Reklama

Gutek w końcu na swoim. Płyta "Stan rzeczy" [WYWIAD]

Gutek wypuścił swój solowy debiut /Jarosław Stec - profifoto.pl /materiały prasowe

Słuchając debiutanckiej płyty Gutka aż żal się robi, że przez tyle czasu występował on przeważnie gościnnie u innych. Tymczasem, gdy Piotr Gutkowski wziął wreszcie sprawy w swoje ręce, okazało się, że ma on całkiem spory talent do wyszukiwania melodii.

Wokalista zawieszonej obecnie grupy Indios Bravos, mający na koncie współpracę z m.in. Pidżamą Porno, Kalibrem 44, Paktofoniką ("Ja to ja"), Abradabem ("Rapowe ziarno"), L.U.C., Marią Sadowską, Kamilem Bednarkiem, Robertem Brylewskim, Farben Lehre, happysad, Tribute to Alibabki, od dłuższego czasu pracował nad debiutanckim albumem pod szyldem Gutek.

Reklama

Sprawdź tekst utworu "Lubię to" w serwisie Teksciory.pl

16 kwietnia nakładem Mystic Production do sprzedaży trafiła płyta "Stan rzeczy".

Adam Drygalski, Interia: Jak się czujesz w przededniu premiery swojego albumu? Bo ja będąc już po odsłuchu czuję się świetnie. To jest naprawdę dawka pozytywnej energii w samym środku kolejnego lockdownu.

Gutek: - Sama muzyka powstawała jeszcze przed wybuchem pandemii. Część utworów została nagrana zanim zaczął się lockdown. Ale oczywiście, płyta ma pozytywny przekaz, więc jeśli dodaje nadziei, to bardzo się cieszę.

Sprawdź piosenkę "Król złoty" w serwisie Teksciory.pl

Album powstawał przez trzy lata. Zaczęło się od dyktafonu, gitary akustycznej i... braku pandemii.

- W końcu miałem czas, aby zmierzyć się z taką materią, bo wcześniej byłem zaabsorbowany działalnością w Indios Bravos. Nie było czasu, aby myśleć o takich projektach, bo moją aktywność wyznaczały trasy koncertowe. Trzy w roku. Dwie klubowe i jedna plenerowa. I tak życie wyglądało przez kilkanaście lat aż do czasu zawieszenia działalności przez zespół. Musiałem się wtedy zastanowić, co chcę dalej robić w życiu i jaką drogę obrać. Wymyśliłem, że zrobię tyle ile potrafię a czego nie potrafię - tego się nauczę. Wziąłem więc do ręki gitarę i tak to się zaczęło.

Daleko mi oczywiście do tego, aby nazwać się gitarzystą, ale jako kompozytorowi, ten instrument w zupełności mi wystarcza. W każdym razie na dyktafon trafiło wiele pomysłów, ale od pomysłu do kompletnego utworu jest daleka droga. Trzeba było przede wszystkim znaleźć ludzi, aby tę płytę nagrać.

No właśnie! Zaprosić ludzi do zagrania na twojej płycie, bo zawsze to ty byłeś zapraszany.

- Chciałem wreszcie odpowiedzieć na pytanie, jaką zrobiłbym płytę, gdyby wszystko zależało ode mnie. No i wreszcie nadszedł czas, aby zmierzyć się z nową materią. Wziąć więcej odpowiedzialności na siebie. Napisać muzykę i słowa. Firmować coś swoim nazwiskiem bez poczucia, że ktoś zrobiłby to za mnie lepiej.

"Wszędzie jesteś tylko gościem" - śpiewało kiedyś De Mono. Miałeś już dość tej roli na cudzych płytach?

- Tak! Miałem dość a teraz w dodatku wszyscy się na mnie obrażają jak słyszą, że dziękuje im za propozycje featuringu. Prawda jest taka, że mam teraz w głowie coś innego i na takie gościnne występy to nie jest dobry czas. To świadoma decyzja, bo nie chcę być kojarzony jako "głos refrenowy". Zamiast "also starring" niech w końcu będzie - "starring: Piotr Gutkowski".

Wrzucono cię też do szufladki z napisem "hip hop", choć byłeś tam w sumie najmniej hiphopowym elementem. To jak to jest z tym hip hopem? Słuchasz na co dzień w domu, czy nie?

- Słucham hip hopu, ale nie na tyle często, żeby to był jakiś dominujący gatunek w moim życiu. Częściej wracam do tych płyt z przełomu tysiącleci. Nie jestem do końca na bieżąco z tym co się teraz dzieje w rapie. Podoba mi się szkoła, która była najmocniej zainspirowana amerykańską klasyką, czyli mam tu na myśli chociażby Kalibra, Wzgórze Ya - Pa 3, Molestę czy Warszafski Deszcz. W każdym razie to nie jest jedyny nurt muzyczny, który mnie pociąga. Staram się zewsząd szukać inspiracji.

No właśnie. Bo chciałem żebyś określił w jakim gatunku nagrany jest "Stan rzeczy". Pomysłów na nim jest sporo, co czyni ten album bardzo eklektycznym. Po "Królu Złotym", czyli czystym reggae, następuje zawieszony gdzieś w klimatach Alice In Chains utwór tytułowy.

- Nie potrafię tego zamknąć w jednym gatunku, bo... tam jest kilka gatunków. Wspólnym mianownikiem są melodie utworów. Nie są to jakieś trudne i złożone utwory. To piosenki zawierające zwrotki i refreny, czasem solówki i mosty. Właśnie taką płytę miałem ochotę nagrać. Płytę z piosenkami. Jeśli wziąłbyś do ręki gitarę i usiadł z nią przy ognisku to byś je zagrał. Taka jest tu definicja piosenki. A stylistyki poszczególnych utworów wyłoniły się już na koncertach, które mieliśmy sposobność zagrać zanim zaczęła się pandemia.

Zapamiętałeś z niej jakieś szczególne momenty?

- Pamiętam jak zostaliśmy zaproszeni przez Wojtka Wojdę na trasę "Punky Reggae Live" i trochę się baliśmy, że zostaniemy zjedzeni przez fanów Farben Lehre, ale okazało się, że nasza muzyka została wtedy bardzo dobrze przyjęta.

Część muzyki była ogrywana na trasach a część wręcz powstała podczas nich. Może to jest przyczyna tej całej eklektyczności?

- To że muzyka powstawała tak długo przyczyniło się do tego, że jest po prostu lepsza. Grając koncerty zdobywaliśmy nowe doświadczenia. Trochę jak przy zbieraniu punktów w grze komputerowej, aby zbudować mocną postać. I wyposażeni w tę wiedzę weszliśmy do studia. Cieszę się, że mamy dojrzały album, którym będziemy komunikować się z publicznością, bo nie wierzę w szybki powrót do koncertowania.

"Nie chcę narzekać, to jałowy stan" śpiewasz w utworze "Dobrze wiem, co czujesz". To może poszukamy jednak jakichś pozytywów w tym trudnym czasie, bo wszyscy dookoła - zresztą co jest zrozumiałe - narzekają. Artyści stali się na przykład bardziej kreatywni.

- W momentach, w których jest trudniej jest jednocześnie łatwiej o inspirację. Tak już jest po prostu w życiu, że kiedy się z czymś zmagamy to jest to jednocześnie pomocne w procesie twórczym. Teoretycznie więc powinien być to czas bardzo wydajny i twórczy dla artystów i wydaje mi się, że tak jest patrząc na wysyp wydawnictw.

Na razie jednak nikt z nich nie zagra normalnego koncertu. Pozostają zamienniki, choć koncerty online okazały się jednak niewypałem.

- Nie widziałem ani jednego i nie chcę w czymś takim brać udziału, choć oczywiście nikomu nie zabraniam. Nie jest to bliska mi forma komunikacji. Nie potrafię stroić min do kamery udając, że gram koncert. Tego na pewno nie będę robił.

A koncerty z ograniczoną liczbą fanów?

- To już prędzej. Co więcej kilka takich nawet udało się nam zagrać. W reżimie sanitarnym, gdzie połowa miejsc mogła być zajętych. Fajnie że mogliśmy chociaż tak wystąpić na scenie, choć były to imprezy raczej z gatunku tych smutnych.

To co konkretnie będziesz robił po premierze płyty?

- Udzielę jeszcze kilku wywiadów. To akurat jest wygodne, bo wszystko dzieje się zdalnie. Nie trzeba nigdzie jeździć i to jest plusem w tej niekorzystnej z każdej strony sytuacji. A teraz siedzimy sobie na kanapie, ja u siebie, ty u siebie i wszystko jest jakby łatwiejsze. Poza tym nadarzyła się okazja, aby dotrzeć do ludzi, którzy mnie nie znali. Którzy nie byli na moich koncertach, nie słuchali mojej muzyki.

Spotkania z dziennikarzami jednak szybko miną i będzie można wziąć się za nowy album. Słyszałem, że jest taki pomysł. Tyle że tym razem muzyka nie powstanie z wiadomych względów na trasie.

- Więc będziemy spotykać się na próbach i tam szukać nowych rozwiązań. Wczoraj na przykład dwa nowe pomysły udało się zarejestrować i oba bardzo nam się spodobały. Chcę się otworzyć na to, aby nie wszystkie kompozycje były mojego autorstwa, tylko żeby koledzy z zespołu też mogli się wykazać. Myślę, że to będzie taka zasadnicza zmiana. Że to już nie musi być w stu procentach moja płyta, tylko że będzie to płyta projektu "Gutek". Nie chciałem kombinować i wymyślać nie wiadomo jakiej nazwy dla zespołu. Występujemy jako Gutek, ale za tym szyldem stoi nie jedna a kilka osób.

A czego oprócz koncertów najbardziej brakuje ci w pandemii? Bo jak rozmawiałem z Gregorem Mackintoshem z Paradise Lost to powiedział, że kilku piw w barze.

- To jakby czytał w moich myślach! Rzeczywiście bardzo mi brakuje mojego ulubionego pubu. Takiego z dobrym kraftowym piwem, ale przede wszystkim z moimi dobrymi kumplami. I była tam jeszcze muzyka z winyli! Naprawdę cudowne miejsce. Jeśli wróci tylko do życia, nawet jako ogródek piwny to na pewno się tam wybiorę.

No dobra, to na koniec, bo trapi mnie to od dawna. Czy wy muzycy macie propozycje, aby zagrać - nie wiem jak to nazwać - tajne koncerty? Dzwoni telefon i słyszysz: "Wpadnij do nas i daj koncert, o którym nikt się nie dowie"?

- Tak. Miewam takie propozycje. Ale zawsze odmawiam. Grzecznie tłumaczę, że spotkamy się razem w lepszych okolicznościach, kiedy wszystko będzie bezpieczne. Tu już nie chodzi nawet o ryzykowanie dobrym imieniem, ale o narażanie ludzi na konsekwencje takich wyjść. I prawnych i przede wszystkim zdrowotnych. Ale mam dobrą wiadomość. Przeczekamy to. Jestem tego pewien.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gutek | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama