Reklama

Maria Peszek: Wyjeżdżam. Daleko (wywiad)

Specjalnym koncertem w Klubie Studio w Krakowie (niedziela, 15 grudnia) swój muzyczny 2013 rok zamknie i podsumuje Maria Peszek. "Jestem szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co kocha" - mówi nam.

Od premiery "Jezus Maria Peszek" minął ponad rok, za tobą kilkadziesiąt koncertów, w tym na największych festiwalach. Podobno z "Jezusem" zamierzasz się pożegnać płytą koncertową. Możesz coś więcej na ten temat ujawnić?

Reklama

- Tak, pracujemy nad płytą koncertową. Zarejestrowaliśmy trzy z koncertów jesiennej trasy i teraz trwają miksy. Premiera w lutym 2014 r. Bardzo się na nią cieszę, bo będzie to moja pierwsza płyta koncertowa. Myślę, że udało się z uchwycić niesamowitą energię, jaka towarzyszy naszym koncertom - zarówno po stronie zespołu, który jest w fantastycznej, wydaje mi się, że wręcz szczytowej formie, jak i publiczności. Ludzie wnieśli niezwykłe emocje i żywiołowe reakcje i stali się dodatkowym, żywym instrumentem naszego koncertowego brzmienia.

Znów zamierzasz zniknąć na jakiś czas. Zdradzisz gdzie się wybierasz - ponownie kierunek Azja?

- Marcowymi koncertami w Londynie i Dublinie zamykamy trasę "Jezus Maria Peszek" i rzeczywiście znowu znikam na jakiś czas. Wyjeżdżam w sześciomiesięczną podróż. Daleko.

Wielokrotnie mówiłaś, że "Jezus Maria Peszek" jest dla ciebie wyjątkową, osobistą płytą. Czy zatem z perspektywy tego, co wydarzyło się od jej premiery nie żałujesz wypowiedzi, które skończyły się akcjami typu "Cierpię jak Maria Peszek w Bankgoku"?

- Nie żałuję niczego. To były niełatwe, ale przemyślane decyzje. Dziś zrobiłabym tak samo. "Jezus Maria Peszek" jest przecież przede wszystkim o prawie do wolności i prawie do samostanowienia. To, że część społeczeństwa była zaszokowana moją otwartością i rozdrażniona siłą mojej niezależności, i reagowała atakiem, nie było przyjemnym przeżyciem, ale czas i odbiorcy zweryfikowali "Jezusa" totalnie pozytywnie. To moje wielkie zwycięstwo i wielka radość. Wiem też, że są ludzie, dla których moje wypowiedzi w kontekście "Jezusa" były i są nawet ważniejsze niż sama płyta. Dały im siłę i odwagę. A to jest bezcenne.

Zaapelowałaś do swoich fanów o wzięcie udziału w akcji "Jezus in my life", mającej na celu pokazanie, co "Jezus" zmienił w ich życiu. A co zmienił w twoim?

- Ta płyta od początku była wyzwaniem i przełomem. Po raz pierwszy tak mocno zaangażowałam się w komponowanie i produkcję, taśmę matkę zrobiłam za własne pieniądze, zmieniłam też wydawcę. Postawiłam też na absolutną autentyczność przekazu i prostotę środków. Na radykalną szczerość.

- W trakcie tej pracy zmieniłam się bardzo jako człowiek i wiem już, że jest to zmiana na lepsze. Jestem szczęśliwym człowiekiem, który robi to co kocha, na własnych warunkach, utrzymuje się z tego i jeszcze ma szansę spotykać fantastycznych ludzi podczas koncertów.

- Mam też niesamowitych muzyków, z którymi przeżyliśmy piękny koncertowy czas. To świetni ludzie, a przebywanie z nimi to coś więcej niż praca. To frajda, nauka i wspólna podróż.

- A jeśli chodzi o akcję "Jezus in my life" to moi fani jak zwykle zareagowali wspaniale! Ich filmy są jednak w większości tak osobiste, że zachowam je w czułej pamięci i tylko dla siebie.

Sama byłaś chyba zaskoczona, jak wielkie poparcie i popularność zyskałaś dzięki "Jezusowi". Taka armia to dodatkowa radość, większe poczucie własnej wartości, większa odpowiedzialność, pewne ograniczenia, a może to wszystko na raz?

- To naprawdę niesamowite, że dla tak wielu ludzi "Jezus" jest tak ważny! To spełnienie marzenia, którego nie miałam. Chciałam i musiałam nagrać tę płytę dla samej siebie. Z wielu powodów. Ale nie planowałam ani nie marzyłam o tym wszystkim, co wydarzyło się potem.

Zobacz teledysk "Ludzie psy":

Za sprawą "Jezusa" zostałaś jedną z nielicznych artystek w tym kraju, o których mówią politycy (najczęściej - jak również w twoim przypadku - mocno krytycznie). Co w ogóle o tym sądzisz?

- Polityka jest częścią życia, od której staram trzymać się jak najdalej. A to, że politycy "używają" mojej płyty do własnych celów propagandowych niespecjalnie mnie interesuje. Są wśród nich wielbiciele "Jezusa" i ci, którzy tej płyty nienawidzą. Są też tacy, którzy nawet jej nie wysłuchali i przeinaczając słowa, chcą być na czasie i powierzchownie odwołują się do czegoś, o czym nie mają pojęcia. Nic szczególnie ekscytującego.

Kończy się 2013 rok, jaki był on dla ciebie?

- To był świetny, intensywny rok. Dziękuję wszystkim tym, którzy byli na moich koncertach - byliście wspaniałą publicznością i dziękuję tym, którzy kupili "Jezusa", a jest ich już prawie 50 tysięcy!

- Ale zanim rok się skończy w niedzielę (15 grudnia) w krakowskim klubie Studio zagramy wyjątkowy koncert. Po raz pierwszy podczas jednego koncertu zagramy utwory z moich wszystkich trzech płyt - "Miasto manii", "Marii Awarii" i "Jezus Maria Peszek". To będzie ostatni koncert w tym roku kalendarzowym i bardzo specjalny wieczór. Zapraszam.

Ostatni dzień roku to dla wielu innych artystów okazja do zaprezentowania się na sylwestrowej imprezie przed telewidzami. A jak ty zamierzasz go spędzić?

- Z Edkiem i półtoralitrową butelką szampana.

W wakacje pojawiła się informacja, że odrzuciłaś propozycję wystąpienia w "The Voice of Poland" ze względu na "inne plany artystyczne tej jesieni". Chodziło tylko o koncerty czy coś innego jeszcze? Czy gdybyś otrzymała ponownie propozycję (prawdopodobnie zwolni się fotel po Edycie Górniak), decyzja byłaby także na "nie", czy coś się zmieniło w tej kwestii?

- Nie przewiduję udziału w "The Voice of Poland " w najbliższej przyszłości.

Zobacz teledyski Marii Peszek na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kocha | Maria Peszek | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje