Reklama

Reklama

"Wszystko się zmienia"

O francuskiej formacji Telepopmusik zrobiło się głośno za sprawą kompozycji "Sonic 75", która została wydana na niezwykle popularnej we Francji składance "SourceLab". Wkrótce na kolejną kompilację trafiła ich inna piosenka i chociaż zespół formalnie nie istniał, ponieważ tworzyli go muzycy grający na co dzień w zupełnie różnych grupach, to otrzymał propozycję kontraktu płytowego. Stephan Haeri, Christophe Hétier i Fabrice Dumont przyjęli ją i zdecydowali się rozpocząć stałą współpracę. Efektem ich długich starań był debiutancki album "Genetic World", który promował wspaniale przyjęty w wielu krajach utwór "Breathe". W sierpniu 2002 roku zespół pojawił się w Polsce, jako druga obok formacji Morcheeba gwiazda "W Festiwal" w Sopocie. Z tej okazji o początkach Telepopmusik, pracach nad albumem "Genetic World" oraz teorii nieprzewidywalności Wernera Heisenberga, ze Stephanem Haerim rozmawiał Konrad Sikora.

Jak powstała grupa Telepopmusik?

Nasza kariera muzyczna rozpoczęła się jeszcze przed stworzeniem Telepopmusik. Wszyscy graliśmy w jakichś - czy to popowych, czy to rockowych - zespołach. Przyjaźniliśmy się, ale nigdy nie było nam dane razem zagrać. Któregoś dnia zdarzyło się jednak tak, że postanowiliśmy wspólnie nagrać jedną piosenkę na składankę "SourceLab vol. 3". To miała być taka jednorazowa przygoda, ale okazało się, że utwór naprawdę się spodobał. Dlatego ten właśnie utwór można uznać za początek istnienia Telepopmusik. Po jakimś czasie znów nagraliśmy jedną piosenkę na inną składankę i otrzymaliśmy propozycję podpisania kontraktu z wytwórnią. Przystaliśmy na to. Zespół tak na prawdę nie istniał, ale już mieliśmy kontrakt. To była naprawdę ciekawa sytuacja. No, ale skoro już mieliśmy już tę umowę, musieliśmy oficjalnie założyć zespół.

Reklama

Od podpisania umowy do wydania płyty minęło jednak kilka lat. Dlaczego trwało to tak długo?

To wynik tej dziwnej sytuacji. Zazwyczaj jest tak, że zespół ma swój repertuar i walczy o kontrakt, a my mieliśmy zapewnione wydanie płyty, tylko jakoś nie wiedzieliśmy, co mamy nagrać. Musieliśmy się nauczyć razem pracować, zacząć komponować piosenki. To musiało chwilę potrwać.

Na początku tworzyliście waszą muzykę tylko na komputerach. Później dołożyliście "żywe instrumenty". Dlaczego?

Tak naprawdę tylko ta pierwsza w naszej historii piosenka była w całości stworzona wyłącznie za pomocą komputera. Wykorzystaliśmy sample z innych utworów, nawet nie pytając autorów o zgodę i później mieliśmy z tego powodu sporo problemów. Dlatego stwierdziliśmy, że przecież sami potrafimy grać i nie potrzebujemy opierać się na samplach. Dlatego postawiliśmy postawić na "żywe granie".

Wasza muzyka to swoista mieszanka gatunków. Czy sami też właśnie takiej muzyki słuchacie?

Właściwie słuchamy każdej muzyki - klasyki, jazzu, rocka, dance - naprawdę wszystkiego. Dlatego pracując nad tą płytą chcieliśmy pokazać się z różnych stron, nie chcieliśmy się wpasować tylko w jeden styl. Szczerze mówiąc, wyszło nam to chyba całkiem nieźle.

Skąd wzięła się nazwa Telepopmusik?

To kwestia przypadku. Znów musimy wrócić do tej pierwszej piosenki, która trafiła na "SourceLab vol. 3". Kiedy dowiedzieliśmy się, że utwór zostanie wydany, musieliśmy podać nazwę zespołu. Jadąc samochodem ulicami Paryża nagle zobaczyliśmy sklep, który sprzedawał różne sprzęty AGD - tanie radia, pralki i różne takie. Nazywał się właśnie Telepopmusik. Spodobała nam się ta nazwa i sobie ją pożyczyliśmy.

Czy kiedy zmieniliście rodzaj wykonywanej muzyki, nie chcieliście zmienić nazwy?

Nie. Wiesz, to jest tak, że po jakimś czasie, kiedy działasz pod jakimś szyldem, nazwa zaczyna coś dla ciebie znaczyć. To zaczął być nasz znak firmowy i stwierdziliśmy, że nie ma sensu się go pozbywać. Jest dość oryginalny i miło nam się kojarzy, dlatego jednogłośnie zadecydowaliśmy, że nadal będziemy nazywać się Telepopmusik.

Piosenki na waszej płycie napisane są w języku angielskim. Dlaczego? Nie chcieliście śpiewać po francusku?

Kiedy założyliśmy Telepopmusik, powiedzieliśmy sobie, że będziemy robić rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy. W naszych poprzednich zespołach zawsze śpiewaliśmy po francusku, dlatego tym razem postawiliśmy na język angielski. Poza tym sami w młodości słuchaliśmy piosenek w tym języku i wiedzieliśmy, że cieszy się on sporym powodzeniem, dociera do większej rzeszy fanów. Dlatego postawiliśmy na teksty anglojęzyczne. Zapraszając gości współpracujących z nami przy tym albumie, tak jakoś wychodziło, że pochodzili oni głównie z Wielkiej Brytanii, dlatego język angielski był czymś oczywistym i jednocześnie czymś, co wynikło dość naturalnie. Jedyne, co może się wydawać dziwne, to fakt, że nie do końca rozumiemy teksty naszych piosenek... (śmiech).

Powiedz coś o okładce i tytule płyty - "Genetic World". Czujecie się muzycznymi inżynierami?

Coś w tym stylu. Proces nagrywania tej płyty przypominał jakiś proces naukowy. Bawiliśmy się brzmieniem, modyfikowaliśmy brzmienie poszczególnych instrumentów niemal tak samo, jak naukowcy bawią się DNA, modyfikując gatunki zwierząt. Byliśmy takimi inżynierami muzycznej genetyki.

Do udziału w nagraniu zaprosiliście bułgarską orkiestrę symfoniczną. Dlaczego właśnie bułgarską?

Mam być szczery? (śmiech) Powód był bardzo prosty, ponieważ kosztowała pięć razy mniej, aniżeli jakakolwiek profesjonalna francuska orkiestra. Tam znaleźliśmy wspaniałych muzyków za znacznie mniejsze pieniądze.

Czym w takim razie jest Orkiestra Symfoniczna Telepopmusik?

Niektóre partie instrumentów smyczkowych na tej płycie zostały nagrane rok wcześniej przez naszych znajomych i przyjaciół. To nie była żadna orkiestra, tylko zbieranina różnych muzyków. Nie mogliśmy ich przecież wszystkich wymieniać z nazwiska, dlatego nazwaliśmy ich po prostu Telepopmusik Symphonic Orchestra.

Gościnnie na tej płycie zaśpiewała dla was para Kanadyjczyków. Kim oni są?

To także muzycy, którzy kiedyś gościnnie występowali w Paryżu. Nazywają się Chilly Gonzales i Peaches. Z tego, co wiem, są ogromnie popularni w Niemczech. Kiedyś Christophe spotkał ich w klubie i poprosił, by zaśpiewali dla nas coś na płycie. Zgodzili się, ale nie chcieli przychodzić do studia. Wzięli MiniDiska i zaczęli na miejscu śpiewać różne rzeczy i wymyślać tekst. Później powiedzieli: "Macie tu trochę tekstu, zróbcie sobie z tym co tylko chcecie".

Pierwszym singlem promującym wasz album był utwór "Breathe". Dlaczego właśnie ta piosenka?

Szczerze mówiąc, kiedy pracowaliśmy nad płytą, nie zastanawialiśmy się, co będzie singlem. Po wysłuchaniu całego materiału szefowie wytwórni zasugerowali nam właśnie ten utwór, mówiąc, iż wybór należy do nas, ale ta piosenka ma naprawdę ogromne szanse nas wypromować. Zdecydowaliśmy się ich posłuchać. W końcu oni mają większe doświadczenie.

Sukces przyniosło wam jednak chyba dopiero wykorzystanie jej w reklamie samochodu. Dlaczego się na to zgodziliście?

Na pewno nie zrobiliśmy tego dla pieniędzy. Poza tym to nie było tak, że sprzedaliśmy ten utwór do pierwszej lepszej reklamy. Wcześniej kontaktowali się z nami producenci innych towarów, m.in. jakichś kosmetyków do włosów i zdecydowanie im odmówiliśmy. W tym przypadku reżyser obiecał nam, że zrobi naprawdę coś wyjątkowego. Zgodziliśmy się, ale zastrzegliśmy sobie, że musimy zobaczyć reklamę, zanim pojawi się w telewizji. Kiedy wreszcie całość była gotowa byliśmy bardzo zadowoleni. Reżyser naprawdę wydobył sens tej piosenki, jej charakter. Doszliśmy do wniosku, że ten spot nawiązuje także do naszej płyty i potraktowaliśmy go niemal jak teledysk. W równym stopniu była to reklama Peugeota, jak i naszej muzyki.

A jak udało wam się zaprosić Jordan Scott, córkę Ridley'a Scotta, do pracy nad wideoklipem do "Breathe"?

To także była kwestia przypadku. Znaliśmy kogoś, kto pracował w jej firmie producenckiej. Nie mieliśmy pojęcia, kto mógłby wyreżyserować nam ten klip. Pytaliśmy różne osoby. Jakimś sposobem Jordan dowiedziała się o tym i zadzwoniła do nas, proponując współpracę. Wysłała nam scenariusz, który nam się bardzo spodobał. Reszta już potoczyła się normalnym torem.

Czy mógłbyś wyjaśnić tytuł ostatniej piosenki na płycie? To jakiś wzór matematyczny...

Tak. Jest to wzór, który określa tzw. teorię nieprzewidywalności Heisenberga. Zanim zostałem muzykiem, studiowałem fizykę. Ten wzór opisuje zjawisko, które polega na tym, że za każdym razem, kiedy dana osoba patrzy na dany obiekt, widzi go w inny sposób. Chodzi o to, że to, co widzisz, nigdy nie jest do końca prawdą. Bo kiedy popatrzysz na tę samą rzecz w innej sytuacji, będzie inaczej postrzegana. On to udowodnił i tak podobno naprawdę jest. Ta idea mnie zafascynowała, dlatego wykorzystałem ten wzór jako tytuł piosenki.

To chyba odnosi się także do waszej muzyki. Za każdym przesłuchaniem można w płycie "Genetic World" znaleźć coś nowego.

Dokładnie, a jeszcze lepiej widać to na naszych koncertach. Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie nigdy zagrać danej piosenki dwa razy tak samo. Wszystko się zmienia. Nawet jeśli nadal jest to ten sam utwór, to jednak nie jest taki sam. Mam nadzieję, że ktoś coś z tego zrozumie... (śmiech).

Wasza muzyka idealnie nadaje się do tworzenia różnego rodzaju remiksów. Lubicie takie zabawy z muzyką?

Tak, ale na płycie chcieliśmy umieścić piosenki, których będzie można raczej słuchać w domu, aniżeli bawić się na parkiecie. Ten album ma powodować, że ludzie będą przy nim odpoczywać. Dla klubów są właśnie remiksy. Oczywiście jest ich już wiele. Podoba nam się to, że jeden utwór można, w zależności od miejsca, zagrać w różnych wersjach.

Wolicie sami tworzyć te remiksy, czy raczej zdajecie się na talent innych?

Preferujemy oba sposoby pracy. Czasami mamy swój własny pomysł na remiks, a czasami podoba nam się to, jak ktoś inny patrzy na naszą muzykę. Słuchając remiksów wykonanych przez innych muzyków, można się wiele nauczyć, dlatego staramy się łączyć oba te sposoby.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy