Reklama

Zbigniew Preisner: Jeszcze jest czas na opamiętanie [WYWIAD]

Zbigniew Preisner, znakomity polski kompozytor, opowiada o najnowszej płycie "It's Not Too Late". /Anna Włoch /materiały promocyjne

Wybitny polski kompozytor, twórca muzyki do ponad 80 filmów, któremu światową popularność przyniosła współpraca z reżyserem Krzysztofem Kieślowskim. Od wielu lat Zbigniew Preisner dość regularnie nagrywa ze znaną australijską wokalistą Lisą Gerrard z kultowego zespołu Dead Can Dance. Ich najnowsze wspólne dzieło, "It's Not Too Late", to płyta z mocnym przesłaniem. Zbigniew Preisner w rozmowie z Interią opowiada m.in. o szczegółach pracy z Lisą Gerrard, swej pesymistycznej wizji świata, końcu muzyki filmowej i przychodach ze Spotify.

Tomasz Słoń, Interia: Podobno album "It's Not Too Late" powstał przypadkiem?

Zbigniew Preisner: - Lisa często bywa u mnie w górach. Gdy grała trasy z Dead Can Dance czy z Hansem Zimmerem po Europie i miała np. tydzień czy dwa wolnego, to przyjeżdżała do mnie na Jamną. Chodzimy na spacery i gadamy o wszystkim, i o niczym. Kiedy w 2016 r. przyjechała do mnie, pojechaliśmy do Bobowej, gdzie chodziłem do liceum, to jakieś 16 kilometrów ode mnie. Chciałem jej pokazać okolice i w Bobowej zaprowadziłem ją do synagogi. Tam jest przejmująca akustyka i Lisa zaczęła w pewnym momencie śpiewać i było to niesamowite. Gdy wróciliśmy do domu, zapytałem ją: "A może byśmy tam coś nagrali, jakąś płytę?". Odpowiedziała: "No dobrze, ale co?". Był wieczór, wymyśliliśmy wtedy siedem tytułów, które nazwaliśmy roboczo "Siedem pieśni". Wymyśliłem wówczas siedem wstępów oraz linię harmoniczną. Powiedziałem jej, że nie robimy wcześniej żadnej próby, będziemy nagrywać z marszu.

Reklama

Na drugi dzień przyjechał Leszek Kamiński, mój reżyser dźwięku. Przewieźliśmy część mojego studia. Wiedziałem, intuicja mi to podpowiedziała, by mieć to wszystko nagrane z clickiem, aby w przyszłości łatwiej nad tym materiałem można było pracować. Zacząłem grać, a Lisa śpiewać. Przyjechał też Jacek Petrycki - mój przyjaciel, kiedyś operator Kieślowskiego - który to wszystko nakręcił tak, aby widać było synagogę. Czułem, że coś złego wydarzy się w przyszłości, zamówiłem więc tysiąc świec i zapaliliśmy je w tej synagodze. W sumie trwało to dokładnie 45 minut. Ale jak to się często dzieje w przypadku takich improwizowanych sesji, Lisa czasami wychodziła poza moją harmonię, ja też często nie nadążałem za jej śpiewaniem. To wszystko fajnie brzmiało, ale nie było to coś, co by powalało, pod czym moglibyśmy się podpisać.

Leżało więc to dość długo u mnie i gdy przyszedł ten nieszczęsny koronawirus, zacząłem słuchać tych nagrań. Wcześniej jedną z tych rzeczy użyłem do norweskiego filmu "Skyggenes Dal" ("Dolina cieni"), w reżyserii Jonasa Matzow Gulbrandsena. Gdy wróciłem do tego, wówczas uzmysłowiłem sobie, że trzeba odwrócić całą historię. Wywalić wszystko, zostawić tylko śpiew Lisy i całość na nowo zharmonizować. Wokół szalał koronawirus, ja tego smutnego lata siedziałem zamknięty w moim domu, zacząłem najpierw sprzątać ogród, potem malowałem dachy, ale w końcu pomyślałem, że może jednak wrócę do nagrania z Lisą. Zharmonizowałem to, dopisałem saksofon i wiolonczelę, a także fortepian. Napisałem też dodatkowo trzy utwory instrumentalne. No i tak powstał ten album.

Współpracuje pan z Lisą Gerrard już blisko 10 lat. Jak się w ogóle poznaliście?

- Gdy w 2007 roku nagrywałem album "Silence, Night and Dreams", bardzo chciałem, aby zaśpiewała na nim Lisa. Nie wiedziałem wtedy, że ona śpiewa tylko tym swoim metajęzykiem. Myślałem, że robi to tylko dlatego, że może nie znalazła odpowiednich tekstów. Poprosiłem wtedy mojego menedżera w Londynie, aby spróbował skontaktować się z nią. Okazało się, że jego przyjaciółką była właśnie menedżerka Lisy.

- Skontaktowaliśmy się, Lisa odpowiedziała, że bardzo chętnie nagra coś ze mną. Wysłałem jej demo nagrań wraz z tekstami. Trochę to w sumie długo trwało, zanim odesłała materiał, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam nic z Hioba. Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że to dla mnie bardzo ważny tekst, opowiadający o cierpieniu - jak nie będzie tego Hioba, to nie ma to dla mnie sensu, bo przekaz tekstowy jest dla mnie bardzo ważny. Powiedziała mi wtedy, że ona nie śpiewa w żadnym języku, więc jej podziękowałem i płytę nagrałem z Teresą Salgueiro, wokalistką zespołu Madredeus.

Wkrótce potem Lisa występowała z solowym koncertem w warszawskiej "Romie". Wtedy powiedziała publiczności, że jeśli ktoś mnie zna, to prosi, by przekazać, że jest jej przykro, iż nie podołała zadaniu, ale że marzy o tym, by coś zrobić ze mną. Akurat na koncercie była moja znajoma, która wcześniej trochę znała Lisę. Zadzwoniła przy niej do mnie, chwilę pogadaliśmy i umówiliśmy się wtedy, że coś zrobimy razem. Efektem była nasza pierwsza wspólna płyta, "Diaries of Hope" z 2013 r.

Co powoduje, że wasza współpraca trwa tyle lat i tak ładnie się rozwija?

- Po pierwszej płycie to już poszło. Z Lisą się świetnie pracuje, bo prywatnie jest to fantastyczna osoba. Nie jest gwiazdą, to normalna kobita, bardzo się lubimy, przyjaźnimy. Nie ma między nami żadnych problemów. Spotykamy się często, sporo ze sobą koncertowaliśmy - w Szanghaju, Londynie, Stambule, Atenach, Krakowie, Wrocławiu. To przede wszystkim bardzo zdolna artystka, ten jej metajęzyk jest wręcz niewiarygodny. Jeśli się przeczyta tytuł utworu i potem posłucha, co ona śpiewa, każdy z nas może sobie dołożyć tekst, jaki sam by chciał usłyszeć.

Jak w takim razie powstały tytuły dla poszczególnych utworów na album "It's Not Too Late"?

- Te pierwsze, robocze tytuły, gdy nagrywaliśmy w Bobowej, były dość proste, typu "Miłość", "Cierpienie", "Nadzieja". Gdy kończyłem płytę, to wiedziałem, że to jest za mało. Nie dość, że mieliśmy koronawirusa, to potem jeszcze wybuchła ta okropna wojna w Ukrainie, wywołana przez tego bandytę Putina. I wtedy pomyślałem sobie, że tym albumem trzeba wyraźnie powiedzieć, jaki jest nasz stosunek do rzeczywistości, do tego, co dzieje się wokół nas. Postanowiłem dać takie tytuły, by czytane od góry, ułożyły się w poemat. Z kolei każdy osobno mówi o czymś ważnym. Dodam jeszcze, że wcześniej, robiąc z Lisą i Dominikiem Wanią wcześniejszą płytę "Melodies Of My Youth", przez kompletny przypadek poznaliśmy zdjęcia fantastycznego irańskiego fotografa, który nazywa się Hadi Malijani. Nigdy go na oczy nie widziałem, nigdy z nim nie rozmawiałem. Kupiliśmy od niego zdjęcie na tamtą płytę, ale tak mi się spodobała współpraca z nim, że teraz przy tej najnowszej, napisałem mu, o czym jest ta płyta. Z Iranem jest dość trudny kontakt, bo internet raz działa, raz nie działa.

W sumie to wszystko razem - ta muzyka, Lisa, ta okładka - składa się na dość spójny, wyraźny przekaz, że jeszcze nie jest za późno. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.

Tytuł "Jeszcze nie jest za późno" do kogo jest adresowany?

- Do wszystkich. Jeżeli myślimy o Polsce, to wiadomo, do kogo jest on adresowany - do wszystkich, którzy prowadzą obecną politykę i wydaje im się, że wszystko można skręcić. W skrócie mówiąc nie jest za późno, byśmy się opamiętali. Świat nam się wali, nie tylko ze względów ekonomicznych, nie tylko z powodu pandemii czy tej strasznej wojny w Ukrainie. Świat nam się wali na poziomie rzeczy podstawowych, czyli wartości. Coś się takiego dzieje w dzisiejszym świecie, że autorytety przestały być autorytetami, zaczyna się budować sztuczne autorytety i to niemal w każdej dziedzinie. One nie mają szansy na przetrwanie, bo to wszystko jest sztuczne, nie jest autentyczne.

Żyjemy na krawędzi kulturowego załamania i to na całym świecie. Tandeta goni tandetę, kłamstwo goni kłamstwo, polityka stała się nieznośna.  Wierzę, że polityka może być jasna i uczciwa. Wszystko psują politycy. Na Węgrzech, w Polsce, w Szwecji, we Włoszech, w Austrii, we Francji. Moim zdaniem jesteśmy na granicy życia i śmierci. Niestety, jestem pesymistą, taki się urodziłem. Dlatego twierdzę, że to wszystko skończy się wojną. Choć jeszcze nie jest za późno, jeszcze jest czas na opamiętanie.

Kilka lat temu wieszczył pan koniec muzyki filmowej. Czy to jedna z tych przepowiedni, jaka się sprawdza?

- To po prostu widać. Proszę sobie obejrzeć filmy, jakie się obecnie produkuje. Proszę zobaczyć, do ilu filmów są zapraszani kompozytorzy muzyki filmowej. To się już praktycznie nie zdarza. Może czasami w jakiś niskobudżetowych filmach, których reżyserzy mają kolegów kompozytorów i ich zatrudniają. Dziś panuje moda na wykorzystywanie tego wszystkiego, co już kiedyś powstało. Sam dobrze wiem, ile sprzedaję mojej muzyki filmowej, od serialu "The Crown" poczynając, po "Drzewo życia" Terrence'a Malicka. Wielu reżyserów pisze do mnie, że chcieliby wykorzystać muzykę a to z "Dekalogu", a to z "Podwójnego życia Weroniki", a to z "Requiem", czy z innych moich płyt z Lisą.

- Reżyserzy muszą sobie jednak zdać sprawę, że muzyka jest taką samą siłą i wartością w filmie, jak aktorzy, scenariusz, reżyser, operator, montażysta. Muzyka ma jeszcze jedną niewiarygodną wartość w filmie - to jedyna metafizyka. Nie widzimy jej, tylko ją czujemy i słyszymy. Dobrze napisana muzyka filmowa może dodać filmowi wiele wartości. Czym by były filmy Felliniego, gdyby nie było muzyki Nino Roty, czy Sergio Leone bez muzyki Ennio Morricone? Kiedyś muzyka była ważna, bo była partnerem i reżyserzy to rozumieli. Produkcja wiedziała też, iż jeśli w filmie pojawi się oryginalna muzyka, całość będzie miała zupełnie inną wartość artystyczną.

Dlatego często obecnie kręcone filmy nie pozostawiają w widzu żadnych wspomnień. Dla mnie to są po prostu nieskończone filmy. I jeszcze jedna sprawa. Obecnie reżyserzy montując obraz, używają tzw. temp-muzyki [muzyka tymczasowa - przyp. TS]. Za moich czasów dostawało się "głuchy" film i do tego się pisało muzykę, na tym polegała praca twórcza. A teraz montują film pod tę tymczasową muzykę, pod jej rytm, tempo, i jednocześnie mówią kompozytorowi, że w tych a tych miejscach chcą jego muzykę. I co on ma w takiej sytuacji zrobić? Ma powtórzyć tamto, tylko innymi słowami? To jest pułapka. Ten proces twórczy, jaki pamiętam z okresu, gdy pracowałem z Kieślowskim, Louisem Malle, Agnieszką Holland czy Jean Beckerem, wyglądał zupełnie inaczej. Zaczynałem pracę, gdy film był już skończony. Czasami tworzę na podstawie samego tylko scenariusza, jak w przypadku "Królowej Hiszpanii" Fernando Trueba. Powiedziałem mu, że przygotuję coś w oparciu o scenariusz i okazało się potem, że był to główny temat w tym filmie. Ale na tym polega prawdziwa współpraca z reżyserem, każdy z nas wnosi coś do danego filmu.

Nie wspomnę już o dawnych czasach, gdy najpierw oglądałem film w Warszawie. Nie było wtedy wideo, DVD, właściwie nie było żadnych nośników. Wracałem potem do Krakowa i musiałem pamiętać, o czym był ten film. Robiło się szczegółowe notatki podczas projekcji i na tej podstawie tworzyło potem muzykę. W dodatku nie było nagrań demo partytury. Teraz można całą muzykę zweryfikować przed nagraniem, używając pluginów. Gdy spotykaliśmy się z reżyserem, prezentowałem muzykę, grając na fortepianie. Dopiero na nagraniu po raz pierwszy obaj widzieliśmy i słyszeliśmy, co powstało. Była to więc długo tajemnicą, a sztuka wymaga tajemnic. Nie znosi sytuacji, gdy coś od początku do końca jest wiadome.

Pana muzyka już od dawna dostępna jest na platformach streamingowych. Nie miał pan problemu z tym, by ludzie w ten właśnie sposób mogli słuchać pańskiej muzyki?

- Oczywiście trzeba iść z duchem czasu. Żałuję, że rynek płyt CD właściwie się skończył. Dzisiaj, gdy kupuje się samochód, nawet bardzo drogi, nie ma w nim odtwarzacza CD. Chciałem kiedyś nawet dodatkowo zamówić, za opłatą, ale nie ma w ogóle takiej możliwości. Ale jest w autach dostępny Spotify. Rozumiem jednak młode pokolenie, bo w sekundę ma łatwy dostęp do muzyki. Na samym Spotify mam ponad 53 miliony odtworzeń mojej muzyki. To jest ogromna ilość. Tyle, że te platformy streamingowe płacą nam, artystom, naprawdę grosze. Za milion odtworzeń dostajemy 1400 euro. Proszę więc sobie wyobrazić, w jaki sposób młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek muzyczny, mają w siebie zainwestować, skoro to się nigdy nie zwróci? Już nie wspomnę o muzyce klasycznej, bo to jest naprawdę droga produkcja. Mówi się, że Spotify mało płaci artystom, ale ich promuje i potem będą mogli grać koncerty. Widzieliśmy przez ostatnie dwa lata, co się działo z koncertami. Teraz, gdy już nie tyle koronawirus odpuścił, ile my mu trochę odpuściliśmy, jest może trochę lepiej pod tym względem.

Rozumiem jednak postęp. Jeszcze niedawno, dosłownie trzy lata temu, nuty pisałem ołówkiem, potem wysyłałem je do kopistki, która przepisywała je do programu Sibelius, to wracało następnie do mnie. Cała procedura trwała więc tygodniami. Trzy lata temu Amerykanie stworzyli program StaffPad na iPada. W mojej pracy nic się nie zmieniło, elektronicznym rysikiem zapisuję w nim nuty i po każdym takcie moje ręczne pisanie staje się normalną, drukowalną partyturą. Mało tego, można zapisanych nut od razu posłuchać. Dzięki temu cała praca skróciła się o miesiące. Mogę teraz komponować gdziekolwiek jestem.

- Zawsze byłem zwolennikiem muzyki klasycznej, orkiestry, solistów itd. Na płycie "It's Not Too Late" jest dużo muzyki elektronicznej, którą sam gram. Muzyka elektroniczna daje ogromne możliwości, ponieważ operuje w przestrzeni, w której orkiestra nie dałaby rady. Nie korzystam z żadnych pluginów, programów komputerowych, tylko tworzę ją na w półanalogowych urządzeniach. Mnie jest o tyle łatwiej, że mam u siebie w domu bardzo profesjonalne studio. Wszystko w nim jest analogowe. Gdybym jednak nie miał tego studia, to ta płyta nigdy by nie powstała. Jeślibym miał siedzieć w jakimś wynajętym studiu np. w Warszawie, mieszkać w hotelach, płacić za to wszystko, to bym pewnie dostał szału.

Czy planujecie z Lisą koncerty z muzyką z "It's Not Too Late"?

- Spotykam się wkrótce z Lisą, pod koniec listopada w Portugalii, gdzie zagra kilka koncertów. Mamy porozmawiać o przygotowaniu trasy koncertowej z tą właśnie płytą. I z następnym projektem, jaki właściwie teraz kończę. Myślimy o trasie jesienią 2023 roku. To będą koncerty złożone z dwóch części. W pierwszej zagramy coś, co ja nazywam "Tajemnice Wielkiego Kanionu". Tak się złożyło, że przepłynąłem tego roku 400 kilometrów na raftingu, osiem dni bez prądu, bez telefonu. To nie była zwykła wyprawa, dla mnie to była wręcz metafizyka. Jestem już bliski ukończenia muzyki inspirowanej tym dla mnie niezwykłym przeżyciem. Ona prawdopodobnie będzie otwierała te koncerty, do tego dojdzie odpowiednia wizualizacja, nad którą pracuje młody artysta, student reżyserii filmów eksperymentalnych Antoni Orlof. A w drugiej części zaprezentujemy utwory z "It's Not Too Late". Jeżeli nie okaże się, że jest już za późno.

Wcześniej, w styczniu, odbędzie się trasa koncertowa "Zbigniew Preisner i Przyjaciele - Trasa kolędowa 2023".

- Tak, trasa rozpocznie się 5 stycznia, gramy w Bielsku-Białej, Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. Przy okazji wyjdzie płyta "Kolędy Live", nagrana podczas występów w 2020 roku. Strasznie się z niej cieszę. To, w jaki sposób moje koleżanki i koledzy zagrali na niej i zaśpiewali te kolędy, budzi we mnie większe emocje, niż nagranie studyjne.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy