Reklama

Kasia Lins: Rozumiem siebie coraz bardziej, częściej potrafię powiedzieć "nie"

Czesław Mozil i Kasia Lins podczas koncertu "Czego dusza pragnie" /materiały prasowe

- Wizja jednoczenia niezależnych od siebie dziedzin sztuki zawsze mnie jakoś szczególnie podniecała - mówi Kasia Lins, autorka świetnie przyjętej płyty "Moja wina". Miesiąc po premierze ukazał się jej wyjątkowy koncert "Czego dusza pragnie", który oglądać można jeszcze tylko do 20 lipca.

Reklama

"Czego dusza pragnie [live show]" to zagrany na żywo w teatrze, w poszerzonym składzie i z udziałem gości, wzbogacony o wątki fabularne koncert-spektakl promujący piosenki z płyty "Moja wina". Z Kasią Lins rozmawiam w powyborczy poniedziałek.

Justyna Grochal, Interia: "Uwielbiam, kiedy ktoś proponuje mi pełne doświadczenie" - powiedziałaś w jednym z wywiadów. Ty nam właśnie dałaś taki wyjątkowy, muzyczny spektakl, performens teatralno-filmowy "Czego dusza pragnie", który stworzyłaś razem z Karolem Łakomcem i Maciejem Bierutem. Od zawsze marzyłaś o takim przedsięwzięciu z wykorzystaniem wielu sztuk?

Reklama

Kasia Lins: - Tak, wizja jednoczenia niezależnych od siebie dziedzin sztuki zawsze mnie jakoś szczególnie podniecała. Zwłaszcza muzyki z kontekstem filmowym, co wykorzystywałam już wcześniej w krótkich formach teledyskowych. Tutaj chciałam się posunąć o krok dalej, wpleść wątki fabularne, wykorzystać dialog, zbudować dłuższą opowieść, w której punktem wyjścia jest scena, a konkretniej koncert grany na żywo.

Cały koncept zrodził się z chęci zagrania koncertu premierowego, który nie mógł odbyć się w klasycznej formule. Zaczęliśmy się wtedy zastanawiać nad nowym kształtem, który nie osłabi wrażeń koncertowych. Dziś też ciężko mi o definicję tego, co powstało. To pewnie coś na granicy filmu muzycznego i koncertu, ale dla mnie szczególnie istotne w tym przedsięwzięciu jest to, że gramy na żywo, a charakter teledysku jest tylko formą wyjściową. Najbardziej cieszę się, że wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Myślę, że to koncert bez precedensu.

Mówisz o wątku filmowym, ale w twojej twórczości ostatnio mocno zaznacza się też wątek teatralny. Koncert został zarejestrowany w Teatrze Capitol. W krakowskim Teatrze Słowackiego nagrałaś teledysk do "Rób tak dalej". Co cię pociąga w teatrze?

- Tak, znaczna większość materiału powstała w Teatrze Capitol. Od początku szukaliśmy miejsca ściśle teatralnego. To jest ten charakter, który chyba najbardziej treściwie oddaje moje piosenki i nastrój płyty. Podobnie było przy teledysku "Rób tak dalej". Tam też "ciężar" wnętrz przytłaczał, czuć było duchotę, brzemię. Wybraliśmy scenę teatralną ze względów nastrojowych, wizualnych, świetlnych. Nie chcieliśmy, żeby koncert wyglądał estradowo, a teatr mógł nam zapewnić tajemniczy look, bardziej dziwny, odrealniony. Taka przestrzeń "wrzuca" z automatu w jakieś misterium.

Koncert został bardzo dobrze przyjęty. Czy jednak trafiły do ciebie jakieś słowa krytyki, że może przesadziłaś, sięgając po symbolikę sacrum? Że to może w jakiś sposób obrazoburcze? Taka tematyka czasem potrafi wywołać spore emocje.

- Pojawiały się jakieś bardzo jednostkowe głosy przy wydaniu albumu, ale 99% osób zupełnie nie odczytało tego w ten sposób. Zresztą ja niczego nie opiniuję, nie uprawiam ataków, nie naskakuje. To są bardzo otwarte komentarze, subiektywne obserwacje, często czysto wizualne dokazywania. Wydaje mi się, że temat sacrum jest tak silnie zakorzeniony w popkulturze, tyle wariacji na temat obrządków czy Biblii przetoczyło się przez mainstream, że ciężko mówić tu o jakichś obrazoburczych aktywnościach z mojej strony. Cieszę się, że mam "kumatych" i otwartych słuchaczy, bo moje intencje zostały dobrze odczytane.

Gdy zobaczyłam zapowiedzi, w których padała informacja, że w twoim koncercie udział wzięli m.in. Król i Czesław Mozil, myślałam, że z tobą zaśpiewali. Ty jednak obsadziłaś ich w rolach li tylko aktorskich. Celowo?

- Tak, bo w tym całym wydarzeniu nic nie dzieje się po bożemu (śmiech). Wszystko pokazujemy w krzywym zwierciadle, wyolbrzymiamy albo zamieniamy miejsca. Chciałam, żeby weszli w nowe role. W takie, w których wcześniej być może nie mieli okazji się sprawdzić. Na mojej ostatniej płycie nie pojawiają się goście, a że zapragnęłam wprowadzić do tego premierowego koncertu element filmowy, toteż role aktorskie przypadły Czesławowi Mozilowi, Królowi czy Ani Gacek. Jedynie dla Oli Domańskiej zadanie było naturalne. Cieszę się, że wszyscy zgodzili się wziąć udział w czymś, o czym nawet mi niełatwo było opowiedzieć, kiedy przedstawiałam im pomysł.

Koncert dostępny jest czasowo, do 20 lipca. Jest szansa, że ukaże się fizycznie, na przykład jako album DVD?

- Wcześniej nie myślałam o tym, by ukazał się fizycznie, ale wiele takich głosów dotarło do mnie od osób, które już go obejrzały. Zależało nam, żeby dać coś słuchaczom w momencie, kiedy tych koncertów nie ma jeszcze wiele. Zaproponować im coś, co będzie wzbogaconym substytutem grania na żywo. Dlatego właśnie ten krótki czas. A co dalej się z nim wydarzy, tego jeszcze nie wiem.

Twoja perkusistka, Wiktoria Jakubowska powiedziała mi, że w pracy wiesz, czego chcesz, jesteś wymagająca, ale "nie ma sytuacji, kiedy ktoś coś proponuje, a pomysł jest z góry ucinany, 'bo nie'". Też tak siebie postrzegasz?

- Tak, chyba czuję podobnie do tego, co powiedziała Wiki. Mój pomysł jest bardzo skonkretyzowany, wiem jak chcę, żeby to brzmiało i wyglądało. Mam na to pomysł całościowy, ale nie po to pracuję z takimi świetnymi muzykami, żeby od nich nie czerpać. Jestem otwarta na ich propozycje, lubię kiedy dziewczyny czynnie uczestniczą, bo to znaczy, że jest jakaś energia, życie w tym zespole.

Oczywiście ja i Karol Łakomiec, z którym współtworzę płyty, musimy te pomysły jakoś przefiltrować, zastanowić się, który jest dobry, a co inaczej ugryźć. Ale ja lubię te aktywności dziewczyn. One są bardzo muzykalne i świetne w tym, co robią. Byłoby dziwne, gdybym nie czerpała z ich wiedzy, wrażliwości i talentu.

No właśnie - dziewczyny. W twoim zespole jest tylko jeden facet. Nawet w poszerzonym składzie na potrzeby koncertu ta proporcja wypada mocno na korzyść kobiet.

- To absolutny przypadek, że to są akurat dziewczyny. Zupełnie nie kategoryzuję w ten sposób. Istotny jest człowiek jako muzyk i wyłącznie w takich kategoriach oceniam, czy chcę z kimś pracować, czy nie. Nie licząc względów osobowościowych. Wiem, że nietypowe jest, że większość mojego zespołu to jednak energia kobieca. Wiki Jakubowska, Aga Bigaj i Zuzia Kłosińska mają w sobie jakąś delikatność i wrażliwość, która transmituje na moich falach, dlatego pracujemy ze sobą już tyle lat. Podoba mi się ich muzyczny vibe, intuicja i gust. Tylko i wyłącznie na tym bazuję.

A jak wyglądają twoje doświadczenia jako kobiety w branży muzycznej? Spotkałaś się kiedykolwiek z dyskryminacją na tym tle?

- Nigdy nie spotkałam się z dyskryminacją, a jestem w szkołach muzycznych od siódmego roku życia. Tak się może faktycznie składało, że dziewczyny nie miały odwagi czy chęci, żeby próbować swoich sił jako instrumentalistki improwizujące. Tworząc jazz czy rozrywkę, zazwyczaj wybierały wokal. U mnie na Wydziale Wokalistyki Jazzowej w Gdańsku były głównie dziewczyny, a na kierunkach instrumentalnych odwrotnie.

Nie wiem, z czego to wynika. Być może z braku odwagi, a może tak się po prostu przyjęło, że większość mężczyzn sprawdza się lepiej w dziedzinie instrumentalnej. Wydaje mi się, że to szerszy temat z dziedziny psychologii, ale myślę, że wpływ na ten podział mogą mieć nawet kwestie kulturowe czy emocjonalne. Mnie ta dyskryminacja nie spotkała, a gram na fortepianie, gram rozrywkę, co też jest jednak wciąż nietypowe. Wydaje mi się, że obecnie kobiety coraz odważniej podchodzą do tej materii.

Wiesz, czego chcesz, a jednocześnie w Q&A na Instagramie, w odpowiedzi na jedno z pytań, zażartowałaś, że gdybyś miała myśleć o tym, co zmienić na płycie, to musiałabyś nagrywać od zera.

- Tak, to jest taka choroba perfekcjonisty - zawsze jest coś do doprecyzowania. Chyba do dzisiaj nie mogę posłuchać tej płyty w spokoju, nie szukając rzeczy, które bym tam jeszcze dopieściła. Ale to są raczej jakieś kwestie związane z czysto technicznymi zabiegami, niekiedy brzmieniowymi. Ale nie z takimi fundamentalnymi, typu nastrój płyty czy warstwa tekstowa. Generalnie z piosenek jako kompozycji jestem zadowolona i wiem, że znalazłam kierunek, w którym chcę zmierzać. Ja mam chyba chorobę natręctw, jeżeli chodzi o dopracowywanie płyty. Zawsze znajdzie się coś, do czego się można doczepić.

Do muzyki innych też się tak przyczepiasz? Analizujesz, zamiast oddawać się przyjemności słuchania?

- To jest nieuniknione. Na tym etapie niestety nie jestem w stanie po prostu posłuchać muzyki. Tyle lat spędzonych na nauce tego, jak się to wszystko konstruuje, co z czego wynika, jak powstaje. To jest tak głęboko we mnie, że nie jestem w stanie wyzbyć się tej podświadomej analizy, słuchając piosenek. Myślę, że to dotyczy każdego fachowca. Jeżeli się na czymś znamy, nie jesteśmy w stanie z dystansu spojrzeć na temat z zakresu tej dziedziny. Wątpię, że twórcy filmów są w stanie obejrzeć film i dać się ponieść, nie analizując go formalnie, technicznie. Nawet jeśli oglądany film bardzo im się podoba i czerpią z tego przyjemność. Tak działa ten mechanizm.

Urodziłaś się 1 czerwca, czyli w Dzień Dziecka. Na płycie dotykasz tematów przemijania, dojrzewania, śpiewasz, że "młodość ci ciąży". Czy mimo wszystko starasz się jakoś pielęgnować w sobie dziecko, o którym się mówi, że warto je w sobie zachować?

- Ja do końca nie wiem, co znaczy to pielęgnowanie dziecka w sobie. Zapewne chodzi o jakąś beztroskę, może naiwność...

Ciekawość świata?

- Ciekawość świata w sobie mam i ona nie jest zależna od wieku. To jest akurat coś, co trzyma mnie przy życiu, więc nawet nie wiem, czy muszę się jakoś specjalnie w to dbanie angażować. A jeśli coś pielęgnuję wewnętrznie, to chyba jakąś duchowość - poprzez zagłębianie się w film, muzykę, literaturę - sztukę w ogóle. Ta ciekawość to jest coś, co mnie napędza i daje energię do funkcjonowania na płaszczyźnie prywatnej i zawodowej.

Z wiekiem lubisz siebie coraz bardziej?

- Chyba rozumiem siebie coraz bardziej. Coraz bardziej jestem świadoma siebie i tego, czego potrzebuję, co lubię, czego nie. Jaka jestem, nad czym powinnam pracować. Potrafię być bardziej asertywna. I to mi się chyba najbardziej w tej mojej dojrzałości podoba - częściej potrafię powiedzieć "nie".

A gdybyś spotkała 20-letnią Kasię, to jaką radę byś jej dała na życie? Przed czym przestrzegła?

- O konsekwencji w działaniu bym jej powiedziała, bo to jest coś, co w moim życiu artystycznym cenię sobie najwyżej. Konsekwencja, niezależność, dbanie o swoje indywiduum i niechodzenie na oślep. To mi daje wygodę, to jest mój luksus.

Podkreślasz, że nie zależy ci na podczepianiu się pod panujące trendy i schlebianiu gustom. W komentarzach pod twoimi teledyskami czy w mediach społecznościowych często widzę opinie ludzi, którzy piszą, że zasługujesz na więcej, na większy rozgłos i docenienie.

- To jest oczywiście miłe, tylko że to są też moje świadome wybory. Wiem, co należy zrobić, żeby więcej osób zwróciło uwagę na moją muzykę. Często świadomie idę w przeciwnym kierunku, bo wybieram to, co podoba się mnie, a nie większości. To jest mój luksus i coś, co daje mi komfort psychiczny. Dzięki temu mogę w ogóle egzystować w tym świecie. Gonienie za czymś i schlebianie komuś to nie są moje zadania do spełnienia.

Powiedziałaś kiedyś, że "masz problem z popieraniem konkretnych partii czy akcji społecznych, bo ideologie pozbawione wątpliwości i dłuższego, samodzielnego pomyślunku cię niepokoją". Twoim zdaniem możliwe jest w napiętej obecnie sytuacji nie zabierać głosu w sprawach dotyczących kraju?

- Mówiąc o tym, miałam na myśli akcje społeczne, ruchy, których rodzi się codziennie tyle, że nie nadążam się orientować, a co dopiero analizować, sprawdzać, czytać o tym. Włączają się w nie przeróżni celebryci i artyści, ale tych inicjatyw jest naprawdę tyle, że człowiek musiałby zarzucić swoje zajęcia zawodowe na rzecz zgłębiania tematów społecznych i zająć się wyłącznie studiowaniem tych treści. Zanim zdecydowałabym się na jakieś krzyki poparcia, musiałabym posiąść gruntowną, nie powierzchowną wiedzę na podejmowany temat.

- Ale jednocześnie nie stronię od komentowania rzeczywistości, nawet tej politycznej. Nie uprawiam publicystyki, ale jeżeli czuję, że mój głos jest potrzebny i chcę go udzielić, to to robię. Tak też stało się wczoraj - moja frustracja skumulowała się na tyle, że postanowiłam bardzo konkretnie i wyraźnie opowiedzieć się przeciwko tendencjom autorytarnym.

- Przy pierwszej turze wyborów, przez to, że mieliśmy większy wybór kandydatów, nie zamierzałam nikomu niczego narzucać. Wydaje mi się, że mówienie o humanizmie jest czymś bardzo naturalnym, niezależnym od wyborów politycznych. Chciałabym, byśmy umieli oceniać ludzi przez pryzmat ich całościowego postępowania, poprzez ich humanizm, a nie wyłącznie poprzez poglądy, dajmy na to gospodarcze. No ale sytuacja stała się tak napięta, że opowiedziałam się wyraźnie. Potrzebowałam tego. Jesteśmy w sytuacji, kiedy nie wybieramy lepszej czy gorszej partii, tylko wypowiadamy się przeciw lub za nagonką, szerzeniem strachu, rozdziałem, ksenofobią, a to wszystko prowokowane resentymentem ludzi, którzy chcą się odegrać za dawne krzywdy.

Nieznacznie, ale jednak wygrał nie twój kandydat. Jakie emocje włączają się w tobie, kiedy myślisz o najbliższych latach w Polsce?

- Dzisiaj czuję tylko i wyłącznie gorycz, ale też pewnie jakiś pierwiastek trwogi w związku z tym. Tak, dziś to fuzja lęku i smutku.

Koncert "Czego dusza pragnie" zobaczyć można pod tym adresem!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kasia Lins | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje