego pobojowiska ujrzałem ulubiony kapelusz kowbojski Boba. Był rozpłaszczony, niczym kapelusz Yosemite Sama po tym, jak Królik Bugs zrzucił mu kowadło na głowę.

 - Ja pie**olę - wykrztusiłem. - Co tu się stało?

Zapadła cisza. Długa cisza.

 - Elton - powiedział w końcu Bob. - Ty się tu stałeś.

Co on miał na myśli? O czym on gada? Nie rozumiałem, jak coś takiego może mieć jakikolwiek związek ze mną. Ostatnie, co pamiętałem, to że świetnie się bawiłem. Dlaczego miałbym wszystko zniszczyć?

 - Byłem w barze - zaprotestowałem. - Z chłopakami z Duran Duran.

Bob rzucił mi kolejne dziwne spojrzenie. Zupełnie jakby próbował odgadnąć, czy robię sobie jaja, czy mówię poważnie. W końcu westchnął.

 - To prawda, byłeś w barze - odparł. - Na początku.

A miało być tak pięknie. W czerwcu 1983 roku kręciłem w Cannes wideoklip do "I'm Still Standing", pierwszego singla z mojego kolejnego albumu "Too Low for Zero". Od czasu klęski "Ego" starałem się jak najmniej angażować w prace nad teledyskami, jednak tym razem zrobiłem wyjątek. Po części dlatego, że reżyserował Russell Mulcahy, z którym już kiedyś pracowałem i naprawdę go lubiłem. Russell na początku lat osiemdziesiątych był wymarzonym realizatorem, jeśli chciałeś, by twój wideoklip był olśniewający, egzotyczny i wyglądał na kosztowny. To właśnie on wysłał Duran Duran na Antiguę i sfilmował ich, jak na jachcie śpiewają "Rio" (sprawdź!).

Ale zaangażowałem się w ten projekt również dlatego, że bardzo mi zależało, by zarówno "I'm Still Standing", jak i "Too Low for Zero" odniosły sukces komercyjny. Bernie i ja wróciliśmy do pełnej współpracy. W okresie separacji napisaliśmy wspólnie parę niezłych kawałków, lecz zrozumieliśmy, że musimy zrobić cały album, żeby nasz duet naprawdę się odrodził. Byłem zadowolony z koncertów z Dee i Nigelem, więc zaprosiłem ich do studia, a skład uzupełniłem Daveyem na gitarze i Rayem Cooperem na instrumentach perkusyjnych. Na dodatek, podobnie jak na płytach "Elton John" i "Tumbleweed Connection", na harfie zagrała Skaila Kanga, moja koleżanka z Royal Academy of Music.

Na sesję polecieliśmy do studia George'a Martina w Montserrat, gdzie producent Chris Thomas zgromadził ekipę świetnych inżynierów dźwięku: Billa Price'a, Peggy McCreary, która dopiero co współpracowała z Prince'em, i młodziutką Niemkę Renate Blauel. W 1981 roku nagrywałem tam już album "Jump Up!", lecz tym razem było inaczej. Miałem przy sobie Berniego, dzięki czemu można było mówić o pierwszej płycie starego Elton John Band od "Captain Fantastic" z 1975 roku. Zupełnie jakby znów zaczęła działać dobrze naoliwiona maszyna, tyle że rezultaty naszej pracy nie brzmiały jak albumy z lat siedemdziesiątych, one brzmiały naprawdę świeżo.

Sporo eksperymentowałem z syntezatorami. Takie piosenki jak "I Guess That's Why They Call it the Blues", "Kiss the Bride" i "Cold as Christmas" były prawdziwymi perełkami, a "I'm Still Standing" stała się wizytówką płyty. Tekst traktował o jednej z byłych Berniego, ale można go było również odczytać jako wiadomość dla mojej nowej amerykańskiej wytwórni, która, szczerze mówiąc, okazała się nie lada utrapieniem.

Geffen Records była stosunkowo nowa na rynku (powstała w 1980 roku), ale już na początku działalności podpisała kontrakty z największymi gwiazdami, z jakimi tylko zdołała: nie tylko ze mną, ale i z Donną Summer, Neilem Youngiem, Joni Mitchell i Johnem Lennonem. Wszystkich nas zwabiła renoma Davida Geffena - to on stał za sukcesami The Eagles i Jacksona Browna w latach siedemdziesiątych - a także obietnica całkowitej wolności artystycznej.

Tyle że pierwszy album, jaki dla nich nagrałem, "The Fox" z 1981 roku, nie okazał się wielkim sukcesem. "Jump Up!" sprzedawał się lepiej, ale i tak pod względem komercyjnym liczył się dla nich jedynie John - a i to tylko dlatego, że został zamordowany. Przed śmiercią jego wspólna płyta z Yoko "Double Fantasy" zbierała nieprzychylne recenzje i sprzedawała się raczej niespiesznie. Dość drastyczna metoda, by zacząć okupować listy przebojów.

Geffen wpadł w panikę i zaczął robić głupstwa. Zwolnił Giorgio Morodera, producenta Donny Summer odpowiedzialnego dosłownie za każdy jej przebój. Zamknął Joni Mitchell w studiu z cudownym dzieckiem syntezatorów Thomasem Dolbym. Równie dobrze mógł ją zamknąć w studiu z mistrzami jodłowania - efekty byłyby równie żałosne. I wreszcie próbował pozwać Neila Younga za to, że jest nieobliczalny, co jak wiadomo każdemu, kto choćby trochę śledzi jego karierę, było równoznaczne z pozwaniem go za to, że jest Neilem Youngiem. Nie podobało mi się to wszystko i pomyślałem, że "I'm Still Standing" będzie moim strzałem ostrzegawczym. To była mocna, dumna, pewna siebie piosenka, coś w rodzaju pokazanego środkowego palca.

Wymagała jednak równie mocnego, dumnego i pewnego siebie teledysku. I Russell go nam zapewnił. Była to wielka produkcja ze zdjęciami kręconymi z helikopterów i mnóstwem tancerek i tancerzy w kostiumach i z malunkami na ciałach. Sprowadzono do Nicei mój kabriolet marki Bentley, bym w filmiku jeździł nim po canneńskiej Promenade de la Croisette. Opracowano układy taneczne, w których miałem wziąć udział, przynajmniej początkowo, bo gdy zaprezentowałem swoje kroki doskonalone przez lata na parkietach Crisco Disco i Studio 54, choreografka Arlene Phillips zbladła i nagle ograniczyła mój udział do pstrykania palcami i przejścia się bulwarem nadmorskim w rytm muzyki. Pewnie bała się, że wypadnę lepiej od zawodowych tancerzy. To, że później twierdziła, że jestem najgorszym tancerzem, z jakim przyszło jej pracować, to blef, który miał zaoszczędzić wstydu jej i jej kolegom.

Zdjęcia rozpoczęły się o czwartej rano i trwały cały dzień. Po zachodzie słońca ogłoszono przerwę i wróciłem do swojego hotelu Negresco, żeby się odświeżyć przed zdjęciami nocnymi. W hotelowym holu wpadłem na Simona Le Bona. On i reszta Duran Duran bawili akurat w mieście i wybierali się do baru. Może chciałbym dołączyć? Nie znałem go za dobrze, ale pomyślałem, że szybki drink trochę by mnie ożywił. Właśnie się zastanawiałem, co zamówić, gdy Simon zapytał, czy kiedykolwiek próbowałem martini z wódką. Zaprzeczyłem. Może więc powinienem ­spróbować?

Zdania co do tego, co zaszło później, są podzielone. Niestety, nie mogę tym relacjom zaprzeczyć ani ich potwierdzić, bo naprawdę nie pamiętam nic poza tym, że uznałem chłopaków z Duran Duran za świetne towarzystwo i zauważyłem, że martini z wódką nieźle wchodzi. Zależnie od tego, w czyją relację wierzyć, w ciągu godziny wydudniłem od sześciu do czternastu drinków i wciągnąłem kilka kresek koki.

Potem podobno wróciłem na plan teledysku, zażądałem, żeby włączono kamery, zdjąłem ubranie i zacząłem paradować na golasa. John Reid, który statystował w wideoklipie w przebraniu klauna, postanowił interweniować. Opieprzył mnie, a ja przyjąłem to naprawdę źle. Tak źle, że walnąłem go w twarz. Niektórzy twierdzili później, że wyglądało to tak, jakbym złamał mu nos. To tłumaczyło, dlaczego bolały mnie ręce, ale i tak byłem w szoku. W całym swoim dorosłym życiu nigdy dotąd nikogo nie uderzyłem - potem zresztą również nie. Tak bardzo nienawidziłem przemocy fizycznej, że nie mogłem nawet oglądać meczów rugby. Inna sprawa, że jeśli miałbym złamać swoje zasady i komuś przyłożyć, John Reid nadawał się do tego jak mało kto: przynajmniej odegrałem się za to, że mnie stłukł, kiedy byliśmy parą.

John wypadł z planu, chwycił kluczyki do mojego bentleya i pomknął przed siebie. Dopiero następnego dnia zadzwonił do siedziby Rocket, każąc swoim pracownikom zadzwonić po pomoc drogową. Pojechał w nocy do Calais i złapał prom do Dover. Potem jednak zepsuł mu się samochód. Kierowca z pomocy drogowej musiał się trochę zdziwić, widząc kabriolet, za którego kierownicą siedział zakrwawiony facet w stroju i makijażu klauna.

Po wyjściu Johna komuś udało się mnie ubrać (podobno zajęło to trochę czasu), a Bob Halley zaprowadził mnie na górę. Wyraziłem swoje niezadowolenie z powodu jego interwencji, demolując pokój. Na samym końcu podeptałem jego kapelusz, po czym zataczając się, wróciłem do swojego apartamentu i odpłynąłem.

Bob i ja siedzieliśmy na łóżku, pękając ze śmiechu. Nie pozostawało nam nic innego, jak śmiać się z tego wszystkiego. A potem przyszła pora na telefony z przeprosinami. Ten dzień powinien skłonić mnie do refleksji na temat mojego zachowania. Jednak, jak pewnie się domyślacie, nic takiego się nie stało. Główną nauką z wydarzeń w Nicei było dla mnie to - uwaga, uwaga! - że powinienem częściej pić martini z wódką.

Odtąd tak właśnie rozpoczynałem wieczory: cztery lub pięć drinków, potem wyjście do restauracji - na przykład do L'Orangerie, jeśli akurat byłem w Los Angeles - podczas kolacji półtorej butelki wina i z powrotem do siebie, gdzie czekały już na mnie koka i zioło. Martini z wódką gwarantowało mi jedno - urywał mi się po nim film, dzięki czemu nazajutrz nie miałem pojęcia, jak okropnie zachowywałem się w nocy. Czasami ktoś czuł się w obowiązku zadzwonić i zdać mi relację z wydarzeń, a wtedy przepraszałem.

Pamiętam, jak wściekły Bernie zatelefonował do mnie po nocy spędzonej w Le Dome, restauracji w Los Angeles, w której miałem udziały. Upiłem się tam i palnąłem wielce zabawną, w moim przekonaniu, mówkę, w której udało mi się obrazić matkę Johna Reida. Jednak nie przeczę, że czułem się bardzo wygodnie, nic nie pamiętając. Dzięki temu mogłem oszukiwać samego siebie, że chyba jednak nie jest ze mną aż tak źle, jak mówią ludzie, albo że to, co się stało, to odosobniony wypadek. Przez większość czasu nikt nie miał śmiałości nic mi powiedzieć ze względu na to, kim byłem. Z tym właśnie wiąże się sukces. Daje licencję na złe zachowanie, której nikt ci nie cofnie, dopóki sława całkiem nie przeminie. Na razie nie istniało niebezpieczeństwo, że do tego dojdzie.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Elton John

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje