Reklama

Barto Katt: Hip-hop nie odwzajemnia mojej miłości [WYWIAD]

Barto Katt przygotowuje nowy album /Marta Ormicka /materiały prasowe

Pretekstem do tego wywiadu jest zbliżająca się premiera krążka "Hvncwoty", który Barto stworzył wraz z Soulpetem. Rozmawiamy więc o tym, co na nim znajdziemy i o zmianach, jakie zaszły w życiu młodego rapera.

Marcin Misztalski: W singlu "Motywator finansowy" powiedziałeś: "Ciężko wejść na salony, ale ciężej wyjść z bloku". W którym momencie zorientowałeś się, że beztroskie życie w getcie może i bywa przyjemne, ale zazwyczaj nie prowadzi do niczego dobrego? 

Barto Katt: - Jestem pewien, że był to moment, kiedy w końcu postanowiłem odciąć się od złego towarzystwa. Mam na myśli toksycznych ludzi, którzy mieli na mnie zły wpływ. Dla mnie życie dziecka, które kminiło hajs na dragi i alkohol i sobie beztrosko egzystowało na osiedlach, jest w pewnym stopniu trampoliną. Może i brzmi to dziwnie i są jednostki, które wychodzą poza schemat, ale jak na ironię - takie nie do końca dobre życie prowadzi w końcu do dobrego.

Reklama

To znaczy?

- Przesiąkasz tak rutyną, że czujesz w każdej części ciała, że ciągle stoisz w tym samym jebanym miejscu. Dni mijają i masz tego, kurwa, po prostu już dość. Wiesz, tych samych mord, miejsc, kłótni z rodziną, seksu bez miłości i pasji, która nie smakuje już tak, jak dawniej. To jest jak z marzeniami. Co z tego, że je masz - ma je większość ludzi - skoro nie wpadniesz na to, że mimo kłód, jakie życie rzuca pod nogi, trzeba je realizować. Choćby nie wiem, co się działo!

Chcesz powiedzieć, że w pewnym momencie toksyczne życie zepchnęło pasję do muzyki na boczne tory?

- Tak. Przyznaję, że, nazwijmy je, tamto życie przyćmiło na pewien czas szanse na rozwój. Czułem się w tym wszystkim sam. W swoim mieście będąc młodym kundlem, trudno było o rówieśników, którzy interesowali się robieniem muzy. A nawet jeśli już ktoś się pojawił na horyzoncie, to i tak odrzucałem te opcje, bo zwyczajnie nie siedziały mi ich rzeczy. Kompletnie ich nie czułem - być może dlatego, że byłem kiedyś zatwardziałym truskulowcem. Albo po prostu nie miałem ochotę urozmaicać swoich znajomości, bo ówczesne życie wydawało mi się wygodne. Dla większości łatwiej było ogarnąć gram jakiegoś syfu niż swoje ambicje, a co dopiero robić muzykę.

Zatwardziały truskulowiec...

- Pamiętasz zapewne tę legendarną scenę z filmu "La Haine", gdy DJ Cut Killer otwiera okno, ustawia w stronę osiedla kolumny, nakłada "placek" na decka i skreczuje "Sound of da Police" KRS-One'a. U mnie było podobnie. Piętro wyżej prawie każdego dnia ziomki, starsi ode mnie o kilkanaście lat, puszczali na full przez okno Molestę czy Hemp Gru. Nie dziwię się więc, że już od najmłodszych lat stawałem się muzycznym radykałem. Idąc z piłką na boisko, słyszałem z okien muzykę, którą pokochałem. Widziałem też osiedlowych skejterów, grindujących pod blokiem na własnoręcznie robionych rampach czy skład tańczących na kartonach b-boyów. Wracając do domu, widziałem starszego brata, który na przemian oglądał Extreme Sports z MTV. Siłą rzeczy pewne zasady już nieświadomie były mi wszczepiane od dziecka.

W końcu jednak ten klasyczny hip-hop ci się znudził.

- W szkole średniej ziomek z ławki zaprezentował mi na słuchawkach Flatbush Zombies, Schoolboy Q i pierwsze tracki Spark Master Tape. Pomyślałem sobie: "jakie to jest zajebiste". Mimo że to była dla mnie nowość, to słyszałem u nich ten stary vibe. Z dnia na dzień odkrywałem nową muzę ze Stanów. Przełomowym momentem było, kiedy przekonałem się do Kanyego Westa. Przyznam, że nie było to dawno. Cały mój muzyczny gust zmieniła płyta "The Life of the Pablo". Nawet nie chodzi o samą muzykę, ale o całą otoczkę, to wizjonerstwo. Wtedy rozkminiłem, że chce się rozwijać, robić nową muzykę i nie nawijać tylko od deski do deski o osiedlu czy o ziomkach. Zrozumiałem, że muzyką można się bawić, że jest elastyczna i można za jej pomocą wyrażać emocje w totalnie różny sposób. Dopiero od tego momentu tworzenie sprawia mi najszczerszą przyjemność. 

Koledzy byli trochę zdziwieni, ale potem sami zarazili się odkrywaniem nowych kawałków. Chciałem usłyszeć coś więcej niż tylko Pete Rocka i Mobb Deep. Chodzi też o hajs, powiedzmy to sobie szczerze. Dziś słuchacze, szczególnie ci młodzi, wolą świeże rzeczy. Myślę, że jako dzieciak, który rzucił szkołę dla muzyki, nie mogę myśleć szablonowo i robić ciągle nowojorskiego hip-hopu rodem z lat 90. To nieopłacalne. Wiedziałem, że z czasem będę się rozwijać i sięgać po nowe brzmienia, by dopasować się do mainstreamowego rynku. Przewidywałem nawet, że zmienię gatunek muzyczny. To się powoli staje. Wiesz, uważam, że rap jest, kurwa, nudny. Wku**ia mnie już ta scena.

Żałujesz, że rzuciłeś szkołę?

- Postawiłem wszystko na jedną kartę. Szczerze zrozumiałem to dopiero w momencie, gdy nagraliśmy album z Soulpetem. Prawda jest taka, że w gimnazjum byłem trudnym dzieciakiem, przesiedziałem w nim niestety trochę dłużej i to w różnych szkołach. W pewnym momencie pedagodzy rozkładali już ręce i jedyną pomoc, jaką oferowali, to wysłanie mnie do ośrodka wychowawczego, ale rodzina, szczególnie mama, zareagowała zdecydowanie - sprzeciwiła się. Ostanie ponad półtora roku uczyłem się w domu. To poskutkowało wylaniem na moją głowę kubła zimnej wody. 

Później zacząłem szkołę średnią. Z informatyki przeniosłem się na reklamę i totalnie zmieniłem podejście do szkoły - dorosłem, uspokoiłem się. Miło wspominam tamten czas, ale... rzuciłem tym pod koniec drugiej klasy technikum, by mieć więcej czasu na muzę, no i posiadać pieniądze. Jak na ironię rzuciłem szkołę i zacząłem pracować, czasem nawet po 12 godzin. Po powrocie do domu robiłem, na totalnym zmęczeniu, muzykę. To i tak było lepsze niż siedzenie w szkole, bo miałem przynajmniej jakiś hajs na ruchy.

Rodzice pewnie nie byli zadowoleni z twojej decyzji.

- No nie, nie byli zadowoleni. Kiedy im to oznajmiłem po fakcie, powiedziałem, że chcę zrealizować swoje muzyczne cele i być już na zawsze z muzyką. Mówiłem im, że będę szczęśliwym człowiekiem, że dam sobie radę i kiedyś to wszystko się zwróci. Dotrzymałem obietnicy. Mama jest już chyba zadowolona i dalej mi kibicuje. Wierzy we mnie tak, jak nikt inny. To była naprawdę trudna decyzja, ale jestem upartym skur***lem.

No ale chyba nie będziesz tu za chwilę namawiał ludzi do rzucenia szkoły?

- Nie! Jeśli czyta to jakiś dzieciak i nie jest pewny swojej przyszłości, to proszę - mimo wszystko skończ szkołę. Ja wiedziałem, co robię i były to planowane ruchy, nawet te najmniejsze. Papier to papier. Na co dzień tak naprawdę nie zajmuję się tylko muzyką, mam też inne zajawki. Pracowałem jako grafik, mimo że nie skończyłem szkoły o tym profilu. W sumie dalej w tym siedzę do pewnego stopnia. Otrzymywałem nawet dobre oferty pracy, ale teraz - w głównej mierze - chcę zajmować się wyłącznie muzyką. Poza tym nie widzę siebie na jakimś innym stanowisku. To nie moja bajka, dusiłbym się.

Z twojej płyty wynika, że dusiłbyś się też w dużej wytwórni. Berson powiedział mi niedawno, że jego kontrakt z Def Jamem nie zmienił jego sytuacji finansowej. Jakie masz podejście do majorsów?

- Żyjemy w takich czasach branży muzycznej, że albo masz mało, albo dużo - rzadko jest średnio. Jest tak np. z wideoklipami, bo można je robić za 1000 złotych i jeśli dobrze pokombinujesz, to będzie wyglądać spoko. Można też zrobić za 100 000 złotych, bo tego średniego się nie opłaca. Bo co jak nie wypali i hajs pójdzie w błoto? No lipa. Kiedy idziesz do kina, to też raczej rzadko bierzesz średni popcorn. Kiedy słyszę dziś o majorsie, to czuję się właśnie jak ten średni popcorn (śmiech). 

Po nieciekawej przygodzie na końcówce w Lekter Records, zdecydowałem się, że idę w to sam. Wolę sam budować swoje imperium. Jeśli coś nie pójdzie po mojej myśli, to będzie to moja wina. Ja popełniłem błąd, wyciągnę z niego wniosku i to poprawię. Nie chcę sytuacji, w której ktoś wpakuje we mnie w ch*j siana, da mi jakiś ochłap zaliczki, który raczej nie zapewni mi budżetu nawet na roczne życie, ustawi mi datę płyty (czego nienawidzę) i ma oczekiwania ponad moje możliwości, oferując w kwestii promocji... nic.

Chyba nie lubisz być też uwiązany.

- Skoro mam wydać płytę to na moich zasadach, bo to jest moja osobista wizja. Ludzie może tego nie kumają, ale gdy robię solowy album, na którym zrobiłem wszystko od bitów przez teksty aż po okładki, to serio nikt nie może się w to wpie**olić, nikt. W majorsie raczej mogę o tym tylko pomarzyć, bo zaraz nie spodoba im się np. singel. "A może zrobisz to inaczej?", "A może zmienisz podkład?", "Może dasz inny motyw na okładkę?". Nie chcę słuchać takich pytań. Wiesz, daję im na tacy gotowy produkt, nawet z własną identyfikacją wizualną albumu, a tutaj mogą się pojawić kolejne oczekiwania... A czasami wystarczy tylko dobrze wypromować materiał, bo przecież wszystko inne jest gotowe. 

Nie chcę już nawet myśleć o datach premier. Znam przypadek gościa, który czekał na premierę swojego albumu wiele długich miesięcy. Nie wytrzymałbym tego. Masz gotowy krążek i nie możesz go ludziom wypuścić. To jest uwłaczające i wtedy też narasta niechęć do tworzenia, bo nie czujesz wolności. Byłem na kilku spotkaniach z przedstawicielami różnych dużych wytwórni. Wszystkie zakończyły się fiaskiem, zainteresowaniem moim poprzednim albumem w cyfrze, no albo artystami z mojej wytwórni. Może kiedyś zmienię zdanie, ale tylko pod warunkiem, że w oczach ludzi w majorsie będę "tym dużym popcornem, trzecią opcją w kinie" i wydamy album na moich zasadach.

Na tych spotkaniach czułeś, że rozmawiasz z ludźmi z hiphopowego środowiska czy może z gośćmi, którzy myślą tylko excelem?

- To jest biznes. Rap to biznes. Od zawsze rap to hajs i tak będzie już na zawsze. Uważam, że dziś jest go więcej. Mało się o tym mówi, ale taka jest prawda. Podczas tych rozmów zdecydowaniem czułem te tabelki i cyferki. Może nie wszyscy byli dosłowni. Poza tym - sam myślę excelem o swoich nowych artystach w BUMP'12, ale z dystansem. Staram się o to, by panowały te ziomalskie zasady, ale by nie brakowało też profesjonalizmu.

A jak tobie idzie w tym rapowym biznesie teraz?

- Może nie sprzedaję jakichś gigantycznych nakładów płyt i nie mam pół bańki słuchaczy na platformach streamingowych, ale bardzo doceniam to, co obecnie mam. Nie jest źle, może będzie lepiej. Tak naprawdę to jest to codzienna praca na pełen etat. Mam z tyłu głowy plan "B", ale w tej chwili za dużo o nim nie myślę, obym nigdy nie musiał. W Polsce tak naprawdę wszystko się cały czas rozwija. W Stanach nawet goście z 4. ligi nie narzekają.

Rozwiniesz to?

- Underground w USA jest na takim poziomie, że ziomek, który robi liczby podobne do moich, gra sobie trasę koncertową w Europie. Wiadomo, że Stany to inna jazda, ale u nas naprawdę zaczyna się robić podobnie. Mówię to, jako uczestnik tego całego wyścigu. Podziemie wskakuje na taki level, że można już nawet z tego wyżyć. Oczywiście, jeśli ruszysz głową i będziesz zapierdalać, bo nic nie ma za darmo. Nawet ci mali mogą mieć dziś godny hajs. Rynek poszedł w takim kierunku, że teraz ważniejsze są playlisty i cyferki na platformach niż liczby sprzedanych płyt. 

Stary, nawet ludzie w ZAiKS-ie poszli po rozum do głowy i nie jest tam już tak strasznie, jak było kiedyś (śmiech). Każdy myślał, że to papierologia, kupa roboty, wszyscy się bali tych fortepianówek... A teraz jest inaczej - zakładasz po prostu konto i rejestrujesz utwory. W Polsce nie ma już też kultu wytwórni. Większość chce robić na swoim. Duże festiwale coraz częściej zapraszają niezależnych artystów. Te podziemie nie jest już tak hermetyczne i dobrze się kojarzy.

Myślisz, że polski hip-hop będzie ci się jeszcze dobrze kojarzył? Pytam o to, bo chwilę wcześniej mówiłeś, że cię wku**ia.

- Z ręką na sercu - wątpię. Hip-hop nie odwzajemnia mojej miłości. Nostalgicznie podchodząc do tematu to jasne, że mam dużo super wspomnień, ponieważ zacząłem tę przygodę dosłownie jako dzieciak. Robiłem bity, mając 11 lat. Z roku na rok dążyłem do życia, które mam teraz, ale ostatnio wchodząc na kolejny, wyższy szczebel czuję jakieś rozczarowanie... albo może to frustracja? Nie wiem, jak to określić. To wszystko dlatego, że to środowisko jest bardzo toksyczne. Czasem myślę, czy by tego nie rzucić, bez żadnych przygotowań, z dnia na dzień, nie czekając na nowy etap. Myślę, czy może nie robić tylko muzyki elektronicznej, ale gdy tylko o tym pomyślę, to czuję wewnętrzny strach, że życie straci sens.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL