Reklama

Netta: Piosenki na Eurowizji są jak cukier [WYWIAD]

Netta wygrała Eurowizję w 2018 roku /JACK GUEZ /AFP

Od początku kariery wzbudzała niemałe kontrowersje, a wygrana na Eurowizji 2018 tylko spotęgowała dyskusje na jej temat. Netta to Izraelka, która, jak się okazuje, ma polskie korzenie. W tym roku zaprezentowała swój kolejny singel.

Reklama

Netta, reprezentując Izrael, wygrała 63. Konkurs Piosenki Eurowizji, który odbył się w 2018 roku, w Lizbonie.

Wokalistka w finale Eurowizji zaprezentowała się z utworem "Toy" (sprawdź!) i przekonała do siebie zarówno jurorów oraz telewidzów, łącznie zdobywając 529 punktów (212 od jury i 317 od głosujących widzów).

Reklama

Numer szybko stał się hitem sieci oraz numerem jeden w rodzinnym kraju wokalistki. Chwalono go m.in. za świeżość oraz poruszaną tematykę. W singlu pojawiły się odwołania od ruchu #MeToo i problemu molestowania seksualnego kobiet (w refrenie padają słowa "Nie jestem twoją zabawką, chłopczyku" - sprawdź tekst i polskie tłumaczenie utworu!).

Zaraz po odebraniu nagrody wokalistka oświadczyła: "Dedykuję tę piosenkę wszystkim tym, którzy walczą o bycie sobą - z szefami, z rządem, z tymi, którzy chcą ich stłamsić".

Neta Barzilaj na świat przyszła w 1993 roku w Hod ha-Szaron, w dzieciństwie przez cztery lata mieszkała w Nigerii. Edukację muzyczną odebrała w Rimon School of Jazz and Contemporary Music. Przeszła również rok obowiązkowej służby wojskowej w Izraelskim Korpusie Morskim.

Kariera wokalistki i kompozytorki z Izraela ruszyła mocno do przodu po zgłoszeniu się do programu "HaKokhav HaBa" (talent show oparty na formacie francuskiego "Rising Star"). Wcześniej Netta śpiewała na weselach i w klubach oraz współpracowała ze zespołami Gaberband i The Experiment.

Jak się okazało piosenkarka ma polskie korzenie. Jej dziadek mieszkał w Tomaszowie Mazowieckim, do Izraela wyjechał w 1943 roku.

W tym roku Netta zaprezentowała swój kolejny singel "Ricki Lake". Utwór po trzech tygodniach ma już prawie 2 miliony wyświetleń w serwisie Youtube. 

Adam Drygalski, Interia: Było kiedyś coś takiego jak #30DaysSongChellange. Gdybyś miała wymienić ulubiony utwór ulubionego artysty, którego już nie ma wśród nas, to byłby to...

Netta: - "All I Could Do Was Cry" Etty James. Znasz?

Nie znam.

- Jedna z najsmutniejszych piosenek, jakie kiedykolwiek powstały. Były facet zakochuje się w innej, bierze z nią ślub. “Słyszę bicie dzwonów, słyszę śpiew chóru" i jedyne co mogę zrobić w tej sytuacji, to zapłakać. I ten płacz wykrzyczany przez Ettę brzmi tak niesamowicie, że płaczę razem z nią. Ten utwór łamie mi serce za każdym razem, gdy go słucham.

Większość ludzi odpowiada "Bohemian Rhapsody".

- No pewnie, bo to wspaniały numer, ale zagrany miliony razy. Dorzućmy jeszcze "Bad" Michaela Jacksona. Szczyt perfekcji, jeśli chodzi o muzykę pop. Ale nikt nie trafił do mnie tak jak Etta.

Z kolei "Ricky Lake Show" było szczytem perfekcji, jeśli chodzi o amerykański mainstream telewizyjny lat dziewięćdziesiątych.

- Pamiętam niedorzeczne kłótnie między uczestnikami tego programu. Ludzie przychodzili ze swoimi problemami, mówili o zdradach, szukali szybkich rozwiązań, ale koniec końców byli tylko rozrywką dla mas przed telewizorami. Z jednej strony było w tym coś wciągającego, z drugiej przerażającego. Amerykańska kultura brukowa w czystej formie. Ten program był prekursorem wszelkich reality show. Ludzie zwierzali się dziennikarce, która nie miała ani żadnego doświadczenia w rozwiązywaniu tego typu kwestii, ani nie dawała żadnych sensownych rad.

Ale dała inspirację pewnej artystce z Izraela. 

- "Ricky Lake" jest o ludziach, którzy chcą być kimś innym. Żyjemy w świecie zdominowanym przez social media. Dziewczyny marzą, żeby mieć tyłek jak Kim Kardashian, brzuch jak Beyonce. Na Instagramie wszystko wygląda perfekcyjnie, więc tak też chcielibyśmy widzieć siebie. I z tego powodu stajemy się nieszczęśliwi, to wpędza nas w kompleksy.

Kiedy wrzuciłam swoje zdjęcie w stroju kąpielowym, nie było to dla mnie żadnym wielkim wydarzeniem, ale dostałam tysiące wiadomości od ludzi. "Ależ jesteś odważna! Skąd się bierze taka pewność siebie?". A ja wcale nie uważam, żeby to, co zrobiłam było aktem jakiejkolwiek odwagi. Kompletnie nie kupuję takiego podejścia do życia i nie uważam, żeby mówienie komuś, jak zostać szczęśliwym człowiekiem miało sens. Nie jestem Ricky Lake. Smutna prawda płynąca z tego utworu jest taka, że nikt nie rozwiąże twoich problemów za ciebie.

Wspomniałaś o social mediach. Czy jesteś od nich uzależniona?

- O, tak! Chociaż kompletnie nie umiem się nimi posługiwać. Albo inaczej - prowadzę je intuicyjnie. Większość ludzi, których znam jest od nich uzależniona. Nawet mój menedżment [wskazuje na dwóch ludzi wpatrzonych w smartfony, ci zaczynają się tłumaczyć, że kupują bilety lotnicze]. Media społecznościowe to olbrzymie zagrożenie. Z jednej strony dają każdemu możliwość zakomunikowania światu poglądów, z drugiej niszczą zdolności komunikacyjne między ludźmi. Zamiast normalnie umówić się na randkę, poszukamy jej w sieci, przerzucając zdjęcia, a to w lewo, a to w prawo. Dziewczyna zanim wrzuci fotkę, najpierw użyje tysiąca filtrów. Chłopak, aby czuć się lepiej, sfotografuje się przy jakimś luksusowym aucie. Z tych zdjęć tak naprawdę wychodzi to, kim chcielibyśmy być. A koniec końców to, że jesteśmy nieszczęśliwi będąc sobą.

Poruszyliśmy temat telewizji. Jesteś jej beneficjentką. Czy wyobrażasz sobie, że odnosisz sukces bez "X-Factora", bez Eurowizji?

- Na pewno zajęłoby to więcej czasu. Przez lata żyłam obok mainstreamu. Dostawałam telefony od producentów telewizyjnych i odrzucałam ich propozycje. Śpiewałam na weselach, przez cztery lata byłam kelnerką. Udzielałam się w kilku zespołach. Nie byłam ani na tyle doświadczona, ani nie miałam wokół siebie tylu utalentowanych ludzi, żeby osiągnąć sukces. Show w telewizji otworzył przede mną drzwi. Ot tak. To było trochę przerażające, trochę niesamowite, ale na pewno nie przyszło bez ciężkiej pracy. Zanim trafiłam do tego programu, przez dziesięć lat działałam na scenie. Bez zdobytego tam doświadczenia nic bym nie osiągnęła.

Dziesięć lat odcisnęło piętno, bo twoja muzyka jest mało... eurowizyjna.

- To pop na sterydach. Taka typowa zapętlona muzyka nie jest dla mnie. Wierzę, że z każdym dźwiękiem i z każdą nutą się rozwijam. Kiedy miałam piętnaście lat, moją bazą był jazz. Billie Holliday, Nina Simone, Aretha Franklin - moja największa idolka po dziś dzień. Kilka lat później poznałam Nirvanę i Metallicę. Ostatnio Die Antwoord, Little Big. U mnie to wszystko cały czas się miesza i zmienia za każdym razem. Nigdy nie uznawałam siebie za część mainstreamu. Kiedy nagrywałam swoje pierwsze sesje, salą prób była piwnica. To było podziemie dosłownie i w przenośni. Nadal nie poznałam zjawiska, jakim jest popularność. Może za krótko ona trwa, by przejmować się nią na serio. Hype kiedyś minie, a ja pozostanę sobą.

Ze swoim zwycięstwem na Eurowizji.

- Piosenki na tym festiwalu są jak cukier. Sprawiają, że czujesz się szczęśliwy, ale nie wiesz dlaczego. Zanim trafiłam do tego konkursu, nie byłam jego fanką. Początkowe nastawienie, gdy szłam do talent show było takie, że zagram tam jeden, dwa utwory, wywalą mnie i zacznę działać na własną rękę. Muszę płacić rachunki, więc muszę wziąć w tym udział. Takie było podejście do tematu. Myślałam że telewizja jest wcielonym złem, ale w gruncie rzeczy poznałam tam wielu wartościowych ludzi, którzy pomogli przebić się mojej muzyce do szerszej publiczności. Bo to była moja muzyka. Sama ją wymyśliłam, sama robiłam scratche przed jurorami. Kontrolowałam ten statek do samego finału. Być może dlatego, że byłam w tym wszystkim autentyczna - wygrałam.

W finale zaśpiewałaś utwór "Toy", który nie był twojego autorstwa.

- Mój menedżer powiedział mi pewnego dnia, że przyjdzie taki moment, że stanę przed dwoma milionami ludzi na całym świecie i zaśpiewam piosenkę, która... nie będzie moja. Wystraszyłam się na śmierć. Zaprezentowaliśmy numer "Bassa Sababa", ale jury wybrało "Toy". Czułam się z tym fatalnie. Nie lubiłam tej piosenki na samym początku, ale później zrozumiałam, jak bardzo ten utwór był ludziom potrzebny. Był ważniejszy niż mój komfort tworzenia i grania. Zresztą tak moim zdaniem działa Eurowizja. Sukces osiąga piosenka a nie artysta, który dla widzów z większości krajów jest anonimowy.

Zastanawiam się czy u was w Izraelu mechanizm działa podobnie, jak w Polsce. Jednego dnia wygrywasz wielką nagrodę. U nas był to Nobel Olgi Tokarczuk. Wszyscy się cieszą. Następnego dnia sprawdzają, kim właściwie jest Olga Tokarczuk i wychodzi, że to w sumie nie jest to nasza Olga Tokarczuk. Ma inne poglądy, nie ma nic przeciwko mniejszościom seksualnym, nie do końca jej po drodze z tym, co się dzieje w kraju. Euforia opada, a ty dla niektórych stajesz się wrogiem.

- Ludzie nie przepadali za mną, zanim wygrałam ten konkurs. Ten utwór był hejtowany, dopóki nie zaczął prowadzić w klasyfikacji. Byłam dla nich za dziwna, za gruba. Teraz czasem trudno odróżnić, czy ludzie lubią moją muzykę, czy moje zwycięstwo na Eurowizji. Kontestowanie sukcesu nie jest niczym łatwym, tym bardziej dla kogoś, kto dopiero co pojawił się w "wielkim świecie" i wykonuje w dodatku utwór napisany przez inną osobę. Utwór, który stał się hitem na całym świecie. Staram się nie zwracać uwagi, czy dla kogoś jestem rozczarowaniem, czy nie, ale czasami przychodzi to z trudem.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Netta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje