Reklama

Lanberry: Kill'em with kindness [WYWIAD]

Lanberry była trenerką w najnowszej edycji "The Voice of Poland" /VIPHOTO /East News

2022 rok był dla Lanberry intensywnym rokiem - przygotowywała nową płytę, jednocześnie debiutując w roli trenerki "The Voice of Poland". Chwilę po zakończeniu programu wokalistka opowiedziała nam o swoich odczuciach, płycie "Obecna" i muzycznych inspiracjach.

Oliwia Kopcik, Interia: Emocje po finale "The Voice of Poland" już trochę opadły?

Lanberry: - Oj, nie! (śmiech) I nie wiem, kiedy opadną. Jeszcze długo będą nas wszystkich trzymać. Niezapomniany wieczór, a dzień po finale był koncert z udziałem teamu Lanberry, więc to było jeszcze przedłużenie emocji i kolejny wieczór wrażeń. 

Jak pracowało się z Łukaszem (Łukasz Drapała, finalista "The Voice of Poland" z teamu Lanberry), który jednak wywodzi się z zupełnie innego klimatu?

Reklama

- Właśnie to jest tylko tak pozornie inny klimat. Wiadomo, że Łukasz ma bagaż bardzo konkretnej szuflady muzycznej, bardzo mocno sprecyzowanej, ale te różnice między nami są powierzchowne. Miłość do rocka jak najbardziej nas łączy - a ja dopiero tę miłość pokazuję. Z wielką przyjemnością łączę rocka z popem, bo jestem przekonana, że pop to tak pojemny gatunek, że pomieści też fajnie zrobione gitary. I to też słychać na mojej najnowszej płycie. Bardzo lubię czerpać z różnych dekad, a jeśli chodzi o rocka, to mamy naprawdę cały arsenał.

Lubię takie mieszanki i myślę, że Łukasz ma bardzo otwartą głowę i też chęć otwarcia nowego rozdziału na swojej drodze muzycznej. To jest wspaniałe i właśnie to nas bardzo połączyło.

Do tego mieszania popu z rockiem jeszcze wrócimy, ale żeby zakończyć temat “Voice’a" - chciałabyś zasiąść na fotelu trenera w kolejnej edycji? A może "The Voice Kids"?

- Ten sezon to był jakiś kosmos. Dzięki produkcji, dzięki trenerom, uczestnikom, bandowi, tancerzom poczułam się tam, jak w domu. To jest dla mnie absolutnie praca marzeń. Czułam ogromne wsparcie i to mnie unosiło, motywowało i dawało mi dużo energii. To były takie mega zastrzyki dobrej energii. Tak że... niech to trwa.

"Voice", w międzyczasie nowa płyta, jak udało ci się połączyć tyle tak jednak czasochłonnych zadań? Słyszałam ostatnio takie stwierdzenie: "Rób to, co kochasz, a nigdy nie odpoczniesz".

- (śmiech). Coś w tym jest. Ale jestem bardzo wdzięczna za taki stan rzeczy, że robię w życiu to, co kocham. To zmęczenie, które oczywiście siłą rzeczy w pewnym momencie się uwydatnia, to jest takie bardzo przyjemne i szczęśliwe zmęczenie. To jest błogość na twarzy, a nie styranie.

Na nowym albumie słyszymy trochę cięższych gitar, choćby w "Oknach bez firanek" albo w "Tańcu z ogniem", trochę alternatywy, trochę britpopu...

-   Tak, jest britpop. Nie ukrywamy z moim kierownikiem zespołu - Kubą Krupskim - naszych fascynacji beatlesowych. Kochamy Beatlesów, zwłaszcza George'a Harrisona. Słychać zresztą w jednym utworze taki sznycik harrisonowy. Szkoda, że George'a już nie ma z nami, bo jeszcze by nam nie jedno pokazał, jestem tego pewna.

A z ciekawości - myślałaś kiedyś o tym, żeby spróbować pisać dla kogoś zupełnie nie z klimatu? Nie wiem... Decapitated?

- To zależy tylko od tej drugiej strony, bo ja jestem naprawdę otwarta na wiele opcji. Na niektóre trochę bardziej, na niektóre trochę mniej, ale na nic się nie zamykam. Chyba że nie będzie chemii takiej międzyludzkiej i stwierdzę, że nie ma pola do porozumienia. Wtedy mówię szczerze, jak jest, ale bardzo rzadko zdarzają się takie sytuacje. Życie mnie kieruje w stronę osób, które podobnie czują i myślą, za to też jestem wdzięczna.

Wracamy do twojej płyty. W "Niewygodnie" śpiewasz: "Postawisz mi diagnozę, przecież siedzisz w mojej głowie", o ludziach, którzy komentują twoje decyzje. Masz jakiś sposób na radzenie sobie z takimi komentarzami?

- Mam dwie strategie, ale wiadomo, że każdy musi wybrać swoją, taką, która działa. U mnie działa albo zwyczajnie nieczytanie, albo jeśli już czytanie, to też uzbrojenie się, żeby to aż tak we mnie nie uderzało - jak to się mówi po angielsku - kill'em with kindness. Mój ulubiony komentarz to “Nie znam, kto to jest?". Zawsze wtedy się przedstawiam, mówię: "Cześć, jestem Lanberry, bardzo mi miło". Może w ten sposób zaproszę kogoś do mojego świata.

Są oczywiście też gorsze komentarze. Czasami robię research i wchodzę na profile osób, które wypluwają z siebie takie słowa, i niestety na pierwszy rzut oka widać tam bardzo złe rzeczy. Taka osoba może być bardzo sfrustrowana. W takim przypadku nie ma sensu chodzić w tę grę. Można energię spożytkować na szereg innych rzeczy, które nas bardziej wzbogacą.

Mamy na płycie też utwór akustyczny. Myślałaś kiedyś o wydaniu albumu całkiem akustycznego?

- Zdecydowanie. To jest moje marzenie, żeby zrobić kiedyś taką trasę i taki album. Bardzo lubimy z Kubą robić niestandardowe przeróbki niektórych piosenek, żeby dać im nowe życie. Zwłaszcza te akustyczne wersje mają w sobie coś intymnego, bliskiego, coś, co mi bardzo pasuje.

Tylko znowu akustyczne wersje trochę zmniejszają szansę na trafienie do radia, właśnie przez ten intymny klimat.

- Z radiem to akurat nigdy nie wiadomo, co będzie w danym momencie rezonować ze słuchaczem. Za to akustyczne piosenki naprawdę się sprawdzają na koncertach. To jest taka piękna cisza, która zapada, że wszyscy są ze mną w tym doświadczeniu.

Wspominałaś o miłości do rocka, o Beatlesach, w “Liście" mamy z kolei takie retro, lata 60... Jaka jeszcze muzyka inspiruje Lanberry?

- Oj, tu jest naprawdę bardzo szeroko. Myślę, że mój eklektyzm i czerpanie z przeróżnych zakamarków muzyki wynika z tego, że wyrosłam też w takim domu, gdzie rodzice zarazili mnie muzyką lat 60. i 70., moja siostra to z kolei świat MTV, czyli lata 80. i 90... Ja też bardzo wcześnie zaczęłam poszukiwać swoich fascynacji. Przerobiłam wszystkie popowe diwy, które kocham do dzisiaj, takie jak Whitney Houston czy Celine Dion. Potem Kylie Minogue, Madonna, czyli moja absolutna inspiracja. Ale też bardzo wcześnie zaczęłam słuchać takich zespołów jak Hey i wszystkich naszych pięknych, rockowych kobiet, czyli Kasi Nosowskiej, Edyty Bartosiewicz czy Kasi Kowalskiej... Te wszystkie rzeczy chłonęłam jako mała dziewczynka.

No i kobietą-inspiracją, zarówno muzyczną, jak i życiową, jest dla mnie Alanis Morissette. To jest kobieta tak mądra, że tylko garściami można czerpać. Była też oczywiście faza na boysbandy i girlsbandy. Dzieciństwo odegrało tutaj naprawdę ogromną rolę.

Odchodząc od muzyki - wspominałaś, że lubisz dźwięk migawki i że zaczęłaś się interesować fotografią. Fani mogą czekać na jakieś zaskoczenie od ciebie na innym polu niż muzyka?

- Jak tylko znajdę czas, żeby się temu poświęcić w stu procentach, żeby to nie było takie powierzchowne i po łebkach, to jak najbardziej. Trochę tęsknię za analogowym światem, aczkolwiek nie mam czegoś takiego, że “nie no, kiedyś to było, a teraz to nie jest". Absolutnie nie. Bardziej z sentymentem wspominam, choć ciężko już wrócić do tych analogowych czasów, bo jesteśmy zatopieni w świecie cyfrowym.

Zawsze się śmieję z takiego podejścia, że kiedyś to było. Na przykład przy Jarocinie jest albo, że grają stare kapele i mogłyby już skończyć, albo że kiedyś to był rockowy festiwal, a nie Ralph Kaminski...

- Tak (śmiech). Ale nikt nie bierze pod uwagę kontekstu tych czasów, dlaczego one były takie wyjątkowe i co jeszcze na to wpływało.

To jeszcze na zakończenie moje ulubione filozoficzne pytanie. Gdybyś wiedziała, że słucha cię cały świat, co byś powiedziała?

- Wow, to gruby kaliber. Może: "Żyjcie tu i teraz". Proste, ale bardzo ważne.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Lanberry | wywiad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama