Reklama

Keith Urban: Muzyka jest dla mnie wszystkim

Keith Urban nie może doczekać się powrotu na scenę /Dia Dipasupil /Getty Images

"The Speed of Now Part 1" to najnowszy album Keitha Urbana, gwiazdora country, a prywatnie męża Nicole Kidman. Muzyk w rozmowie z Mateuszem Opyrchałem z RMF FM opowiedział o płycie, życiu podczas lockdownu i swojej największej miłości.

Mateusz Opyrchał, RMF FM: Pomyślałem, że naszą rozmowę zacznę od jednego zdania - Album "The Speed of Now Part 1" jest jedną z niewielu fajnych rzeczy, jaka przydarzyła się w roku 2020!

Reklama

Keith Urban: - Wow, dziękuję bardzo! To strasznie miłe słyszeć takie słowa i jestem ogromnie wdzięczny, że odbiór tego albumu jest tak pozytywny.

To jedna z tych płyt, którą puszczasz w drodze do pracy i twój dzień jest od razu lepszy.

- Bardzo, bardzo dziękuję! Dokładnie o to mi chodziło nagrywając tę płytę - jest mi bardzo miło, że mogłem pomóc! (śmiech) Zależało mi na tym, żeby ludzie poczuli, że żyją, nie tracąc nadziei w tym trudnym dla wszystkich czasie.

Wydajesz dziesiątą płytę, jesteś międzynarodową gwiazdą, jednym z najbardziej liczących się artystów country na świecie. Kiedy to wszystko się zaczęło?

- Dorastałem w Australii. Zacząłem grać na gitarze w wieku sześciu lat kiedy ojciec kupił mi pierwszy instrument. Mając lat piętnaście przerwałem naukę w szkole. Wtedy dla mnie liczyła się tylko muzyka. Miałem kilka zespołów, z którymi potrafiłem grać pięć nocy w tygodniu po 4 godziny bez przerwy. W wieku dwudziestu trzech lat wyjechałem do Stanów. Moim marzeniem było zrobienie kariery w Nashville.

I ta kariera trwa do dziś, a ty wydajesz się być szalenie zakochany w muzyce...

- Bo jest dla mnie wszystkim. Jest życiem, jest oddychaniem i wszystkim dookoła. Mam wrażenie, że to moja religia, bez której nie mógłbym żyć. Ktoś kiedyś zadał mi takie pytanie - " Kiedy zorientowałeś się, że chcesz do końca życia tworzyć muzykę?".  To trochę tak, jak z raczkującym dzieckiem, które wreszcie zaczyna chodzić. Nikt wtedy nie pyta "kiedy zorientowało się, że będzie chodzić", tylko po prostu to robi. Ja tak miałem z muzyką - nigdy nie myślałem o graniu, po prostu zacząłem grać.

To nie jest tak, że zawsze była tylko muzyka country. Podobno grałeś kiedyś w heavy metalowej kapeli!

- Tak jest! Miałem kiedyś zespół o nazwie Fractured Mirror. Graliśmy covery Scorpionsów, Whitesnake, Judas Priest... Generalnie ciężkie granie!

Trochę daleko od country...

- Tak! (śmiech) Kochałem grać w tym zespole, jednocześnie słuchając w domu płyt mojego taty z muzyką country. Cały czas próbowałem to jakoś ze sobą połączyć. Moja przygoda z muzyką przebiegała przez wiele gatunków... Rock, pop, blues, country, soul... Sporo tego było. W moim domu rodzinnym zawsze była muzyka - mój tato grał na perkusji, dziadek na fortepianie.

Nie musiałeś szukać zespołu - wystarczyło założyć go z domowników. Mieliście garaż na próby?

- Właśnie nie... Co więcej, nie słyszałem mojego taty grającego na bębnach mniej więcej do dwunastych urodzin. Grał w młodości, potem ożenił się z moją mamą, założył rodzinę i przestał. Jego bębny zawsze były w domu, potem wrócił do gry na chwilę ale szybko przejąłem jego zestaw i sam zacząłem grać. Pamiętam jak przychodziłem do domu po szkole, siadałem za bębnami taty, które stały w garażu, zakładałem słuchawki i zaczynałem grać. Potrafiłem grać godzinami. Bardzo to kochałem!

I tak zaczęła się przygoda, która przez lata dała ci możliwość współpracy z wieloma artystami, żeby w końcu trafić na Pink. Pierwszy raz spotkaliście się przy pracy właśnie nad singlem "One Too Many". Wygląda na to, że sprawiło wam to sporo frajdy...

- Zawsze podziwiałem Pink. Pamiętam, że od początku chciałem z nią zaśpiewać. Wysłałem jej ten numer, odpowiedziała na mojego maila praktycznie od razu, potem oddzwoniła mówiąc, że jest zachwycona i chce byśmy razem zaśpiewali. To był marzec i chwilę później zaczęła się pandemia. Nie miałem z nią kontaktu przez kilka miesięcy... Już nawet pogodziłem się z tym, że nic z tego nie będzie. I jakoś w lipcu zdecydowała się wejść do studia w Kalifornii, nagrała wokal do "One Too Many" i wysłała do mnie. Odsłuchałem nagranie w moim domowym studiu i zaniemówiłem. To było coś niesamowitego. Nie wyobrażam sobie nikogo bardziej idealnego do tego utworu. Zaśpiewała to jeszcze lepiej niż na demie... Nieprawdopodobna artystka...

"One Too Many" mówi o rozstaniu, tęsknocie, siedzeniu w barze i zapijaniu smutków... trochę pasuje do roku 2020.

- Jak najbardziej! (śmiech) Tak naprawdę każdy może utożsamić się z tym utworem... Ja mogę się w nim odnaleźć i jestem pewien, że wielu ludzi na świecie także.

Chociaż, wydanie wszystkich pieniędzy pijąc w samotności to nie jest dobry pomysł, zwłaszcza w trakcie kryzysu. (śmiech)

-Nie... (śmiech) Ale jestem przekonany, że wielu z nas zdarzyło się to robić, mnie również.

W trakcie lockdownu robiliśmy i robimy też wiele ciekawych rzeczy. Co tobie dał ten czas z samym sobą, w domu? Przygotowania do trasy, nagrywanie nowych rzeczy...

- Tak... Jestem gotowy, żeby wskoczyć na scenę. Tak naprawdę byłem na to gotowy już kilka miesięcy temu. Przyznam, że łamie mi się serce, kiedy wydaję album i nie mogę go zagrać dla ludzi, na scenie... Chciałbym odwiedzić miejsca, gdzie jeszcze nie miałem okazji grać koncertu. Takim krajem jest Polska - bardzo chciałbym do was przyjechać! Z jednej strony jestem wdzięczny i szczęśliwy z powodu premiery nowego albumu ale jednocześnie frustruje mnie fakt, że nie mogę ruszyć w trasę.

Czyli potrafisz sobie samemu jakoś wytłumaczyć fakt, że ta izolacja potrwa pewnie jeszcze kilka miesięcy i w sumie nie mamy na to wpływu...

- Ten czas nauczył mnie bycia tu i teraz, nie zapominając jednocześnie, żeby cały czas coś robić i być kreatywnym. W czasie kiedy wszystko wokół jest ograniczone, tak naprawdę nic nie jest takie jak było kiedyś, nie możemy zapominać, żeby robić to co kochamy.

Dobry czas by popracować nad samym sobą ale też odbudować relacje z najbliższymi...

- Dokładnie... Jesteśmy bardzo wdzięczni z moją rodziną za to, że w tym czasie możemy być razem. Nie wszyscy mogą. Dlatego wziąłem udział w akcji, która miała na celu wsparcie pracowników służby zdrowia i akcji One World "Global Citizen". Obydwoje z żoną próbujemy pomóc na ile jest to możliwe.

A udało ci się zrobić coś tylko dla siebie? Może jesteś już mistrzem w gotowaniu...

- O nie! (śmiech) Ale cieszę się z jednej rzeczy - udało mi się wreszcie zmienić struny w gitarze elektrycznej, na cieńsze. Zawsze chciałem to zrobić i poćwiczyć grę na cieńszych niż zwykle i wreszcie miałem na to czas.

Czyli najbardziej cieszą małe rzeczy...

Tak jest... I gra na gitarze! (śmiech)

To co, oprócz gry na gitarze i pomagania innym robi w życiu Keith Urban? Co, tak jak muzyka, sprawia ci przyjemność?

- Dobre pytanie... Uwielbiam jeździć samochodem. Mam ich sporo i uwielbiam prowadzić każdy z nich. Mój ojciec zaraził mnie pasją do samochodów i tak już zostało. Muzyka i samochody. Szczerze mówiąc ten rok minął mi na kończeniu albumu i jego promocji. Czas, którego nie spędzałem z rodziną, przeznaczałem na pracę w studiu.

Mam nadzieję, że już niebawem zobaczymy się na koncercie...

- Jestem bardzo wdzięczny za odbiór mojej muzyki, nowego albumu i singla "One Too Many" z Pink. Też mam ogromną nadzieję, że niedługo zobaczymy się na koncercie w Polsce!

RMF FM

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Keith Urban

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje