Reklama

Koncert Nine Inch Nails w Katowicach - relacja

Niezwykła, udzielająca się energia, muzyka przeszywająca ciało dreszczem, niezapomniany spektakl świateł i obrazów. 10 czerwca 2014 roku w katowickim Spodku odbył się bardzo wyczekiwany przez fanów koncert legendarnego, amerykańskiego zespołu Nine Inch Nails, przedostatni na europejskiej trasie koncertowej promującej najnowszą płytę "Hesitation Marks".

W swojej 26-letniej historii zespół dopiero po raz drugi odwiedził Polskę. Pierwsza wizyta miała miejsce w 2009 roku podczas poznańskiego Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego "Malta". Ale to był zupełnie inny koncert od tegorocznego.

Reklama


Punktualnie o 21:00 na scenie pojawił się nieco starszy już, ale - moim skromnym zdaniem - wciąż najprzystojniejszy mężczyzna świata Trent Reznor i bez zbędnych przecież słów przywitania - co nie zdziwiło chyba wiernych fanów - wraz z zespołem wykonał utwór "Copy of A" z najnowszej płyty "Hesitation Marks". Ostatecznie zagrali z niej tylko trzy utwory, za to w bardzo ciekawych aranżacjach.

Sporym zaskoczeniem były kolejne dwie piosenki - bo choć zagrane bardzo dobrze i z dużą energią - to jednak pochodziły z najgorzej ocenianej przez krytyków (fanów również) płyty "The Slip". Zdecydowanie bardziej wolałabym w to miejsce na żywo - skoro nie mam zbyt często okazji - usłyszeć utwory z doskonałej płyty "The Fragile". A z niej Reznor wybrał na koncert w Polsce tylko dwa utwory - fortepianowy, przez co bardzo liryczny "The Frail" i fantastycznie wykonany "The Wretched".

"March of the Pigs" zabrzmiał potężnie, po nim "Piggy". Oba utwory wykonane z najprawdziwszą pasją, miażdżące system. To nie były jedyne kompozycje pochodzące z płyty "The Downward Spiral" - uznanej za jeden z 500 albumów wszech czasów według magazynu "Rolling Stone". W zasadzie to kawałki z niej zdominowały katowicki koncert.

Największą niespodziankę Reznor sprawił swoim fanom, wykonując piosenkę "Closer", która obecna była chyba na wszystkich setlistach europejskich koncertów tej trasy. Wielu fanów jeszcze do niedawna zapewne myślało, że już nigdy jej na żywo nie usłyszy. Kilka lat temu pojawiła się plotka, że żona Trenta zaraz na początku ich związku zabroniła artyście wykonywać ten mocny utwór. Po tym numerze trudno było dojść do siebie, złapać oddech. Tłum fanów szalał wraz z muzykiem w zasadzie przez cały koncert, wykrzykując teksty piosenek. Sam Reznor skakał i tańczył praktycznie przez cały czas. Swoją drogą 49-latek jest w naprawdę świetnej formie.


Do pewnego momentu dźwiękom towarzyszył niesamowity spektakl świateł, które zmieniały się wraz z każdorazowym uderzeniem w klawisze, perkusję czy też struny gitar - efekt naczyń połączonych dający niezwykłe wrażenia wizualne, nawet trójwymiarowości. Generowały je cztery zawieszone nad sceną wielkie reflektory. Przed utworem "Sanctified" z płyty "Pretty Hate Machine" na scenę wjechało kilka ogromnych ekranów i dopiero wtedy zaczął się prawdziwy wizualny show. Wtedy też koncert przeobraził się z mocno rockowego w bardziej elektroniczny, co nie powinno być zaskoczeniem dla zagorzałych fanów, którzy wiedzieli, że cała trasa koncertowa "Tension" jest właśnie taka.


Nietypowe było zestawienie kolejnych piosenek w setliście. Artysta chyba mocno zaskoczył publiczność, wykonując najmniej znane utwory takie jak: "The Warning" I "The Great Destroyer". Fani prawdopodobnie bardziej ucieszyliby się, słysząc "Terrible Lie", którego tym razem Reznor nie przewidział na liście, albo "La Mer". Pokazał jednak, jaką przyjemność sprawia mu zabawa muzyką, dźwiękami. Miksował doskonale i pięknie się na to patrzyło.

Zanim poznałam muzykę Nine Inch Nails, najpierw usłyszałam o koncertach grupy, oprawie wizualnej. Co prawda nie było, tak jak kilka lat temu w Poznaniu, niszczenia instrumentów, ale za to tym razem Reznor dwoma ogromnymi tirami przetransportował cały sprzęt ze Stanów. Efekt był piorunujący.

Warto wspomnieć, że Reznor zanim wybrał się w trasę promującą nowy album, bardzo długo przygotowywał oprawę wizualną do niej, z całą masą ekspertów. I faktycznie miało się wrażenie, że jest się uczestnikiem mocno wyreżyserowanej, wielkiej produkcji. Punktualne rozpoczęcie koncertu i po 90 minutach definitywny koniec. To z kolei spowodowało brak bisów, od których zwykle Reznor nie stroni. Jednak tym razem ograniczenia techniczne - każdy utwór miał swoją reżyserię światła i obrazu - wzięły górę.

Na koniec koncertu Nine Inch Nails zafundował swoim fanom rozmiękczający serca "Hurt" ze wspaniałymi wizualizacjami w tle. Cały koncert był naprawdę dużym przeżyciem i mimo że był przedostatnim na europejskiej trasie Nine Inch Nails, nie było widać po muzykach cienia zmęczenia.


Technicznym niedociągnięciem, które mogło podnieść ciśnienie publiczności, na szczęście tylko w kilku momentach, był problem z nagłośnieniem wokalu. Jednak nie zakłóciło to ostatecznego odbioru doskonałej całości.

Magdalena Tyrała, Katowice


Setlista:

Copy of A
1,000,000
Letting You
March of the Pigs
Piggy
The Frail
The Wretched
Burn
Gave Up
Sanctified
Closer
Find My Way
Disappointed
The Warning
The Great Destroyer
Eraser
Wish
The Hand That Feeds
Head Like a Hole
Hurt

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Nine Inch Nails | relacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje