Reklama

Reklama

"Miłość jest siłą napędową naszych emocji"

Polska publiczność pokochała belgijską wokalistkę Katerine za sprawą jej wykonania przeboju "Ayo Technology" znanego z wersji 50 Centa i Justina Timberlake'a. To nagranie przyniosło jej zwycięstwo w konkursie na Zagraniczny Hit Lata podczas Sopot Hit Festival.

O początkach kariery, urokach popularności, różnicach między dwiema płytami oraz planach na przyszłość z Katerine rozmawiała Justyna Tawicka.

Pierwsze pytanie dotyczy singla "Ayo Technology", którym podbiłaś nasze serca. Dlaczego zdecydowałaś się nagrać cover tego utworu? Jego autorami są Justin Timberlake i 50 Cent, prawda?

Tak, to prawda. To bardzo dziwna historia, bo nie miałam wcale zamiaru nagrywać nowej wersji tej piosenki. Ale w grudniu zadzwoniła do mnie moja wytwórnia z prośbą o przysługę. Powiedzieli, że przygotowują płytę - kompilację 20 utworów, z których jednym miał być właśnie "Ayo Technology".

Reklama

Zapytali, czy mogę go wykonać, a ja zgodziłam się w ramach przysługi. Dodałam, że zakładam, iż moje nazwisko nie pojawi się na płycie. W odpowiedzi usłyszałam, że nikt się nie dowie, kto wykonuje piosenkę. W tej sytuacji zgodziłam się, chociaż nie przepadam za nagrywaniem coverów. Nagrałam już dwie płyty - druga ukazała się całkiem niedawno - i na żadnej z nich nie ma ani jednego coveru.

"Ayo Technology" był twoim pierwszym coverem?

Tak. Rzeczywiście, stało się tak, że płyta została wydana w Belgii, i nikt nie wiedział, kto śpiewa ten utwór. Trzy czy cztery miesiące później dostałam telefon z wytwórni z wiadomością, że jestem numerem 5 w Polsce. Byłam zachwycona! Zapytałam, która piosenka dotarła tak wysoko - i usłyszałam... "Ayo Technology".

Byłam zdziwiona, nie wiedziałam nic o planach opublikowania tego singla na polskim rynku. Okazało się, że ludzie z mojej wytwórni w Polsce usłyszeli go i tak im się spodobał, że poprosili moją wytwórnię w Belgii o możliwość opublikowania piosenki z zaznaczeniem, że to ja ją wykonuję. Od tego się zaczęło - ponieważ potem singel ukazał się w Ameryce, Anglii, Japonii - w wielu, wielu krajach. Ale to Polska była pierwszym krajem, w którym odniósł sukces. To dla mnie prawdziwy zaszczyt.

"Ayo Technology" to świetna robota, świetny tekst, świetny teledysk. Jakie emocje są dla ciebie najważniejsze w tej piosence?

W istocie to dosyć dziwne, bo śpiewam o dziewczynie - z czego chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, ponieważ nie zadają mi o to pytań. Kiedy nagrywałam tę piosenkę w studio, pytałam producenta, czy w tekście mam zastąpić każde słowo "ona" słowem "on", zaśpiewać ten utwór z perspektywy kobiety, która mówi o mężczyźnie. W odpowiedzi usłyszałam, że szef wytwórni płytowej nie życzy sobie żadnych zmian, ponieważ jest to cover.

Byłam tym trochę zdziwiona, ale na szczęście niewiele osób naprawdę rozumie ten tekst. Od czasu do czasu muszę sobie przypominać, że śpiewam o dziewczynie, ale nie przeszkadza mi ten fakt. Mogę z tym żyć.

To w istocie prowokacyjna piosenka...

Tak, rzeczywiście! W Anglii stacje radiowe trochę boją się ją grać, bo tekst rzeczywiście jest prowokacyjny, można się w nim właściwie doszukać podtekstów seksualnych...

Jeżeli ktoś potrafi czytać między wierszami, naprawdę staje się prowokacyjny. Katerine, jako dziecko grałaś na pianinie. Czy zawód piosenkarki był dla ciebie naturalnym wyborem?

Chyba tak... Zaczęłam grać na pianinie, mając cztery lata...

Bardzo wcześnie!

Tak, bardzo wcześnie. Pochodzę z umuzykalnionej rodziny - mój tata gra na gitarze, najstarsza siostra gra na pianinie, druga siostra też śpiewa... Zaczęłam grać, kiedy miałam cztery lata. Najpierw był to repertuar klasyczny - Bach, Mozart, Chopin. Była to bardzo trudna muzyka, ale uwielbiałam grać, to była moja pasja.

Kiedy miałam pięć lat, odkryłam, że lubię też śpiewać. Zresztą, w szkole muzycznej, do której uczęszczałam, nauczyciel właśnie mnie wybierał, żebym śpiewała przed całą klasą. Dlatego kiedy pytano mnie, kim chcę zostać kiedy dorosnę, odpowiadałam, że chcę być piosenkarką. To było dziecięce marzenie, które teraz się spełnia. Jako 18-latka chodziłam na lekcje śpiewu, ale nigdy nie traktowałam śpiewania jako rzemiosła. Sprawia mi ono wielka radość, muzyka to największa pasja mojego życia.

Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, żeby założyć rodzinny zespół? Na przykład ze swoimi siostrami?

Szczerze mówiąc, tak! Prawie dwa lata temu belgijska telewizja emitowała program, w którym widzowie głosowali na swoją ulubioną piosenkę. Do udziału zaproszeni byli wyłącznie belgijscy artyści, piosenka również miała być wykonana z naszym języku. Poproszono mnie, bym wzięła udział w konkursie - niestety, nie śpiewałam wcześniej w ojczystym języku, tylko po angielsku.

Chciałam zaprezentować wyjątkowy utwór, pełną uczuć, poruszającą piosenkę z pięknym tekstem. Warunek był taki, że każdy z artystów zaproszonych do programu miał wykonać cover. Kiedy już wybraliśmy utwór, przyszło mi do głowy, żeby wykonać go z moimi dwiema siostrami. Okazało się, że nasz występ na tyle spodobał się widzom, że dotarłyśmy do finału. Wtedy pojawiła się propozycja, żebyśmy nagrały wspólnie płytę. Wymyśliłyśmy już nawet nazwę dla naszej grupy - "Little August", bo właśnie to oznacza nasze nazwisko przetłumaczone na angielski.

Siostry podeszły do tego pomysłu entuzjastycznie - zwłaszcza starsza. Druga siostra początkowo też wykazywała entuzjazm, ale po jakichś dwóch miesiącach oznajmiła nam, że wycofuje się z projektu.

Dlaczego??

Myślę, że obawiała się, że jej życie ulegnie zmianie. Jest nauczycielką, kocha swoją pracę, i nie planuje w żaden sposób wykorzystać swojego muzycznego talentu. Wielka szkoda, bo bardzo lubię pracować z moimi siostrami. To była fajna sprawa.

Odniosłaś wielki sukces. W jaki sposób zmienia się teraz twoje życie? Pytam w kontekście tego, co właśnie powiedziałaś o swojej siostrze.

Zmienia się pod wieloma względami. Jestem co prawda tą samą osobą, którą byłam pięć lat temu, ale mój czas wypełniają teraz zupełnie inne zajęcia. Dużo podróżuję...

Spotykasz różnych ludzi...

Tak, i to bardzo interesujących ludzi, są to więc wspaniałe doświadczenia. Ale wszystko się zmieniło. Kiedyś, gdy chodziłam do fryzjera, płaciłam za wizytę. Teraz nic mnie to nie kosztuje.

I efekt jest świetny!

Powiedziałabym jednak, że zmieniły się tylko rzeczy materialne. Emocjonalnie pozostałam tą samą osobą.

Jaki aspekt życia jest dla ciebie najważniejszy, kiedy na przykład wybierasz teksty piosenek? Czy to miłość, czy to coś innego?

Masz na myśli piosenki, które piszę sama?

Tak, albo piosenki, które wybierasz do wykonania.

To zależy. Muszę przyznać, że kiedy słucham jakiejś piosenki, melodia jest dla mnie o wiele ważniejsza, niż tekst. Pierwszą rzeczą, na której się koncentruję, jest melodia. Najpierw musi mi się spodobać melodia, dopiero w drugiej kolejności zwracam uwagę na tekst.

Pisanie o emocjach i miłości jest naturalną rzeczą w przypadku twórców piosenek, ponieważ to właśnie miłość jest siłą napędową naszych emocji. Wydaje mi się, że największą inspirację czerpię z takich stanów ducha, jak złość, smutek, czy absolutne szczęście. Muszą to być uczucia ekstremalne. Wtedy najlepiej pisze się piosenki, aczkolwiek trzeba mieć na to czas - a z tym mam ostatnio mały problem.

Wróćmy do roku 2005 i programu "Star Academy". Czy czułaś presję, by wziąć udział w tym przedsięwzięciu? Presję ze strony opinii publicznej?

Nie... Pamiętam, jak zobaczyłam spot reklamowy tego programu w telewizji: "Star Academy" - lekcje śpiewu, tańca, gry aktorskiej, wszystko w jednym pakiecie. W tym momencie przyssało mnie do ekranu telewizora. Pomyślałam, że muszę tam się znaleźć! Jednak mój były chłopak, z którym wówczas byłam w związku od czterech lat, był całkowicie przeciwny temu pomysłowi. Powiedział mi: "Nie ma mowy, nie zrobisz tego!".

Był zazdrosny!

Najwyraźniej był zazdrosny. "Nie zrobisz tego, nie chcę, żebyś tam szła". Im więcej powtarzał "nie", tym więcej ja mówiłam "tak, zrobię to". Wysłałam do producentów CD z próbką swojej twórczości i okazało się, że zostałam przyjęta do programu. Przez trzy miesiące musiałam mieszkać w specjalnym domu dla uczestników "Star Academy". W każdą niedzielę był program na żywo, podczas którego widzowie mogli głosować na swoich ulubieńców.

Stało się tak, że wygrałam ten program - i muszę powiedzieć, że wiele się dzięki niemu nauczyłam. Nie tylko o sobie, ale również o innych ludziach, dzięki temu, że przez trzy miesiące musiałam funkcjonować w zamkniętej grupie. Był to dla mnie bardzo emocjonalny okres, pełen uniesień i dołków psychicznych.

Po tym programie nagrałaś swój pierwszy album, zatytułowany "Katerine", a następnie album "Overdrive". Co według ciebie najbardziej różni te dwie płyty?

Przede wszystkim to, że w przypadku drugiej płyty mieliśmy więcej czasu. Podczas nagrywania pierwszej byliśmy pod presją czasu. Po dwóch tygodniach spędzonych przeze mnie w studio album był gotowy - musiał być gotowy, ponieważ program "Star Academy" właśnie się zakończył i producenci chcieli wydać moją płytę tak szybko, jak tylko było to możliwe.

Podczas pracy nad drugim albumem znalazłam nawet czas na współpracę z autorem tekstów przy dwóch piosenkach. Jedna z nich to mój nowy singel, "Treat me like a lady". Te dwie płyty różnią się też brzmieniem. Pierwsza była klasycznym wydawnictwem pop, drugi też jest popowy, ale słychać na nim wpływy muzyki electro i dance. Był to świadomy wybór, z którego jestem zadowolona, bo rezultat bardzo mnie satysfakcjonuje.

To płyta "Overdrive" - a jakie są twoje plany na przyszłość? Co dalej?

Pytasz o trzeci album?

Tak.

Obecnie eksperymentujemy trochę w studio. Nagraliśmy dwa demo - jeden utwór jest naprawdę rockowy, drugi, z bardzo fajnym tekstem, utrzymany jest w stylistyce pop i słychać w nim pianino.

Masz w tym doświadczenie!

Tak. Nie mogę jednak powiedzieć nic o ostatecznym kształcie nowego projektu - na to jest zbyt wcześnie. Wszystko będzie zależało od tego, w jakim będę nastroju, kiedy wejdę do studia.

Czy jest taki artysta, z którym chciałabyś zaśpiewać?

O tak, mnóstwo! W Belgii jest to grupa Shame Boy, o której tutaj chyba raczej nikt nie słyszał. To dwóch artystów tworzących muzykę electro, w dodatku świetnie produkowaną. Bardzo lubię ich twórczość, chociaż jest w pewien sposób trudna. Dodałabym jeszcze Pharella Williamsa i Timbalanda.

Lubię też Jamesa Morrisona; jego muzyka jest spokojniejsza, bardzo melodyjna, bardzo podobają mi się też jego teksty i barwę jego głosu. Moją prawdziwą boginią jest jednak Beyonce, ale czułabym się nieswojo, gdybym miała z nią współpracować. Wolę myśleć o niej jako o wzorcu do naśladowania.

Ale może marzenie się spełni?

Może, kto wie? Trudno powiedzieć, przeszłość jest...

...otwarta.

Właśnie.

Katerine, dziękuję Ci bardzo, że odwiedziłaś nasze studio. Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję.

(tłumaczenie: Katarzyna Kasińska)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje