Reklama

Reklama

"Prawdziwy pingwin metal"

Pochodzącą oryginalnie z Krakowa, wyjątkowo niepoprawną politycznie grupę Cremaster z pewnością trudno byłoby zaliczyć do grona typowych metalowych tworów. Hybrydowa muzyka z pogranicza wielu stylistyk, określana przez samych muzyków "pingwin metalem", prześmiewcza symbolika, "nie z tej ziemi" koncerty oraz sceniczna aparycja czy ironiczno-zwariowane teksty w stylu "Plecak Zjadł Mi Mamę", dobitnie świadczą o sporym dystansie do rzeczywistości i parciu pod prąd wszelkim konwencjom. Co ważne, przy całym "jajcarskim" podejściu, Cremaster pozostaje zespołem o sporych umiejętnościach, czego dowodów można szukać na ich debiutanckiej płycie "Boletus Satanas", wydanej w kwietniu przez Conquer Records. Co rusz wybuchający śmiechem Bartosz "Badhed" Kostecki (prekusja) i Grzegorz "Pentaclit" Kozłowski (gitara) odpowiadali na pytania Bartosza Donarskiego.

"Boletus Satanas" można chyba spokojnie zaliczyć do grona płyt z serii "kochaj lub nienawidź". Jedni pękają ze śmiechu, inny robią groźne miny, jeszcze inni pienią się z powodu obrazy ich metalowych uczuć i wartości. O to chyba chodziło?

Bartosz "Badhed" Kostecki: Witam Cię mój imienniku. Na wstępie powiem, że wszystkie Bartosze to porządne chłopy. A jeżeli chodzi o naszą pierwszą grzybową płytkę to widzę, że nas zlustrowałeś dokładnie. Wzbudza ona raczej skrajne odczucia wśród słuchaczy, a także oglądaczy. Jednak uważam, że to bardzo dobrze.

Reklama

Jak idziesz do restauracji i dostaniesz syf, to go wywalisz, jak dostaniesz rewelacyjny posiłek to nie możesz się nim najeść, a jak otrzymasz porcję czegoś nijakiego, to ani się nie najesz, ani nie zachwycisz, i co najgorsze zaraz o tym zapomnisz! Dlatego też jestem happy, jak kwalifikują nas zarówno do syfu, jak i wytrawnej potrawy.

Generalnie na tym albumie przyszydziliśmy z wielu rzeczy, nie tylko z metalu. Przede wszystkim z samych siebie. Jak się patrzę na nasze ryje to się zastanawiam, jak tu nie się śmiać z siebie nawzajem. Wprawdzie nie są one krzywe, jak stary dobry Iron Maiden, ale równie komiczne. Kiedyś wymyślę taką maść robiącą muzyków z komarów. Wystarczy, że złapiesz cztery komary, nasmarujesz je naszym wynalazkiem i poczekasz. Już za sześć dni powstanie z nich brzęcząca maszyna do grania Cremastera. A my będziemy już tylko leżeć.

Grzegorz "Pentaclit" Kozłowski: Zawsze kłócę się o to z Marcinem [menedżer grupy - przyp. red.], który pomaga nam w sprawach zespołowych i nie tylko. Nie chcę robić czegoś, bo tak wypada, albo, bo ktoś się obrazi. Zawsze (zazwyczaj niesłusznie) oskarżam go, że chce nas ugrzecznić na siłę, a my jesteśmy twórcami radykalnym, jak Młodzież Nasza Wszechpolska. To oczywiście kwestia indywidualnej wrażliwości kubków smakowych słuchacza na lizak zwany Cremasterem. Jesteśmy wesołymi ziomami i nie widzę powodu, żeby na scenie było inaczej niż w piątek w barze. A Grześki też są zacne chłopy!

Niemniej, raczej trudno byłoby nazwać Cremaster zespołem kontrowersyjnym. Wydaje się, że zależy wam wam przede wszystkim na dobrej zabawie, bez zbędnej metafizyki. Racja?

B.: Racja, co tu się będę rozwodził. I tak się pewnie rozwiodę nie raz (śmiech). Bawimy się muzą, jak tylko możemy. W studio, na scenie, na próbie, w wannie podczas puszczania bąków, w wózku, na manekinie czy w końcu na koncercie mistrzów nudzenia publiki - Sutki Buflera. A jeżeli chodzi o metę fizyka, to zapewne jest to miejsce gdzie Albert Einstein chodził po bimber domowej roboty? Musiał dużo pić, inaczej nie powymyślałby tych dziwnych rzeczy. A jak się dużo chla, to na sklepowe nie stać!

G.: Nie wiem, co jest kontrowersyjne. Może pasiaste kalesony Steve'a Harrisa? Na fizyce się nie znam, bo to trudna dziedzina, ale jeżeli chodzi o metę to znam adres jednej całkiem niezłej.

Zgodzicie się, że najlepszym określeniem muzyki Cremaster jest, dziś już trochę zapomniany gatunek zwany crossover, z którego słynął kiedyś chociażby D.R.I.? Moim zdaniem klasyfikowanie was, jako grupy z gatunku grindcore, jest grubym nieporozumieniem.

B.: Nie wiem czy się zgodzę, bo się na tym nie znam (śmiech). Crossover to chyba oznacza, że krzyż się skończył, nieprawdaż? A tak poważnie, to można w naszej muzie doszukać się wielu gatunków muzycznych. Nie zamykamy się w jednej stajni jak krowa z bykiem. Gramy to na co mamy ochotę w danym momencie. Według mnie gramy rock'n'rolla w porąbany i metalowo-hardcorowo-musicalowy sposób.

Zresztą sam Bartoszu widziałeś, że każdy pisze inaczej, jedni widzą w tym grind, inni hardcore, a jeszcze inni heavy metal. A ja bym chciał, aby zauważyli w tym piękny i wielki biust dojrzewającej kobiety.

G.: Badhed ma rację. To po prostu rock'n'roll. Na samym początku chcieliśmy grać grindcore'a, ale nikt nie wiedział jak się to robi i jak to ma brzmieć. Nasz styl ukształtował się sam w czasie bezsennych nocy, z których generalnie pamiętam kuchnię w wynajętych mieszkaniach, piosenki Manowar, kace w zaciemnionym pokoju w samo południe w środku lata przy dźwiękach Mayhem, gdy podniecaliśmy się z Badhedem jacy jesteśmy "true" i kultowi. Ja lubię określenie penguin core. To do nas pasuje jak dzwonek owcy.

Mentalnie i tekstowo wyraźnie widać na "Boletus Satanas" inspiracje Primusem. Pomijając osobliwy humor tego materiału, dobrym przykładem może być tu również utwór "Antichristian Hakny-Panky" przypominający dokonania tej zacnej grupy. Co wy ma to?

B.: (Westchnienie) Wprawiłeś mnie w niezłe zakłopotanie. Ja jestem autorem tego kawałka i przyznam się, że bądź co bądź, ale Primusem się nie wzorowałem. Znam ten band, mam do niego wielki szacunek, ale na co dzień ich nie słucham. Pamiętam, że kawałek powstał po pijaku w nowohuckiej kuchni. Grześ szybko go zapamiętał i tyle. Notabene dużo kawałków powstało w ten sposób. Natomiast, jeżeli widzisz, bądź słyszysz tam Primusa to dobrze. Może i on tam jest. Tekst natomiast jest troszkę pojechany po bozi, co też nie pasuje do wymienionej przez ciebie kapeli. Albo ja pomyliłem sobie kawałki. Grześ! Który to jest ten "...hunky-panky"?

G.: To introwy jest. Tak. Ja tam Primusa nie słyszę. Uwielbiam ten band i jeśli ty to słyszysz to jestem zaszczycony i płonie się jak młódka w grocie przystojnego zbója.

B.: Jak introwy to dobrze myślałem.

Chyba jednak nie jest introwy, ale mniejsza z tym. Jak właściwie powstaje tak urozmaicona muzyczna mieszanka? W końcu musi być w tym jakiś podstawowy, ogólny zamysł.

B.: I owszem jest mój dzielny wywiadowco! Spotykam się z Grzesiem, piję alkohol (na razie standard) i siadamy w kuchni. Nie jemy tam jednak, lecz robimy muzę. W zasadzie robiliśmy tak do niedawna. Teraz skład się troszkę zmienił i wszyscy komponują. To tak jakbyś posłodził herbatkę. Choć nie wszyscy lubią słodzoną. Wyznajemy jeszcze jedną bardzo, ale to bardzo ważną zasadę! Każdy pomysł jest dobry! Nie ma gadek typu, "a fe!", czy "ch****, bo nie jakieś tam". Wszystko pozostaje takim, jakim jest i nawet wypity po wielokroć kompot z mało świeżych delfinów i królików tego nie zdoła zmienić!

G.: Mamy do siebie zaufanie, bo każdy wie, o co tu pełza. Kiedyś wszystko robiliśmy z Badhedem. My się potrafimy porozumieć nawet przez chrząki nosem, co się przydaje czasem po wódce. Teraz mieszkamy w różnych grodach, więc czasem chłopaki coś przygotują i jak mi zagrają, to jest to po prostu Cremaster. Wszyscy kumamy ten nasz pingwin metal i jest on dla nas naturalny, jak szeleszczący hełm dla huzara.

Skąd właściwie pomysł na tak prześmiewczą muzykę? Czy twórczość Morbid Angel, Therion, Mayhem, Dimmu Borgir i innych jest waszym zdaniem aż tak zabawna? Przyznam, że pomysł sam w sobie jest dobry, ale chyba wyłącznie w wymiarze jednorazowego przedsięwzięcia.

B.: Mayhem szanuje i słucham od czasu do czasu, Morbid rzadziej, ale kiedyś byłem obolałym od krótkowłosego headbangingu fanem ich mocnej muzy. Ale pałker już nudzi więc wole rocka (śmiech). A Dimmu Borgir to jest kapela pokroju Just 5, czy innego wykreowany przez menedżera boysbandu. Tylko z tą różnicą, że mają mniejszy talent, ale za to super makijaże.

Są jednak zespołem dzięki któremu czerpię sik pomysłów. Jak nie należy wyglądać, czemu małpka szcza do piwa, czemu pawian ma różowe dupsko i takie tam. Zresztą i tak ich nie słucham (gromki śmiech).

Jeżeli chodzi o pomysły na płytkę, to mamy ich w narząd rozrodczy kobiety, czyli dużo. Na pewno następna, już gotowa, będzie inna. Na pewno nie będzie śmiertelnie poważna, ani nie traktująca o poważnych rzeczach, choć jest numer o dentyście. Natomiast, ludziska me ukochane muszą kupić tą, abym miał za co nagrać następną! Takie życie śliwkowe mamy, ale po ryju przecież sobie nie damy.

G.: Ja uwielbiam stary black metal! Nie zasnę jak nie puszcze Darkthrone, albo innego Dzordżorota! Jest dla mnie prawie tak samo ważny i inspirujący jak stary hard rock i heavy metal. Ale tylko po 22:00 (śmiech). Stare hordy się nie srały i Cremaster też się nie sra, nie duma, trochę plecie, lecz nie przeplata. My jesteśmy taki kwietniowy black metal. Nie taki smutny, ale "true". Nad naszym logo na płycie miało być nawet malutkie "the true", ale grafik zapomniał. Może będzie na następnej.

Jak doszło do powstania jednego z najzabawniejszych momentów na waszym debiucie ? utworu "ZOO" - mocno zakorzenionego w historii polskiego kina. Rozumiem nabijanie się z nadęcia Therion, ale co wam zrobił poczciwy Pan Kleks?

B.: Nie nabijamy się z Pana Kleksa. Najfajniejszy Pan w Polsce. Pomimo brania narkotyków i przejawiania skłonności pedofilskich. Numer potraktowaliśmy poważnie (śmiech). On jest po prostu wesoły sam w sobie.

G.: Chyba Badhed go wymyślił, a ja przyjąłem za punkt honoru, że to numer wspaniały i nie można go zepsuć. To było wyzwanie! Dorównać oryginałowi to wielka rzecz. Spędziłem nad nim sporo czasu. Bardzo podoba mi się ten numer. Jest tak zaaranżowany, że można go grać z oryginałem i pasuje (śmiech). Tylko wiosło trzeba wyżej nastroić.

Wasze ulubione komedie? Klasyka i nowości.

B.: Wszystkie Monthy Phytony, wszystko z Leslie Nilsenem, wypowiedzi Młodzieży Wszechpolskiej, wywiady z żużlowcami. I w końcu mój faworyt "Freddy Został Wypalcowany". A najbardziej śmieszy mnie jak Grześ puszcza ślinę w stanie agonalnym po knajpach, albo jak były wokalista Szaman leci z całą rynną na Św. Jana w Krakowie. Ech! To są sytuacje, gdzie bebechy mi ze śmiechu nie wytrzymują, a mógłbym ich namnożyć szanowny kolego! Musisz wiedzieć, że od rana rozglądam się dookoła i myślę jakiego psikusa by tu wywinąć.

G.: Generalnie nie lubię komedii. W sumie nie oglądam TV, nie czytam gazet, nie słucham radia. Jak to wszystko pierdolnie, to nawet nie dowiem się kto zaczął. Komedie mnie nie śmieszą, bo w Cremaster doznałem takich cyrków, że tylko ewentualnie Python jest w stanie im dorównać. Dla tych kolesi wielki szacunek! Przebić Łysego Nivea Grind Machine robiącego striptiz w krawacie Samoobrony przed publika w Jarosławiu nie jest łatwo.

B.: Taaa. Niektórzy twierdzili, że powinien tam zostać na obserwację.

Podejrzewam, że jak wielu, tak i was śmieszą niektóre sytuacje i działania obecne na scenie metalowej. Co zaciekawiło was w tej kwestii ostatnimi czasy?

G.: Nie mam pojęcia o obecnej scenie metalowej! Zatrzymałem się w rozwoju dawno temu i nie lubię świeżych potraw. Hmm... Śmieszy mnie taki młody band Cremaster i niektóre sytuacje na scenie metalowej przez nich powodowane (śmiech).

B.: Nic mnie ostatnio nie zaciekawiło na scenie metalowej. Mam stare płyty i jest mi z tym dobrze. Wychodzi na to, że to tak, jak z winem. Im bardziej z niedźwiedzia, tym lepiej nie pić.

Czy utwór "Plecak Zjadł Mi Mamę" oparto na prawdziwej historii?

B.: Tak, tylko zjadł mi siostrę, ale mama bardziej do rymu pasowała! Historia ta, to dla mnie ciężkie przeżycie, więc nie będę się rozwijał, bo uronię łezkę albo urynię kroplę.

G.: Choćbyś w pasztet skrył małego, zawsze kropla ujdzie z niego! To było chyba w lipcu 2004 na wycieczce skautowskiej. To w sumie prosta historia. Był tak głodny, że stracił cierpliwość, a zaraz po niej wszystkie bariery moralne. Tekst zainspirowany był plecakiem, który nosi na scenie gitarzysta Soulfly! Po co mu na koncercie? Kanapki w nim nosi? Pomysł jest tak dobry, że mu go zazdroszczę. Ja sobie grzałkę do pod pachę przyczepię i rosół będzie cieplutki.

Wracając poniekąd do początku naszej rozmowy, nabijacie się też z wszechobecnej w muzyce metalowej złowrogiej, satanistycznej symboliki. Bluźnienie z bluźnierstwa to zapewne wasz kolejny sposób na zabicie czasu. Nie obawiacie się ataków ze strony czarnych zastępów polskiego podziemia?

B.: Nie.

G.: Mam to gdzieś. "Prawdziwość" ma więcej niż dwa kolory. Giw prejs tu sejtan!

B.: Satanic to stanik , tylko że męski.

Z jakimi reakcjami spotykacie się na koncertach? Wasze występny są ponoć także "w klimacie".

B.: Występy są spontaniczne i bardzo wyluzowane. Staramy się przede wszystkim dobrze bawić i spowodować, żeby ludziska które przyszli na sztukę miały roześmiane pyski jeszcze przez następny tydzień. Jest wiele niespodzianek. Odwiedza nas Elvis Presley, latają zdechłe kurczaki, pierze się sypie, widać pędzelka łysego i tak dalej. Nie zapominamy przy tym o muzie. No, może troszkę. Trzeba przyjść i samemu się przekonać, jak może się skretynić stary magister (śmiech).

G.: Jestem zdania, że jak się idzie na koncert, to się chce przeżyć coś fajnego i dobrze się bawić, a nie patrzyć na paru kolesi stojących i modlących się do gitary. Jak chcę posłuchać muzyki to puszczam płytę, a na koncercie ma być rock'n'roll. Reakcje są różne. Ale odkąd nauczyliśmy się przyzwoicie grać, robiąc jednocześnie pompki i gotując racuchy z mąki, reakcja ludu jest dużo lepsza (śmiech).

Czasem, jak w wirze walki popatrzę na to, co robią chłopaki to, to się sam zastanawiam, czy bym się bawił, czy tylko stał i oglądał tych pajaców. Ostatnio np. garstka ludzi w Przemyślu i słowackiej Roznawie pokazała, że rock'n'roll ma się jeszcze całkiem dobrze. Szacuneczek.

Zabraliście się też do pracy nad wideoklipem. Szumnie anonsujecie, że nie będzie to kolejna sztampowa niskobudżetowa produkcja? Kilka słów na ten temat.

B.: Teledysk będziemy kręcić pod koniec wakacji w plenerze. Będą kury metalówy, będzie Napoleon Bonaparte, gwałcone zwierzątka (nie mów nikomu, bo się ich obrońcy czepią). A reżyserem i scenarzystą całego przedsięwzięcia będzie nasz duchowy opok, czyli inspektor pastor! Krótka historyjka o podupconej czwórce z Liverpoolu. Ot, tak sobie nakręcimy.

G.: Pierwotnie mieliśmy ogłosić, że będzie to kolejna sztampowa niskobudżetowa produkcja, ale gdzieś po drodze pojawił się szum informacyjny i wyszło, że jednak nie (śmiech). Na pewno postaramy się, żeby wypełnić te trzy minuty kisielem intelektualnym.

B.: Tam będzie góra z dwie minuty (śmiech).

Jak wygląda stabilność składu Cremaster? Wiem, że jak wielu nie uniknęliście przetasowań we własnych szeregach.

B.: Podstawą dla mnie jest stały skład. Niestety czasami trzeba podjąć odpowiednie kroki. A że mamy siedmiomilowe buty, to nie było większych problemów. Szkoda, że nie jesteśmy w pierwszym składzie, ale mamy drugi. A zgodnie ze staropolskim przysłowiem - drugi ługibugi. Podstawą egzystencji kapeli jest granie dużej ilości koncertów, nie chcieliśmy już odwoływać więcej sztuk i stąd konieczności zmian! Każda zmiana ma za sobą dyrdymana. Led Zeppelin wymienił perkusistę na nikogo i źle na tym wyszedł. A tak poza tym Grześ u nas jest kadrowym.

G.: Wszystko zrzucają na najmniejszego w zespole, bo myślą, że nikt mniejszemu nie skuje gęby (śmiech). My też pożegnaliśmy się z Szamanem i Jerzym, a czy wyjdziemy na tym jak Zamorski na musztardzie, to czas pokaże. Zmiany były konieczne i choć odczuliśmy je boleśnie, bo przeżyliśmy razem ogromną i wonną kupę zabawy i miłych chwil, to jesteśmy znowu przy nadziei. Narodziło się nowe dziecię, a imię jego według najnowszych badań 616. Teraz jest w zespole czterech desperatów, rokendroloholików, którzy będą jeszcze długo, długo walczyć. A jak nie, to w ryja.

Zagraliście nie tak dawno na Słowacji. Jak było? W tej chwili przygotowujecie się już chyba do malborskich Dni Metalu i Conquer Festival, organizowanego przez waszego wydawcę.

B.: Było rewelacyjne. Gościnni ludzie, szalona banda krwawiących maniaków na koncertach, dużo alkoholu, clubbing i w końcu brygada antyterrorystyczna szukająca szczęścia na imprezce. Warto tam grać i nie ma się co srać.

G.: Gościliśmy u chłopaków z Koszyckiego nu-metal / core?owego ST. Black. Trudno to opowiedzieć! Body (wokal / gitara) zabrał nas do siebie, doprowadził Boroviczką do stanu krytycznego, nakarmił, dali pobawić się wężem z akwarium. Na pewno zagramy razem jeszcze nie raz. Myślę, że to przyjaźń na dłużej.

Do Conquer Festival przygotowujemy się raczej mentalnie. Mieszkamy w trzech miastach rozsypanych po południu Rzeczpospolitej Ułańskiej, wiec tradycyjnie o próbach nie ma co gadać. Ale myślę, że ludzie, którzy podniosą ciężkie od chmielu głowy z trawy podczas naszego występu nie będą czuli się oszukani, że musieli wybulić te zero złotych. Za tą cenę zrobimy roz****, jak kareta na wybojach. W zeszłym roku była zdechła ryba z rzeki, to może teraz pawian z dupą w moro? Nie ma się co srać. Przyjeżdżajcie. Dionizyje czas zacząć!

B.: Ja Dionizje zacząłem parę lat temu i ciężko mi z tym zerwać (śmiech).

Może jakaś poważna tyrada na zakończenie?

G.: Wczoraj był u mnie Benton, ale tylko na chwilę, bo się spieszył. Wypił tylko Earl Grey i powiedział, że dostał od Lemmy'ego fajną płytę, którą polecił mu Nocturno Culto. Na okładce był żółty jak u-boot beatlesów napis "Cremaster", i okładka z mrocznym fiutem w lesie! Mówię ci. Kawał zacnego głupawego gruboskórnego rock'n'rolla!

B.: A ja zapraszam wszystkich na naszą stronkę internetową oraz do szukania "Boletusa" w sklepach, choć wiem, że łatwiej jest ją dostać w necie, choćby na stronce Conquer Records. Bądźcie rokendrolowacami i śmiejcie się ze wszystkiego, co was otacza! I nie chodźcie do urzędów, bo tam babska nic nie robią.

Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje