Reklama

​Mikromusic: Życie muzyka to fizycznie wyczerpująca robota

Natalia Grosiak jest wokalistką Mikromusic /Bartek Sadowski /materiały promocyjne

Jeśli myślicie, że życie muzyków to wyłącznie splendor, uwielbienie fanów i dobra zabawa na koncertach, to nowy teledysk Mikromusic "Nie umrę" uświadomi wam, że niekoniecznie. Utwór promuje nową koncertową płytę grupy. Premiera nowego albumu była pretekstem do tego, by porozmawiać z członkami zespołu o jego powstawaniu, życiu w trasie, o obrazach Christera Karlstada, "kolektywnym solo" i... szukaniu końca wszechświata.

Dwupłytowy album "Mikromusic w kwietniu" to trzeci koncertowy album wrocławskiej grupy, który jest zapisem trasy koncertowej, jaka odbyła się w kwietniu 2016 roku. Zespół, razem ze Skubasem, odwiedził dwanaście miast w Polsce, rejestrując koncerty, reakcje publiczności oraz unikatową energię panującą podczas grania na żywo.

Reklama

Justyna Grochal, Interia: - Na okładce płyty "Mikromusic w kwietniu" jest obraz norweskiego malarza Christera Karlstada (zobacz poniżej - przyp. red.), któremu - tak jak i wam - blisko jest do natury i jej obecności w życiu człowieka. Dlaczego ponownie sięgacie po jego twórczość?

Natalia Grosiak: - Za pierwszym razem, gdy wychodziła płyta "Mikromusic w Capitolu" (poprzednia koncertowa płyta zespołu - przyp. red.), okładkę miał dla nas robić Wojtek Piotrowski z Juice'a. Uznaliśmy, że płyta koncertowa niekoniecznie musi zawierać w sobie zdjęcie z koncertu albo miejsce, gdzie graliśmy. Może być po prostu abstrakcją na jakiś temat. I to Wojtek zaproponował tego malarza. Z wielu obrazów wybrałam wtedy ten z jeleniem. Christer wyraził zgodę na użycie jego dzieła i tak powstała okładka.

- To rzeczywiście koresponduje z tęsknotą do natury, nostalgią i smutkiem, które towarzyszą wielu naszym piosenkom. A przy kolejnym albumie stwierdziłam, że chciałabym już każdą koncertową płytę ilustrować czymś, co zrobił właśnie ten artysta. Wojtek od razu zaproponował mi niedźwiedzia z dziewczynką. Nie było żadnych wątpliwości.

Obyło się bez jakichkolwiek problemów ze zgodą na wykorzystanie obrazu?

Natalia: - Najpierw była zgoda, potem kupowanie licencji. On (Christer Karlstad - przyp. red.) też się cieszy, że dzięki Mikromusic jego obrazy są znane teraz słuchaczom naszego zespołu w Polsce.

Wiecie, że Christer Karlstad powiedział kiedyś, że większość jego pomysłów rodzi się ze strachu? Strachu przed wszelkiego rodzaju stratą, strachu przed zmianami. Czy moglibyście odnieść to także do twórczości Mikromusic?

Natalia: - No, aż mnie przeszły teraz ciarki, ponieważ te moje piosenki i to wszystko, o czym śpiewam, to też jest strach. Przede wszystkim strach przed zmianą i utratą. Te wszystkie tematy śmierci, które przewijają się w moich piosenkach, to jest właśnie to.

To już wasza trzecia płyta koncertowa. Jesteście jednym z nielicznych zespołów, które regularnie wydają koncertówki. Skąd się bierze ta potrzeba? Czy to wynika z chęci uchwycenia tego szczególnego momentu obcowania z publicznością?

Dawid Korbaczyński: - Pierwsza płyta była kwestią przypadku, bo wiedzieliśmy, że gramy w fajnym miejscu i zdecydowaliśmy się to zarejestrować. Doszliśmy do wniosku, że wreszcie, po tylu latach, jesteśmy gotowi to zrobić. Później, gdy się okazało, że umiemy (śmiech), to skorzystaliśmy z okazji. W przypadku tej najnowszej mieliśmy też motywator, że szykowała nam się fajna trasa i występował z nami Skubas.

Natalia: - A mówiąc o drugiej, to ja marzyłam, żeby to zarejestrować. Zrobiliśmy akustyczny materiał i nie chciałam tego stracić. Wiedziałam, że w pewnym momencie przestaniemy grać te aranżacje, i to zniknie. Bardzo chciałam to udokumentować, stąd pomysł na "Mikromusic w Capitolu". A trzecia płyta to totalny przypadek.

Dawid: - A jak my wpadliśmy na to? Bo ja nie pamiętam...

Natalia: - Już opowiadam. Dostaliśmy propozycję koncertu za granicą, ale warunkiem jego zagrania było wydanie tam płyty. Nie chcę opowiadać o szczegółach. A że nie jesteśmy jeszcze wciąż gotowi z nowym materiałem i dopiero co wydaliśmy "Matkę i żony", to zaproponowaliśmy z naszej strony materiał koncertowy. Z tamtego układu nic nie wyszło, ale ja już tak popchnęłam tę machinę nagrywania do przodu, że stwierdziłam, że najlepszym, najtańszym i najłatwiejszym pomysłem będzie po prostu nagranie naszych koncertów na trasie. Tak zresztą zrobiliśmy.

- Nagraliśmy w sumie 11 koncertów, bo jeden z tych 12 był w radiowej Trójce, czego nie mogliśmy niestety użyć. Dawid z Łukaszem Sobolem przez trzy dni wybierali najlepsze wersje z tych 11 koncertów. Piosenek jest w sumie 19, bo mamy tzw. hidden track na płycie.

Dawid: - Nie mów tego! To jest hidden track! (śmiech)

Natalia: - Myślisz, że ktoś to doczyta? (śmiech) A Robert Szydło, nasz basista, to pięknie zmiksował. Ja się zajęłam okładką, jak zawsze.

Dawid: - Nam ułatwia nagrywanie koncertów to, że sami dużo umiemy zrobić. To nie jest aż tak wielkie przedsięwzięcie, jakby mogło się wydawać.

Natalia: - Tak, na nikim nie polegamy. Wszystko sobie "opędzamy" sami.

Dawid: - Najlepszym przykładem jest właśnie ta ostatnia koncertówka. Nagraliśmy to sprzętem, który mieliśmy w riderze, i który organizatorzy nam udostępniali. Z dźwiękiem z sal, które były różne. Ale wyszło dobrze.

I wydać też postanowiliście ją sami...

Natalia: - Tak. W ten układ wszedł nasz menedżer, on nam pomógł i robimy taki eksperyment. Wielu artystów zresztą tak robi. Mianowicie płyta będzie do kupienia tylko na koncertach, w naszym sklepie internetowym i na naszym Allegro.

Dawid: - A przygoda z koncertówkami się nie kończy, bo teraz mamy nowy skład, który też chcemy zarejestrować. Mikromusic Orkiestra, czyli dodatkowo jeszcze cztery "dęciaki", czyli razem pięć, z nowymi aranżacjami Adama Lepki. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to planujemy nagrać to w lutym. Tym razem jeszcze z DVD.

Utwory, które trafiły na "Mikromusic w kwietniu" to tak naprawdę przekrój przez całą waszą twórczość. Tym razem uzupełniliście skład o instrumenty dęte, na wcześniejszej płycie koncertowej były smyczki. Skąd u was ta potrzeba zmiany składów koncertowych i aranżacji utworów?

Natalia: - To takie bardziej dopełnienie niż zmiana. Na koncertach zawsze gramy w podstawowym składzie, a jednak na płycie mamy i dęciaki, i smyczki. Później wychodzimy bez tego i zawsze jest taki jakiś brak.

