Reklama

Reklama

"Odbieram na wszystkich falach"

Wywiad z Ostrym to prawdziwe wyzwanie. Po pierwsze, od razu można wyrzucić do kosza kartkę z wcześniej przygotowanymi pytaniami, bo i tak rozmowa z raperem i producentem schodzi na tak zaskakujące tematy, że ciężko je przewidzieć. A po drugie, zadanie pytania Ostremu to sztuka sama w sobie - ciężko jest przerwać jego słowotok zwłaszcza, że artysta porusza niezmiernie interesujące tematy. Jednak Arturowi Wróblewskiemu udało się zadać przynajmniej kilka pytań Ostremu i uzyskać od niego kilka odpowiedzi, dotyczących między innymi współpracy z Emade w ramach projektu POE, bardzo udanej solowej płyty "7", a także specyficznego stosunku do dziennikarzy. Poza tym poruszone zostało całe spektrum tematów: od jazzu, przez politykę, aż do piłki nożnej.

Za płytę "7" zabrałeś się po ukończeniu nagrań z Emade na album "Szum rodzi hałas". Jak to doświadczenie wpłynęło na twój ostatni album?

Każda płyta czegoś uczy. Obojętnie, czy nagrywam ją sam czy z kimś. Jeżeli chodzi o współpracę Emade, to nauka polegała na tym, że on się w ogóle nie wtrącał w moją część, a ja w jego. Musieliśmy sobie po prostu zaufać. Ze swoim doświadczeniem artystycznym i scenicznym byliśmy w stanie zrobić coś razem, nie siedząc nad tym wspólnie, tylko pracując osobno. On się zajmował bitami, a ja sferą tekstową.

Reklama

Doświadczenie w pracy nad płytami nie jest jednak mierzone w ten sposób, jak to się ma na przykład w przypadku stażu piłkarskiego czy nauczycielskiego. W przypadku POE po raz pierwszy pracowałem z kimś, kto robi podkłady do moich tekstów, bo wcześniej nie miałem okazji pracować z innym producentem, niż ja sam. Dlatego to było dla mnie istotne i ważne. Musiałem zaufać Piotrkowi i tak samo jak ja miałem niewiele do powiedzenia w sferze bitów, tak i on miał niewiele do powiedzenia w sferze tekstowej. Ale inna sprawa jest taka, że jakbym nawet miał coś do powiedzenia, to i tak bym nic nie zmieniał. Bo wszystko mi się podobało (śmiech).

Piotrek to jeden z najlepszych producentów, jakich obecnie mamy i to mnie też dużo nauczyło. I jeszcze koncerty. Przystosowanie do improwizacji scenicznej, pokazaliśmy na żywo coś takiego, czego mogliby się spodziewać ludzie na koncertach wykonawców z wytwórni Ninja Tune. Totalny odjazd jazzowo-hiphopowy w sensie muzyczno-harmonicznym. Również w sensie wokalnym.

Mógłbym o tym dużo mówić. Udało nam się wspiąć - i koncertami, i płytą - na taki poziom, o którym sami marzyliśmy. Sami dla siebie. Chodziło o osiągnięcie pewnego poziomu umiejętności.

Nieodstępnego dla większości polskich hiphopowców...

Niestety, w Polsce nie ma aż tylu osób jarających się hip hopem, którzy by to docenili. Nie ma zajawkowiczów, którzy by siedzieli i zastanawiali się skąd brać płyty. My jesteśmy jeszcze członkami starej szkoły, która miała mało sprzętu i wykorzystywała go w 150 procentach. Stawialiśmy na wynalazczość, opracowywaliśmy nowe patenty i chcieliśmy, żeby było je słychać.

Mówiłeś o jazzowym odjeździe. Trochę mało tego jazzu na "7", przynajmniej w klasycznym rozumieniu tego pojęcia...

A mnie się wydaje, że tam jest więcej jazzu niż na każdej mojej wcześniejszej płycie (śmiech). Pytanie, czym jest jazz? To pojęcie ciężko zdefiniować. Ale to postępowanie w rytm określonej harmoniki. Harmonika hiphopowa nie może być inna niż jazzowa, bo wielcy twórcy jazzowi, jak Michał Urbaniak czy - zajdę jeszcze wyżej - Miles Davis, twierdzili, że hip hop to przyszłość jazzu. I mnie nie wypada twierdzić inaczej.

Na "7" może instrumentacja jest bardziej uboga, nie ma może aż tylu instrumentów, jak na moich poprzednich płytach. Ale to wszystko wcale nie świadczy, że ta płyta jest mniej jazzowa od poprzednich. Bo w niej jest więcej jazzu, niż na wcześniejszych płytach, pomimo ich tytułów. Wszystkie bity grane były z ręki, tworzyłem melodie i później wkładałem pod to bębny.

Podkreślę, że na płycie jest bardzo ważna współpraca wokalu z bitem i nic tam nie dzieje się bez przyczyny. Wiele numerów pokazuje harmonikę jazzową. To są wszystko pochodne akordów jazzowych. Ale być może miałeś takie odczucie, bo brzmienie jest bardzo nowoczesne i bębny są masakryczne. To jest takie złudzenie, że ta płyta jest na maksa hiphopowa. Ale jest jazzowa. Ja się cieszę, że ludzie, którzy na co dzień nie obcują z muzyką tak jak ja, czyli z nutami, dźwiękami i instrumentami, nie wychwycą tego i wezmą "7" za płytę bardzo hiphopową.

Zerwałeś z samplami. Brzmi to trochę rewolucyjnie, ale powiedz mi, jak to wyglądało od technicznej strony komponowania?

Tak jak już mówiłem. To jest skupienie się głównie na harmonice jazzowej. Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy, że taka harmonika jest wszędzie. Biorąc pod uwagę syntezator, na którym przyszło mi pracować, czyli dwuoktawowy K-Station, to raczej maszyna do robienia basów i przeszkadzajek, przynajmniej ja tak uważam. W tym momencie jestem przed zakupem Mini Mooga Voyagera, tylko muszę na razie cierpliwie poczekać, aż kasę mi się uda pozbierać.

Ta płyta jest pomieszaniem trueschooolowej tradycji, jeżeli chodzi o robienie bitów i jakość, czyli ośmiobitowe bity zrobione na MPC 60, na kultowym sprzęcie powstałym w 1980 roku i zaprojektowanym przez legendarną już postać, jaką jest Roger Linn. To jest cała esencja - ośmiobitowe brzmienie, które ma niesamowita jakość po zmasterowaniu na lampach. Do tego dochodzi analogowy i cyfrowy syntezator.

I to wszystko stworzyło unikatowe brzmienie, z którego jestem niemiłosiernie dumny. Pracowaliśmy nad tym niezliczone godziny. Dlatego płyta brzmi jak brzmi i o to głównie nam chodziło. Była dopieszczona tak, że każdy dźwięk ma swoje miejsce - w sensie kompozycyjnym i brzmieniowym. Od początku wszystko miało mieć swoje ręce i nogi, określoną barwę. Cieszę się, że udało nam się to osiągnąć.

Rzeczywiście się udało, bo - bez zbytniego lukrowania - "7" brzmi świetnie, a momentami powalająco.

Bardzo mi miło. Robiliśmy wszystko, by to osiągnąć. Również jeśli chodzi o finanse, bo nie ukrywam, że od wydania pierwszej płyty inwestujemy w sprzęt. Bo pieniądze zarobione na płytach z reguły idą w studio. I to niesamowite, że udało nam się w tym momencie skompletować taki sprzęt, na którym możemy osiągnąć takie brzmienie, którego jestem panem.

Nie brzmienie rządzi nami, lecz my nim. Wiemy od początku, co chcemy uzyskać, uzyskujemy to, a w muzyce rozrywkowej to jest najważniejsze.

Po rozmowie o sprzęcie pozwolę sobie zmienić temat. Szczerze mówiąc obawiałem się trochę rozmowy z tobą, zwłaszcza po pozdrowieniu dziennikarskiego środowiska, na jakie pozwoliłeś sobie w numerze "Uwolnij to w sobie", gdzie rapujesz "J**ać media"...

Powiem od razu o co chodzi. Wiele osób mówiło mi, że nigdy się tym nie zajmowałem i nie mam prawa tego mówić. Zacząłem krytykować media jeszcze na płycie "Tabasco", kiedy powstał kawałek "Sram na media". To był numer napisany po tym, jak dałem jednej z gazet wywiad i autoryzowałem go. A później przeczytałem w tej gazecie, że moja ksywka bierze się z tego, że jestem przestępcą na Bałutach [łódzkiej dzielnicy Ostrego - przyp. red.]. Co oczywiście jest nieprawdą. U nas jest taki problem, że jak ktoś się wozi, to wszyscy chcą go sprawdzić. A ja się nie chcę wozić. U ludzi z mojej dzielnicy mam szacunek za muzykę i niech tak zostanie. Wiem, że jak ciebie ktoś szanuje, to ty też jesteś mu to winien. Takie jest prawo wzajemnych, międzyludzkich relacji. Humanizm.

Dziennikarze nie do końca uszanowali naszą pracę. Nie mówię o wszystkich, nie mówię tu o tobie. Bo to nie jest wina jednostek. To jest wina grupy dziennikarzy skupionych wokół stacji radiowych, od RMF-u zacząwszy, na Esce skończywszy.

Zobacz, najmniej na hip hopie korzystają artyści. Ci artyści nie grają już koncertów, ulegli przesytowi. Gdybyśmy od początku do końca wyszli z założeniami ludzkiej pomysłowości na rzecz, czyli odpowiednie osoby na odpowiednich miejscach zajmujące się hip hopem, z pomysłem, jak go wypromować w mediach. To jest tak, jak komuś dasz skrzypce, na których on się nie zna, to zamiast pograć - popsuje je. Tak samo jest z hip hopem, który nie jest tylko muzyką, ale całą kulturą. I ktoś o tym zapomniał.

I stąd wynikają moje problemy z mediami. Niestety, nie mogę zrzucić winy na konkretną osobę, dlatego zrzucam ją na wszystkich. Bo ja teraz muszę mamie tłumaczyć - oczywiście mówię to w cudzysłowie - że hip hop to nie jest Mezo czy rzucanie "k***ami". Hip hop to jest kultura, która wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Bo chcąc być dobrym DJ-em, trzeba spędzić tyle czasu, co pianista nad instrumentem. Żeby być dobrym MC, to trzeba spędzić tyle czasu nad tekstami, co pianista nad instrumentem. Jeżeli chcesz być dobrym producentem, musisz spędzić tyle czasu na robieniu bitów, ile skrzypek nad swoim instrumentem. To wszystko ma swoje przełożenie, to nie są rzeczy łatwiejsze czy trudniejsze. Nie, to są sprawy równie skomplikowane. Jeżeli chce się być w tym najlepszy na świecie - nie na skalę polską, tylko właśnie światową - to trzeba spędzać nad tym co najmniej osiem godzin dziennie.

Ja zadam takie pytanie. Czy my, robiąc coś takiego, zasłużyliśmy sobie na to, żeby prasa zrobiła z nas praktycznie adwokatów diabła, przestępców? Te wszystkie rzeczy spowodowały, że hip hop przez długi okres czasu nie był pozytywnie postrzegany w Polsce. Śmiem nawet twierdzić, że z nielicznymi wyjątkami hiphopowiec jest uważany za margines społeczny.

Gdyby media i rodzice potrafiły zainteresować dzieciaki, że hip hop to nie tylko wspomniane już przeze mnie rzucanie "k***ami", tylko kultura buntu, w ramach której rodzą się piękne i szlachetne rzeczy... Od ulicznego malarstwa, czyli graffiti, przez uliczny taniec, uliczną sztukę produkcji, czyli po prostu robienie bitów, do wielu innych rzeczy. Chciałem zauważyć, że hip hop doprowadził do tego, że na targach instrumentów wystawiane są gramofony! To jest niesamowita sprawa.

Na przykład w Anglii, gdzie moda na hip już się skończyła, zostali sami ludzie, którzy mają pojęcie o tym, co robią. Ja, jako 26-letnia osoba, w Anglii jestem w tym momencie gnojem, jestem na samym początku drogi po laury. I nawet nie wiadomo, czy one kiedykolwiek mnie spotkają. To jest piękna sprawa, bo hip hop jest potrzebą wypowiedzi, by samemu pogadać ze światem.

Jeszcze raz przestrzegam, że każda muzyka, która zostanie potraktowana tak jak hip hop w Polsce, skończy właśnie w ten sposób. Był wielki "bum", a teraz jest wielkie "pierdut".

A gdzie diagnoza upadku hip hopu w Polsce?

Brak przełożenia pracy na efekty. I nie mówię tu tylko o pracy artystów, ale też o pracy medialnej. Skoro hip hop był tak promowany przez media, to teraz nie ma efektów wymiernych i hip hop się skończył.

Zanim się jeszcze porządnie zaczął...

Może inaczej. On się u nas zaczął, ale trwa do dziś w osobach, w których się zaczął. On jest u Molesty, jest u Daba i Kalibra 44, jest u nas. U tych osób, które zaczęły robić hip hop nie z tego względu, że można go wydać. Bo chcę podkreślić, że jak mieliśmy 16-17 lat, w naszych najśmielszych marzeniach nie było tego, że możemy to opublikować! Pamiętajmy, że do 1998 roku u nas nie było żadnej płyty poza Liroy'em, Wzgórzem Ya-Pa 3 i Kazikiem. To były jedyne polskie płyty, o których można było powiedzieć, że to polski hip hop.

Wśród ludzi, których znam, a którzy wyjechali do Anglii do pracy, i u tych, którzy zostali w Łodzi, jest naprawdę dużo prawdziwego, dobrego hip hopu. I jak rzucisz im nazwę jakiegokolwiek zespołu hiphopowego, który jest na fali, to oni powiedzą: "Nie znam". My jesteśmy trochę innym pokoleniem. Ja już mówiłem, że ta kultura, w której ja się zakochałem, nie jest tą kulturą, która jest teraz. Teraz egzystuje seks, twarde narkotyki i przemoc.

A za czasów mojego pokolenia każdy chciał się rozwijać. Jak grałeś w piłkę, to chodziłeś na wszystkie możliwe treningi. Jak robiłeś muzykę, to tworzyłeś ją z całego serca. A dlaczego? Bo jak była komuna, to nie było tylu rzeczy. Miałeś piłkę, którą mogłeś kopnąć i pianino, na którym mogłeś zagrać. To była inna rzeczywistość, jesteśmy zupełnie inaczej wychowani. Nie jesteśmy wychowani tak, że jak czegoś chcesz, to dostaniesz to. Jak miałem cztery lata, to nawet nie mogłem prosić o snickersa, bo nawet nie wiedziałem, co to jest.

Nie odkrywasz nowych rzeczy przede mną, bo jestem mniej więcej twoim rówieśnikiem i wiem, jak to wyglądało...

Widzisz. To jest ta pokora w sobie. Młode pokolenie jej nie ma i wydaje im się, że wszystko im się należy. A przecież na wszystko trzeba zapracować. Na przykład mówi się, że jest wielu młodych dziennikarzy. Ale oni nie pracowali na tyle, by zasłużyć sobie na pozycję i powiedzieć tym starszym, że się mylą co do muzyki. I tutaj też mam żal do was, że pomimo takiej ilości niezależnych mediów, te media nie potrafią wdrożyć swojej idei.

Daję przykład - gdy powstanie jakieś radio i zaczyna grać ambitną muzykę, to po roku czy dwóch przestaje. Nie ma żadnych tematycznych rozgłośni, znoszone są audycje autorskie. Są tylko ramówki, o wszystkim decyduje komputer, możesz puścić dzisiaj to samo, co rok temu.

Muzyka w Polsce to jest kompletnie inny rozdział. Jeżeli mamy być uczciwi wobec siebie, to weźmy kwestię mp3 i kradzieży piosenek. To jest problem. Gdyby było tak jak w połowie lat 90., kiedy istniał prawdziwy bum na muzykę alternatywną, to nie miałbym nic przeciwko temu. Teraz jednak płyty sprzedają się w takiej ilości, że nie mamy się z czego rozwijać. Muzyk, żeby się rozwijać, musi sobie kupić sprzęt, sampler, mikser. Tak samo jak uczeń musi mieć co roku książki.

Mnie też musi być stać na moje "książki". A z racji niskiej sprzedaży płyt, jesteśmy zmuszeni do prawie heroicznych czynów. Ze sprzętu, na którym nagrywamy czwarty album, wyciskamy tyle, że nawet jego producent nie przewidywał takich możliwości. I to są niesamowite rzeczy. Nie mówię tu za siebie, bo jest wiele osób, które wyciskają ze sprzętu opór. Więcej niż fabryka dała. Są do tego zmuszeni, bo nie stać ich na kupienie sprzętu, który umożliwi im normalną pracę.

Czekaj. Rozmawiam teraz z jednym z najpopularniejszych artystów hiphopowych w Polsce i on twierdzi, że w tej muzyce nie ma kasy?

Są pieniądze, ale w takich rzeczach, jak np. ubranie. A z internetu nie da się ściągnąć ubrania. Ta kasa jest, ale na przykład w dzwonkach telefonicznych. I, co gorsza, te pieniądze nie trafiają do siebie. Ja ci mogę powiedzieć - w skali rocznej sprzedaje się około 12 tysięcy płyt. Bo przez następne 20 lat sprzedaje się ze sto sztuk rocznie (śmiech).

Ile artysta z tego ma pieniędzy? Łatwo można policzyć, że około 20 tysięcy. Te pieniądze trzeba podzielić na 12 miesięcy. Wychodzi mniej niż średnia krajowa. Czy to jest opłacalne za poświęcenie własnego wizerunku? Ale to nie jest problem tylko hiphopowców.

Gracie jeszcze koncerty.

My gramy koncerty, a Mandaryna krzyczy: "Hej, hej, łapy w górę!" (śmiech).

I dostaje za to, niestety, więcej kasy od was.

Nawet nie ma o czym gadać, stary. Ja byłem na pierwszym czy drugim miejscu sprzedaży w Empiku, a porównajmy to do drugiego czy trzeciego miejsca sprzedaży w Niemczech.

Tylko, że tam jest inna sytuacja...

Tak, ale porównajmy to do Francji, Anglii... Nie, przyrównajmy to do samego Londynu! Mieszka tam osiem milionów ludzi, a wychodzące tylko na to miasto płyty potrafią się sprzedać w ilości 120 tysięcy. A takich wydawnictw, które wychodzą tylko na Londyn, jest w pi**u. Ale to nie chodzi o przełożeni ilościowe, tylko o kulturowość.

Moi rodzice kupowali płyty i zaszczepili mi to. Pewnie gdyby olewali kulturę, to ja też pewnie byłbym taki. Nasi rodzice tyrali na nas, byśmy mogli chodzić do szkoły i wyrośli na kogoś. A my teraz jesteśmy po szkole i jesteśmy przerażeni, że nie ma roboty. Jesteśmy spanikowani i wku**ieni. Jesteśmy niedobrzy.

W narodzie jest taka złość, że ja się nie dziwię, że oni nie chcą niczego kupować. Pewnie zachowywałbym się identycznie, ale na szczęście mogę robić muzykę, za co Bogu dziękuję codziennie. Ona jest dla mnie wszystkim. Nie tylko zbawieniem i ucieczką, ale również sposobem, by coś włożyć do garnka. To jest całe moje życie. Naprawdę życzyłbym sobie i wszystkim, by kiedyś nastąpiła sytuacja, kiedy przynajmniej raz w tygodniu moglibyśmy sobie kupić płytę.

A tak z innej beczki, to ja ci współczuję jak to będziesz wszystko spisywał...

(śmiech) Myślę, że nie będzie problemu.

Chciałbym powiedzieć 200 rzeczy naraz i jedno przez drugie się przebija. To jest tak - u mnie myśli są jak Radio Maryja, odbierają na wszystkich falach (śmiech).

(śmiech) Dobra, to spróbujmy skonkretyzować twoje myśli. Wspominasz o kiepskiej sytuacji w kraju, ale raczej nowa miotła - mówię tu o PiS - nie jest dla ciebie remedium na problemy. W numerze "Klub" "Kaczorów pozdrawiasz środkowym palcem"...

Inaczej nie mogę ich pozdrowić. Jakbym powiedział "spie****aj", to by mnie pozwali (śmiech). A oni chyba nie wiedzą, co to jest "środkowy palec", poza tym, że jest to środkowy palec. A co do polityki, to ja mam jedno podsumowujące zdanie: "Trzeba zareklamować to, co się teraz dzieje i czekać na pozytywne rozpatrzenie reklamacji" (śmiech). Trzeba pojechać do Ruskich i powiedzieć im, że nie chcieliśmy takiej demokracji i ch**owych komunistów. Niech nam przyślą jeszcze lepszych (śmiech).

Mnie się naprawdę wydaje, że oni wszyscy - mówię o politykach prawicowych i lewicowych - jeździli na jednym wielbłądzie! Na jednym g**nie ślizganie, od początku do końca. Pamiętam, jak miałem 10 lat i Kaczyński był młody. Minęło ponad 15 i wciąż go pamiętam i widzę! Ja pamiętam ich wszystkich, a najlepsze jest to, że nie powinienem ich pamiętać! Bo wychodzi na to, że przez te 15 lat nic się nie zdarzyło.

Pamiętasz polskich piłkarzy, którzy 15 lat temu grali w reprezentacji?

Niech pomyślę... Romek Kosecki na przykład.

Tak, ale on grał w ataku i w niezłych klubach zagranicznych! A wiesz, kto grał na lewej obronie (śmiech)? Tego samego oczekuję od polityków. Jeżeli przez kilkanaście lat nic nie zrobili, to nie powinienem o nich pamiętać! Na tej zasadzie.

U nas jest zakłócenie na tej fali, co powinno być pamiętane, a co nie. A jak się o nich zapomina, to jest panika, że się nikt polityką nie interesuje! I zaczyna być panika, że nikt na wybory nie chodzi.

Bo, niestety, prawie nikt na nie nie chodzi.

Ale ja wolę iść gdzie indziej, na przykład do kina, niż na wybory. Po wyborach mam zawsze ch***wy humor.

Ale to jest nasz obywatelski obowiązek.

Moim obywatelskim obowiązkiem jest pójść na wybory i oddać tak zwaną instytucję głosu nieważnego. I rzeczywiście jest to o tyle lepsze od niepójścia na wybory, że się przynajmniej nie traci głosu. W ten sposób możesz postawić swoje veto politykom. Tyle pamiętam ze szkoły z PO [przysposobienie obywatelskie - przyp. red.], chociaż zawsze miałem mierną.

Zostawmy politykę i przejdźmy do lżejszych kwestii. Na okładce "7" widać cię w koszulce FC Liverpoolu... [niestety, nie udało mi się dokończyć pytania - przyp. AW]

Ta kwestia wyszła jeszcze przed sprawą sponsoring. Zdjęcia na kopertę zrobiliśmy przed podpisaniem umowy i początkowo miało być tak, że "7" nie będzie miała żadnego sponsora. A to, że pojawił się Reebok, to był jakiś rzut na taśmę. Ostatni termin. Chyba na dwa dni przed kręceniem teledysku do "O robieniu bitów" okazało się, że mamy sponsora. To była dosyć śmieszna sytuacja.

A dlaczego ta koszulka? Bo ma "7" z tyłu (śmiech). Mogła być koszulka Celtic Glasgow, bo mam wszystkie ich komplety. Zieloną wyjazdówkę i żółtą też. Muszę przyznać, że mam trochę zajoba na punkcie trykotów piłkarskich. I gdybym miał na przykład koszulkę z numer 7 Boca Juniors, to pewnie w tej wystąpiłbym na okładce.

To kompletnie nie było podyktowane sponsoringiem. Raczej chodziło o to, żeby mój serdeczny przyjaciel, który gra obecnie w Pogoni Szczecin, a miał grać w Wiśle Kraków...

Rafał Grzelak czy Przemysław Kaźmierczak?

Jeden i drugi. To znaczy Grzelak jest kumplem, a Kaźmierczak przyjacielem. Oni chyba mają kiepską sytuację, bo teraz ich tylko dwóch zostało w Pogoni, a reszta to Brazylijczycy (śmiech). Ale ich też znam. Bo kiedyś obok mojego bloku mieszkał Julcimar z Batatą. Przy okazji ostatniej wizyty w Szczecinie na koncercie, "Kazek" zaprosił nas na mecz, zresztą grali właśnie z Wisłą. Było nam strasznie miło, kiedy Batata z Julcimarem zobaczyli nas przez siatkę i podeszli. Wiesz, wymieniliśmy się telefonami i gadka poszła.

To jest obustronny szacunek, a najfajniejsze jest to, że to są goście z mojego osiedla. Wszystko się tak porobiło, że jeden gra w pierwszej lidze, drugi w drugiej, a trzeci jeździ po Polsce z koncertami. To jest niesamowite. I jak tylko mamy możliwość, to się spotykamy. Wcześniej, jak graliśmy w Szczecinie, to "Kazek" był akurat kontuzjowany i nie grał meczu, ale wpadł do nas na koncert. Bardzo mi na takich akcjach zależy. I życzę mu, żeby dalej grał w reprezentacji.

Wracając do okładki, to zależało mi, żeby pokazać ekipę. Nie chciałem pokazywać swojej twarzy, tylko tych ludzi, którzy stoją za tą ciężką pracą i ciężkim wysiłkiem. Na przykład taki Kochan, który jeździ ze mną samochodem na koncerty. Powinien dostać honoris causa za bezkolizyjną i kulturalną jazdę autem (śmiech). Przez kilka lat nie wziął ode mnie złotówki, na siłę musiałem wyznaczyć mu stawkę. Dalej Haem, który robi skrecze i znajduje dla mnie czas. Sikor, który nagrał freestyle po pijaku i które poszły na skity. Musiałbym jeszcze trochę wymieniać.

Od samego początku nad nami była taka niesamowita otoczka. Czułem, że ta ekipa chciała, by ta płyta była zaj**iście dobra. A okładka jest hołdem dla mojej ekipy. To podziękowanie dla tych ludzi, że są z nami, że są ze mną. Na kopercie miało być więcej osób, ale wszystko robiliśmy na ostatnią chwilę, było za pięć dwunasta. Okładka to oddzielna sprawa, moja własna historia. Zobaczę to w wieku 80 lat i się wzruszę. Po to robimy to, żeby mieć do czego wrócić i się nie wstydzić.

W zeszłym roku pojawiłeś się w Gdyni na festiwalu... [ponownie nie udało mi się zadać pytania - przyp. AW]

Nie wiem. Chciałem tutaj powiedzieć, że często ludzie się mnie pytają, dlaczego nie występujemy na większych imprezach. Już odpowiadam. My nie jesteśmy produktem medialnym. My w ogóle nie jesteśmy produktem. Od początku do końca działamy pod wpływem impulsu. I w ten sposób działamy na rzecz tej pięknej kultury, którą jest hip hop. A to nie tylko koncerty i imprezowanie.

Jest też wiele innych elementów, nad którymi się skupiamy, a które pozwalają nam wyrabiać charakter i hartować ducha. To jest niesamowita sprawa. I tak naprawdę, czy zagramy na wielkim festiwalu, czy nie, jest mało ważne. Istotne jest to, w jakiś sposób głosimy kulturę polskiego hip hopu, kulturę wschodnioeuropejskiego hip hopu na szerszą skalę. To jest ważne. Skalpel czy Kaliber 44 to są nasze firmowe wizytówki. Bez skrępowania można je pokazać zagranicą.

W tym roku wystąpii na festiwalu The Streets, przedstawiciel brytyjskiego hip hopu... [i tym razem nie udało mi się dokończyć pytania - przyp. AW.]

Wiesz, u nas się wszystko miesza, myli się hip hop z grime. A brytyjski hip hop właściwie nie różni się niczym innym od amerykańskiego hip hopu podziemnego. The Streets to dla mnie nie jest hip hop. Kolega mi mówił, jak to się nazywa, ale zapomniałem.

Masz rację, nie jest to do końca typowy hip hop...

U nas ludzie nie kojarzą jeszcze rapowania z drum'n'bassem, garagem czy housem. A w Anglii, jeżeli mówi się o rapie, to ludzie kojarzą kilka stylów muzycznych. Możesz robić to, to, to i to. U nas jest trochę przekłamanie, bo rzeczy określane jako brytyjski hip hop, hip hopem nie są. To jest grime, garage, drum'n'bass i inne.

Jeżeli chodzi o wyspiarski hip hop, jest to bardzo specyficzny styl. Tam trzeba po prostu pojechać i poczuć. To jest zupełnie inna jazda.

To wróćmy na koniec do Polski i twojej płyty. Kolejnym singlem jest "Więcej decybeli by zagłuszyć". Kto tym razem zrobił do niego klip?

Klip znowu nakręcił Boguś Godfrejow, ale nie chcę nic o nim opowiadać. Jest po prostu zaj***sty. Tak mi się wydaje, chociaż się na tym nie znam (śmiech).

Czyli nad klipem pracowała stara ekipa?

Tak, wszystko dzieje się po koleżeńsku. Bogusia znam od dawna i to nie przez klipy. Stare dzieje. On tutaj w Łodzi studiował, wygrywał "Camereimage". Ja się w ogóle cieszę, że taki cud się zdarzył, za co dziękuję Bogu. Nie tylko mnie dobrze idzie, ale także moim kolegom ze środowiska, z osiedla. Oni do czegoś dochodzą ciężką pracą. I obojętne, czy jesteś aptekarzem, czy sędzią,czy piłkarzem, raperem lub księdzem. Chwała im za to, że się nie poddają w takich ciężkich czasach.

Bo nie żyjemy, k**wa, w państwie, w którym drogę do pracy mamy usłaną różami, a tam o dwunastej czeka na nas kawa i pączek. Niestety, nikt o nas nie dba, nie martwi się i nie przywiązuje do młodych żadnej uwagi. Największy problem jest taki, że stosunek młodych ludzi z naszego kraju pracujących na rzecz Polski, do młodych Polaków pracujących na rzecz innych państw, jest mizerny. I tego musimy się wstydzić. Bo nie oszukujmy się, oni tam jeżdżą, gdzie są odpowiednio wynagradzani za pracę i za kwalifikacje.

Bo jeżeli ja miałbym skończyć jakieś ciężkie studia, jak prawo czy medycyna, i nie dostać potem pracy, to by mnie szlag trafił. Byłbym wk***iony na państwo nieludzko. Jeszcze bardziej niż teraz, kiedy jestem artystą okradanym na każdym kroku. Również przez niemożność zapewnienia ludziom godziwego wynagrodzenia i w konsekwencji słabą sprzedaż płyt.

Rozmawialiśmy o tym wcześniej. Rząd nas cały czas okrada. Nie dość, że musimy na niego łożyć, to jeszcze k**wa cały czas nas okradają. Nie przez bezpośrednią rękę, która wyjmuje nam kasę z kieszeni, ale przez setki "pośredników".

To może zakończmy tym smutnym akcentem naszą rozmowę. Dzięki za wywiad i jeszcze raz gratuluję płyty.

Dzięki. Postaram się następną zrobić jeszcze lepszą. To będzie wyzwanie (śmiech)!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Artysta | rodzice | szkoły | sprzęt | kultura | radio | wyzwanie | wybory | problem | wywiady | pytania | koncerty | media | rzeczy | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje