Reklama

Ostróda: Powrót z dalekiej podróży

Za nami pierwszy dzień Ostróda Reggae Festival. Po piątkowych występach, chyba nikt nie ma wątpliwości, iż reggae, parafrazując słowa Pablopavo, została wyrwana z kajdan Babilonu i przynajmniej na te trzy dni zagościła w Ostródzie, czyniąc z tej pięknej mazurskiej miejscowości stolicą światowego reggae.

Początek jednak nic na to nie wskazywał. Znacie to uczucie gdy po czterech, długich latach oczekiwań na mundial, mecz otwarcia okazuje się nudny i nieemocjonujący? Takie właśnie emocje towarzyszyły mi podczas występu Junior Stressa, inaugurującego Ostróda Reggae Festival.

Reklama

Cały rok żmudnych przygotowań, kilka godzin jazdy pociągiem przez cały kraj, a na scenie wita mnie jegomość, który najwyraźniej zapomniał, iż występuje na największym festiwalu muzyki reggae w tej części Europy. Ciągłe pokrzykiwania w stronę publiczności, nazywaną załogą plus infantylne teksty piosenek, w których z rozbrajającą radością Junior przyznaje się, że go napadali, przywołują na myśl raczej koncert osiedlowego składu w dzielnicowym domu kultury. Więcej o tym występie szkoda pisać, tym bardziej, iż na szczęście nie tylko wszystko co dobre się kończy, ale również wszystko co złe. Później było już tylko lepiej, zresztą czy mogło być inaczej?

Po koncercie Junior Stressa sceną zawładnęły kobiety, tworząc, używając znów terminologii piłkarskiej, prawdziwą grupę śmierci. Marika słusznie przyznała, iż wciąż za mało jest kobiet tworzących reggae. Na pocieszenie pozostaje fakt, iż liczy się przede wszystkim jakość, nie ilość, a ta z najwyższej światowej półki. Trudno jednoznacznie stwierdzić, który występ pań należy uznać za najlepszy.

Już pierwsza dama, która pojawiła się na głównej scenie Ostróda Reggae Festival, Jagha, wraz ze swoim zespołem Ragana, dała popis swych nieprzeciętnych umiejętności wokalnych. Szkoda, że Ragana nie mogła wystąpić później, wszak mocne dubowe dźwięki bardziej pasują na wieczorową porę, niczym brunet z komedii Barei. Zespół na scenie odebrał nagrodę dla najlepszego debiutu roki i jest szansa, iż w przyszłym roku spełnią się marzenia liderki Ragany.

Żal towarzyszył również występom Mariki i Yaz Alexander, które zostały zmuszone do skrócenia swoich występów. Obie wielkie damy reggae łączy nie tylko znakomity, soulowy wokal, ale również zamiłowanie do mieszania stylów i gatunków. Na scenie można więc było usłyszeć elementy r&b, soul, funk i oczywiście reggae. Fusion w najczystszej postaci. I szkoda tylko, że przesympatyczna Brytyjka przywiozła ze sobą również tradycyjną brytyjską pogodę, która na czas jej koncertu wygoniła publiczność pod namiot, gdzie mieściła się druga scena. A mogło być tak pięknie.

Po kolejnej przerwie związanej z ustawieniem sprzętu (Tu pewna dygresja. Na przyszłość organizatorzy muszą dołożyć wszelakich starań, by przerwy pomiędzy koncertami nie trwały tak długo. W ten sposób nie będą musieli ratować się skracaniem set list kolejnych artystów) na scenie zameldowała się warszawska grupa Vavamuffin.

Oceny tego występu są podzielone. Zespół zgromadził sporą grupę publiczności, czego akurat można się było spodziewać, podobnie jak faktu, iż publiczność ta będzie się świetnie bawić w rytm największych przebojów Vavy. Tym niemniej formacja powinna pomyśleć nad nowym materiałem, wszak obecny zaczyna powoli nudzić. Koncerty stają się przewidywalne. A że ryba psuje się od głowy, istnieje prawdopodobieństwo, iż pierwsi zmęczą się sami artyści.

W czasie gdy Vavamuffin grali swój koncert, w biurze prasowym trwała konferencja prasowa, podczas której zespół Maleo Reggae Rockers prezentował swoją nową płytę "Addis Abeba". Trzeba przyznawać, iż Darek Malejonek bardzo barwnie opowiadał o powstawaniu płyty, czym rozbudził apetyty przed występem Maleo, którzy wkrótce zamienili się miejscami z Vavamuffin. Od tej pory na scenie gościa i królował prawdziwy roots reggae. Zespół tak jak obiecał, zagrał znakomity koncert. Nie szukając na siłę wysublimowanych epitetów, Maleo zagrali po prostu z klasą. Świetna sekcja dęta, znakomity bas i Darek Malejonek w doskonałej formie. Wszystko okraszone jak zwykle w przypadku tego wokalisty ciekawymi, niebanalnymi tekstami. Po występie zrodziło się poważne pytanie, czy zespół nie prezentuje się lepiej na żywo.

Każdy kto dał się ponieść transowi Maleo Reggae Rockers, na pewno pozostał już w nim o końca wczorajszych koncertów. Postarały się o to dwie największe gwiazdy pierwszego dnia Ostróda Reggae Festival. Jamajski kwintet Dubtonic Kru to kawał dobrego i solidnego roots reggae w stylu Inner Circle. Zresztą podobieństwo do tego słynnego zespołu nie ograniczało się jedynie do warstwy muzycznej.

I tak z powolna przybliżaliśmy się do występu tych największych, jedynych, apostołów światowego reggae - Tosh Meets Marley. Specjalnie nie wymieniam tu pełnej nazwy projektu, gdyż byłby to najzwyklejszy policzek wymierzony pozostałym członkom formacji, którzy postawą na scenie udowodnili swoją wielkość.

Już od pierwszych dźwięków na twarzach wszystkich uczestników koncertu rysowała się radość jaka towarzyszy pielgrzymom podczas spotkania ze swoimi mistrzami. Bob Marley i Peter Tosh na wyciągnięcie ręki i uszu. Cudowni, wspaniali, fantastyczni, mistrzostwo świata - dało się usłyszeć wśród rozentuzjazmowanej publiczności. A ta podczas dwugodzinnego występu (!) została całkowicie zahipnotyzowana.

Przy "Stir it up" niektórzy jeszcze wciąż z otwartymi szeroko ustami przecierali oczy ze zdumienia, jakby nie wierząc w to co widzą. Przy "I shot the sheriff" zastrzelili nie tylko szeryfa, ale prawdopodobnie wszystkich, którzy jeszcze się nie ruszali. Przy "Get Up, Stand Up" rządzili już publicznością do tego stopnia, że mogli ją zmusić do walki o cokolwiek, na co tylko mieli ochotę. A później było już tylko lepiej. "Three Birds, "Jammin'", "Johny Was". Magia, duchy Boba Marleya i Petera Tosha snuły się po scenie, wprost na publiczność. Gdyby w platońskim świecie bytów idealnych istniała idea reggae, wyglądałaby właśnie w ten sposób.

A oni wciąż cudowni, charyzmatyczni niczym profesorowie, mesjasze którzy postanowili na nowo przypomnieć stare dobre nauki, być może nawet utrzeć nieco nosa młodzieniaszkom. Zresztą niemal wszyscy wykonawcy obecni podczas koncertu Tosh meets Marley na terenie koszar, posłusznie zeszli pod scenę by oddać część i hołd absolutnym mistrzom.

Występ tego projektu stanowił doskonałe potwierdzenie kilku życiowych prawd, choćby takich jak to, że pewne rzeczy są jak jazda na rowerze, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, że wino im starsze tym lepsze, wreszcie, że można komuś jeść z ręki. I można by tak pisać i pisać bez końca, ale żadne słowa nie oddadzą tego co wydarzyło się piątkowego wieczora w Ostródzie. Za najlepszy komentarz niech posłużą słowa Darka Malejonka, który stojąc pod sceną tuż obok piszącego te słowa, stwierdził - "Ja pierdykam". Ja też. Wszyscy tego dnia wróciliśmy z dalekiej podróży.

Mateusz Ciba, Ostróda, Miastomuzyki.pl

Zobacz teledyski Boba MarleyaPetera Tosha na stronach INTERIA.PL.

Dołącz do fanów reggae w serwisie Muzzo.pl.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: daleki | Ostróda | koncert | publiczność | dalekie podróże | powrót | festiwal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje