Juwenalia: Efekt inżyniera Mamonia?

Kiedy w maju na plakacie promującym koncert pojawiają się nazwy takich zespołów, jak Kult, Strachy Na Lachy, Coma, Akurat czy Happysad, to wiadomo, że w twoim mieście odbywają się juwenalia. Zamknięta i powtarzalna, zahaczająca o monotonię, lista juwenaliowych gwiazd spowodowała jednocześnie ukucie niekoniecznie chwalebnego terminu "juwenalia rock".

Występy na juwenaliach to oczywiście przywilej dla każdego wykonawcy i beztroska zabawa dla akademickiej społeczności. Artyści, z którymi rozmawialiśmy na temat koncertów w ramach święta studentów, wyrażali się o tego typu występach głównie w superlatywach.

"Słońce, zielona trawka, akademiki, grill, piwko i koncert"

Reklama

- Generalnie bardzo lubię juwenalia i gra mi się na nich dobrze. Juwenalia są w pewnym sensie imprezą masową, są świętem i zabawą. Tu musi być jakiś czynnik wyrzucenia z siebie emocji, wytańczenia się, wybawienia się. To trochę taka studencka biesiada - komentuje Piotr Wróbel z Akurat, jednego z ulubionych zespołów studenckiej braci.

- Bardzo lubię grać na juwenaliach. Dla mnie to jeden z najlepszych okresów koncertowych. Zazwyczaj jest fajna pogoda, a są to koncerty outdoorowe. Przychodzi masa ludzi, bo są to imprezy darmowe lub za parę złotych. Dla mnie to jest świetna zabawa. W zeszłym roku w Krakowie czy we Wrocławiu było po 20 tysięcy ludzi. Można pokazać, co się potrafi i można się dobrze pobawić. Kiedy jest się na studiach, to również po to, by trochę się pobawić, poimprezować i pochodzić na koncerty - to już raper Abradab, który zaczynał karierę w legendarnej grupie Kaliber 44.

- My z występów juwenaliowych mamy same dobre wspomnienia. No chyba, że było 7 stopni Celsjusza i padał deszcz na scenę (śmiech). Mamy szczęście być zespołem często zapraszanym na tego typu imprezy i lubimy je bardzo. Słońce, zielona trawka, akademiki, grill, piwko, a jako wisienka na torcie - koncert na koniec dnia. Poza tym zawsze, gdy gramy na juwenaliach, wspominamy swoje lata studenckie i wtedy nie czujemy się tak staro - przyznaje Łukasz Cegliński z Happysad, kolejnego zespołu faworyzowanego przez studentów.

Wielka nawalona masa ludzka czy magia?

Profesjonalnie pragmatyczne podejście do tematu koncertów juwenaliowych ma natomiast Krzysztof 'Grabaż' Grabowski z grupy Strachy Na Lachy, czołowego przedstawiciela studenckiego rocka.

- Jestem zawodowym muzykiem, utrzymuję się z tego i dla mnie nie ma różnicy, czy gram na juwenaliach czy na dniach miast. Jeśli chodzi o stopień natężenia sympatii, to najbardziej lubię koncerty, które gramy w klubach. To jest niejako podstawa naszej działalności - koncerty w klubach, czyli takie, na których osoby przychodzące kupują bilet - powiedział w rozmowie z INTERIA.PL.

- Czy fakt, że gram przed rzeszą studentów ma dla mnie znaczenie? Z jednej strony tak, a z drugiej nie. Zależy od tego, czy zachodzi jakaś interakcja między zespołem a publicznością. Czasami, gdy gramy późno, to ma się wrażenie grania dla jednej wielkiej nawalonej masy ludzkiej. A czasami takie koncerty, także te juwenaliowe, mają w sobie jakąś magię - przyznaje lider Strachów Na Lachy.

Wtóruje mu Michał Wiraszko z formacji Muchy.

- Każdy koncert traktujemy podobnie. Niezależnie od tego, czy są to juwenalia w Jarosławiu, Warszawie, koncert klubowy czy główna scena Open'era. Można stwierdzić, że koncert jest udany na tyle, na ile porwiesz publiczność - przekonuje wokalista.

Łatka Juwenaliów: Ciężar czy przywilej?

O ile Muchy rzeczywiście zapraszane są zarówno na juwenalia, jak i na festiwale typu Open'er czy OFF, to już wspomniana wyżej grupa Akurat jest tak mocno utożsamiana z ruchem studenckim, że staje się to dla muzyków w pewnym sensie ciężarem.

- Łatka juwenaliów ma swoje plusy i minusy. Zespół Akurat często zapraszany jest na juwenalia, natomiast rzadko mamy okazję grać na festiwalach, które można określić mianem opiniotwórczych. Nie byliśmy jeszcze na Open'erze, nie byliśmy na OFF. Ja wiem, że może niektórym wydałoby się to pewnego rodzaju zgrzytem. A moim zdaniem to, co robimy teraz, nagrywając szóstą płytę, spokojnie zmieściłoby się w konwencji tych festiwali - twierdzi Piotr Wróbel.

- Na juwenalia zapraszane są zespoły, których energia odpowiada danej imprezie. Są wykonawcy, którzy częściej grają na juwenaliach. Inni częściej grają na dniach miast. Wreszcie jeszcze inni grają notorycznie na festiwalach typu Open'er czy OFF. Moim zdaniem rynek naturalnie się podzielił - lider Akurat w ten sposób tłumaczy zamknięty krąg juwenaliowych gwiazd.

- Faktycznie, jako gwoździe programu czy gwiazdy występują w kółko te same zespoły. Z racji takiej, że juwenalia przyciągają masy studentów. Gdziekolwiek się nie gra, to jest ogromna publiczność. Raz mniejsza, raz większa, ale zdecydowanie liczniejsza niż podczas koncertów w klubach. Publiczność ma spory udział w tworzeniu Juwenaliów i dlatego zespoły typu Coma czy inne zamykają koncerty jako główna gwiazda. Po to, by przyciągnąć tych ludzi. Studenci jednak żywiołowo reagują na te gwiazdy, chociaż pojawiają się w kółko ci sami wykonawcy, więc nie jest źle. To krąg zamknięty, ale takie są prawa show-biznesu - to już słowa Mariusza Densta z zespołu Lao Che, który regularnie grywa na juwenaliach.

To nie juwenalia, a gwiazdy zjadają swój ogon

- Nie wiem, czyja to wina, że w Polsce na palcach jednej ręki można policzyć zespoły popularne, trafiające do dużej liczby odbiorców. Może odbiorców, może zespołów... Wiadomym jest, że juwenalia to radosne święto młodych ludzi, gdzie można i posłuchać muzyki, i tupnąć nóżką, i browara obalić czy inną flaszkę. Najlepiej przy znanej, lubianej przez większość muzyce. Sam chciałbym, aby kapele pokroju Muzyka Końca Lata, Maki i Chłopaki, Tides From Nebula czy Janek Samołyk grały więcej imprez juwenaliowych i ogólnie plenerowych, najlepiej jako headlinerzy. Ale najpierw to my musimy wyzbyć się "efektu Mamonia", otworzyć na nowych wykonawców i sami przede wszystkim szukać muzyki dla siebie, a nie zdawać się na to co "poleca" radio - tak problem powtarzalności juwenaliowych gwiazd widzi Łukasz Cegliński.

- Wachlarz młodych czy mniej znanych artystów występujących na juwenaliach jest duży, mała jest natomiast ilość tzw. głównych gwiazd. Ale jeśli na scenach podczas żakowskiego święta częściej słuchać i oglądać będziemy mogli tych pierwszych, z pewnością kiedyś zastąpią tych drugich. Oby! - dodaje muzyk Happysad.

- Zauważyłem na juwenaliowych koncertach mnóstwo sytuacji, gdy występuje jakiś debiutant czy zespół, który nagrał dopiero jedną płytę. Oczywiście, dzieje się to na samym początku koncertów, gdy publiczności jest mniej. Ale to widać, że dla tych wykonawców wystąpić na takich scenach to wielka frajda - Mariusz Denst z Lao Che stawia kontrę tezie, że juwenalia zostały zdominowane przez tych samych, bo znanych i lubianych, wykonawców.

Michał Wiraszko przekonuje natomiast, że koncerty w ramach święta studentów rozwijają się w dobrym kierunku.

- Obecna formuła juwenaliów i historia ostatnich kilku lat pokazuje, że są zwierciadłem zmian w całym przemyśle muzycznym. Nie do końca zgodzę się, że zjadają własny ogon, na potwierdzenie przytaczając fakt, iż z roku na rok przybywa w line-up'ach poważnych - często zagranicznych - nazw. Swój ogon zjadają niestety czasem gwiazdy tych imprez i to tutaj upatrywałbym początków pejoratywnego, zwłaszcza w pewnych kręgach, określenia "rocka juwenaliowego". Niemniej nie zapędzałbym się w skrajnych ocenach, bo bezkrytyczne zachłystywanie się dorobkiem Kultu, Farben Lehre czy Comy jest tak samo ograniczone, jak ślepe zapatrzenie we wszystko, co dostaje noty powyżej 7.0 na Pitchforku - artysta przywołuje nazwę opiniotwórczego, ale też uważanego za snobistyczny, serwisu internetowego zajmującego się muzyką alternatywną.

"Juwenalia rock"? To z zazdrości

Jeżeli już do tablicy został wywołany termin "rocka juwenaliowego", to musimy oddać głoś artyście postrzeganemu jako sztandarowy przedstawiciel tego gatunku.

- Termin "juwenalia rock" został ukuty przez tych wykonawców, którzy na Juwenaliach nie grają, a bardzo by chcieli. Zespoły, które grają na juwenaliach, to krajowa czołówka. Po prostu. Tego się nie da przeskoczyć, bo z tego co wiem, w wielu ośrodkach akademickich są organizowane plebiscyty i głosowania. I wtedy wychodzą właśnie nazwy tych zespołów i to one grają na juwenaliach. Jest to jakaś samo spełniająca się i odradzająca katastrofa. Ja tam z tego powodu nie mam żadnych wymówek, ani nie czuję się łajdakiem, grając na tego typu imprezach. Skoro ktoś chce, żebym zagrał koncert, to gram koncert. Proste, tak? - komentuje Grabaż ze Strachów Na Lachy.

- Znam opinie na temat "juwenalia rocka" i nawet z autorami tych opinii się przyjaźnię. Zdaję sobie sprawę ze złośliwego zabarwienia tego terminu, które wynika po prostu z zazdrości. Gdybym nie grał na juwenaliach, to również zazdrościłbym tym, którzy grają. Tam dobrze płacą - przyznaje wokalista.

Piotr Wróbel z Akurat również broni juwenaliowych gwiazd i podkreśla, że swoiste szufladkowanie i segregacja wykonawców dotyczy nie tylko koncertów dla studentów.

- Na pewno może się komuś wydawać, że niektóre zespoły grają często na juwenaliach. Ale to zależy od punktu siedzenia, bo ja na przykład dostrzegam, że te same zespoły grają co roku na festiwalach typu Opole czy Sopot. Te same zespoły pojawiają się rok w rok w telewizji w okolicach świąt i śpiewają kolędy - zauważa muzyk.

Co by złego nie powiedzieć o koncertach juwenaliowych, to i tak ich konwencja prędko nie ulegnie zmianie. I jest to na rękę chyba wszystkim zaangażowanym w tego typu imprezy. Studenckiej publiczności, która chce posłuchać na żywo dobrze znanych im piosenek. Artystom, którzy za godziwe pieniądze grają w bardzo dobrych warunkach dla sporej publiki. I wreszcie organizatorom, którzy nie muszą silić się i kombinować, jak by tu oryginalnie świętować juwenalia.

Artur Wróblewski

Dowiedz się więcej na temat: juwenalia | Krzysztof "Grabaż" Grabowski | Akurat | Lao Che | Coma | Kult | studenci | Happysad

Reklama

Reklama

Reklama