Dawid: - Nie da się ukryć, że koncertowanie w takim składzie jest bardzo drogie i logistycznie trudne do zorganizowania. Zaczynając od samej wielkości sceny, a kończąc na sytuacjach transportowo-hotelowych. Teraz, dzięki staraniom naszego menedżmentu, udało się to zrobić. Jest to realizacja pewnego naszego marzenia, bo my tak naprawdę od piosenki "Jesień" z płyty "Sova" marzyliśmy o tym, by zagrać w takim składzie. W tym utworze te dęciaki pojawiły się pierwszy raz, w takiej formie, jaka nam się bardzo podoba. I od tego czasu byliśmy strasznie zakręceni na to, żeby z dęciakami zagrać. Po wielu latach się to udało, jak to u nas zwykle bywa... (śmiech). I tak, jak mówiliśmy wcześniej, warto zarejestrować ten moment, bo taka szansa może się już nie powtórzyć.

Natalia: - A poza tym wykonania studyjne to jest coś, co powstało stosunkowo niedawno. Piosenki są skomponowane, później je aranżujemy, ale one są de facto "nieograne". Podobają nam się, ale potem zagramy 20, 30 koncertów i te piosenki po prostu rozkwitają.

Dawid: - Mało tego, publiczność zwraca bardzo dużo energii, co w studiu, z bijącym zegarkiem, w osobnych pomieszczeniach i ze słuchawkami na uszach, jest praktycznie nieosiągalne. Przynajmniej dla nas.

Czyli jest trochę tak, że publiczność może mieć również wpływ na to, że piosenka się zmienia, ewoluuje?

Natalia: - Oczywiście. Im lepszy przepływ energii między nami a publicznością, tym koncert jest lepszy. Koncerty "stojące" są o wiele lepsze od tych "siedzących". 

Zapytałam o te nowe aranżacje dlatego, że czasem bywam świadkiem koncertów, na których mam wrażenie odtwarzania na żywo tego, co znajduje się na płycie, jeden do jeden. U was za każdym razem jest inaczej - słyszę coś, co różni się od wersji na albumie. Dzięki temu mam świadomość, że coś wydarza się tu i teraz i jest wyjątkowe.

Dawid: - To jest mądre, co mówisz, bo ja też zawsze uważałem, że nie ma czegoś takiego, jak najlepsza aranżacja. Dla mnie Sting był tego przykładem. Byłem kiedyś jego wielkim fanem, słuchałem go bardzo dużo, słuchałem też dużo jego koncertówek i oczywiście chodziłem na jego koncerty. "Roxanne" nigdy nie brzmi tak samo. I to nie tylko kwestia tego, że odebrał jakąś energię od publiczności. On po prostu robi inne aranże, robi to celowo. To jest piękna sprawa i również wolę coś takiego niż płytę jeden do jeden. Jeszcze często odtworzoną w klinicznych, idealnych warunkach, sprawiających wrażenie słuchania płyty tylko głośniej. Więc jestem za tym, żeby na koncertach działo się inaczej niż na albumie.

Singlem promującym tę płytę jest utwór "Nie umrę", do którego powstał teledysk obrazujący wasze życie w trasie.

Natalia: - Tak, samodzielnie montowałam ten teledysk.

To jest też przykład na to, jacy jesteście samowystarczalni jako zespół.

Natalia: - Tak. (śmiech) Wiedziałam, że nie będziemy kręcić DVD, bo nie ma na to ani czasu, ani funduszy, ale pomyślałam sobie, żeby chociaż na kilka koncertów ktoś z nami pojechał i udokumentował to nasze życie w trasie. Zapytałam na Facebooku czy jest tu jakiś kamerzysta i zgłosiło się parę osób. Pierwszy był akurat Artur i on z nami pojechał. Oddał mi ten materiał, a ja dopiero niedawno zaczęłam go przeglądać. Świetnie nas uchwycił. Poproszono nas o wersję skróconą do radia, więc musieliśmy obciąć piosenkę. Oryginalnie utwór ma 7,5 minuty, teledysk też tyle trwa. Jest podzielony na dwie części.

A kiedy zobaczyliście ten finalny efekt i to, jak ujął was operator, to jaka refleksja przyszła?

Natalia: - My po pewnym czasie zapomnieliśmy, że on jest. To dobrze, bo taki powinien być dokumentalista. Dosyć długo czekałam na ten materiał, potem zapomniałam, nagle zaczęłam przeglądać i mówię: "Jezu, jak to pięknie wygląda".

- Pokazane jest życie muzyka, niełatwe życie. To jest fizycznie wyczerpująca robota. Nie chodzi o same koncerty, bo to jest wisienka na torcie, sama przyjemność. Jest to jednak okupione ciągłymi podróżami, zmianami miejsc, dźwiganiem, sypianiem w różnych miejscach. To jest przede wszystkim duże zmęczenie.

Dawid, powiedziałeś kiedyś, że dopiero w trasie możecie naprawdę zżyć się ze sobą. Czym się różnią te sposoby poznawania siebie nawzajem - podczas prac nad płytą oraz w trakcie trasy?

Dawid: - Czasowo nawet rozkładając, to zżycie się jest większe w trakcie koncertowania. Jesteśmy 24 godziny na dobę ze sobą. Czasami przez 8 godzin zamknięci w busie, więc wiadomo, że zżyć się musimy. A praca nad materiałem jednak jest dużo krótsza i rzadziej przebiega.

Natalia: - Poza tym kiedyś, jak jeszcze pracowaliśmy nad pierwszą płytą i kiedy uczyliśmy się też grać ze sobą, to dużo czasu spędzaliśmy w salkach prób, razem tworzyliśmy aranżacje. W tym momencie te aranżacje powstają w domu i sobie je tylko przesyłamy.

Dawid: - Próbujemy wtedy, kiedy jest już co próbować. Żeby przygotować się do nagrania w studiu bądź do nowej trasy koncertowej. Wtedy spotykamy się i razem ćwiczymy. To nie jest tak, że ekipa się spotyka, zamyka na dwa miesiące w domu - co jest generalnie moim marzeniem - i tworzy materiał. Wchodzi z niczym, a wychodzi z płytą. To jest coś, na co sobie w tej chwili pozwolić nie możemy. Pewnie zresztą niewiele osób ma taki komfort.

A czego dowiadujecie się o sobie będąc na scenie? Jesteście zespołem, który nie stroni od improwizacji. Ponadto każdy, kto choć raz był na waszym koncercie, zauważył pewnie, że wy wręcz operujecie jakimś swoim muzycznym językiem, porozumiewacie się ze sobą muzyką.

Natalia: - Na pewno, że możemy liczyć na siebie, że słuchamy się nawzajem. To jest świetne, bo bardzo często zdarzają się różne błędy i jak schodzimy z tej sceny, to się śmiejemy np. że ja słyszałam, że weszłam dwa takty za wcześnie, ale "jadę po swoje", bo wiem, że oni się w końcu załapią. I taka jest prawda. Bardzo często ktoś się pomyli, a reszta ratuje, biegnie z pomocą. I nikt z publiczności nie orientuje się, że nie było tak, jak sobie zaplanowaliśmy.

Dawid: - No i zawsze możesz nauczyć się czegoś od swoich kolegów we względach muzycznych - czy to harmonii, czy prowadzenia melodii. Bo jednak słuchamy siebie i w jakiś sposób inspirujemy. A a propos tego, o czym mówisz, to wymyśliłem na potrzeby Mikromusic nazwę "kolektywne solo" i my to często robimy. To oznacza, że wszyscy grają solo, a nikt nie wystaje. Jest tego sporo na nowej płycie. Nie pamiętam, kiedy to wymyśliłem.

Natalia: - Przy piosence "Halo".

Dawid: - Tak, podczas nagrywania płyty "Piękny koniec", w studiu, przy piosence "Halo" wymyśliłem, że to jest kolektywne solo i to trzeba kultywować.

Musisz to opatentować czym prędzej!

Dawid: - No właśnie to patentuję w tej chwili! (śmiech)

Natalia: - To występuje też w piosence "Zakopolo". Idea wyszła od tego, że my bardzo często mamy jakieś intra do kawałków. Przy "Halo" podzieliłam się z zespołem refleksją, że chciałabym zrobić takie outro. Wyszło od tego pomysłu, a potem każdy miał opowiedzieć coś na temat tego, że "mój głos wysyłam w kosmos i ten głos sobie biegnie, biegnie, leci, leci (mówiąc to Natalia gestykuluje, unosząc głowę i rękę coraz wyżej i wyżej... - przyp. JG), mija jakieś tam konstelacje gwiazd i leci w tę przestrzeń, i szuka tego końca wszechświata". I właśnie na ten temat każdy sobie zaimprowizował.

Dawid: - I okazało się, że nieźle to umiemy robić. To było dla mnie zaskoczeniem, że to brzmi naprawdę super. Każdy się słucha. To było bardzo fajne, bo wymagało też dużej koncentracji.

Natalia: - To tak, jakbyś plotła warkocz z siedmiu głosów. I każdy się musi jakoś zazębić.

Dawid: - To też w pewien sposób nas odblokowało. To był taki dość ważny moment w naszej twórczości, bo przyniósł pewien nowy rodzaj grania i współpracy na scenie.

Natalio, byłaś jednym z artystów biorących udział w projekcie NowOsiecka, mającym przybliżyć twórczość Agnieszki Osieckiej młodszemu pokoleniu. Jak się tam znalazłaś?

Natalia: - Krzysiek Krot, który jest mózgiem całej operacji, wysłał do mnie cztery utwory, które jego zdaniem pasowały do mojej osobowości. Oczywiście nie spodobały mi się te utwory. Poprosiłam Krzyśka o materiał, który ma i dostałam folder ze stoma podfolderami, gdzie w każdym podfolderze było jeszcze 20 utworów. Dopiero po przesłuchaniu 20. folderu znalazłam dwa utwory, które mi się bardzo podobały. Jeden to był taki przepiękny kujawiak, a drugi to "W dziką jabłoń cię zaklęłam". Pierwszy raz słyszałam ten utwór z taką słowiańską nutą i pięknym tekstem, który za pomocą przyrody - bo Osiecka bardzo ładnie się tu posługuje przyrodą - opisuje nieszczęśliwą miłość. Właśnie tę piosenkę zaśpiewałam.

A kwestie aranżacyjne również leżały po twojej stronie?

Natalia: - Każdy artysta dostał polecenie, aby samodzielnie przygotował aranżację. Ja do współpracy zaprosiłam Dawida Korbaczyńskiego i Adama Lepkę. Chciałam, by był kwartet lub większy skład smyczkowy. Tam jest bardzo charakterystyczny refren i chciałam, żeby te smyki grały go ze mną unisono. Zaczęłam od tego. Tu się łączy klasyczne z nieklasycznym, czyli klasyczne smyki - septet plus kontrabas - i dołożony przez Dawida taneczny bit z elektroniką.

W wywiadach zapowiadałaś już wstępnie pojawienie się twojej solowej płyty. Na jakim etapie są te prace?

Natalia: - Tak, wreszcie to robię. Powstaje jeden materiał, a za chwilę będzie powstawał jeszcze drugi. Przez przypadek nagrywam dwie płyty, zupełnie inne. Ale to jest na tyle jeszcze niedokończone, że nie chciałabym puszczać żadnych deklaracji. Nie chcę jeszcze nic zdradzać.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Mikromusic

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje