Reklama

Reklama

"Nie jest lekko, ale walczyć trzeba"


Tomka Lipińskiego specjalnie przedstawiać nie trzeba. Na naszej rodzimej scenie muzycznej obecny jest jeszcze od końca lat 70., gdy dał się poznać jako członek legendarnej już grupy Brygada Kryzys, a potem jako lider zespołów Tilt i Fotoness. Nagrywał również pod własnym nazwiskiem, pisał także piosenki do filmów. W czasie, kiedy polski rynek muzyczny postawił na artystów popowych, Lipiński grał solowe koncerty, zajmował się pracą dziennikarską w Radiostacji i "Aktiviście". Na swoim koncie ma również pracę w dużej wytwórni płytowej, której nie wspomina jednak zbyt miło.

Reklama

W czerwcu 2002 roku ukazała się, długo oczekiwana i długo nagrywana, kolejna płyta zespołu Tilt, z którym Tomek Lipiński święcił kiedyś triumfy na listach przebojów dzięki takim utworom, jak choćby "Mówię ci że", "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia". Album "Emocjonalny terror" powstawał aż sześć lat. Tyle czasu zajęło muzykom znalezienie wydawcy i zbudowanie własnego studia nagraniowego. Ci, którzy lubili Tilt sprzed lat nie powinni się zawieść. Tomek Lipiński postawił na sprawdzony schemat, czyli mieszankę ostrych kompozycji rockowych i kawałków reggae, pokazał jednocześnie słuchaczom, iż nie stoi w miejscu i otwarty jest na nowe brzmienia.

Lesław Dutkowski pogawędził z Tomkiem Lipińskim o nowej płycie, dawnych czasach i polskim show-biznesie.


Zacznę od gratulacji. Bardzo fajną płytę zrobiliście.

Bardzo mi miło to słyszeć.

"Miassto fcionga" to utwór, który liczy sobie rok albo nawet więcej. Czemu tak długo trzeba było czekać, zanim płyta pojawiła się na rynku? Wiem, że były jakieś negocjacje, problemy natury biznesowej.

Wiele z tych utworów, czy nawet większość, ma już kilka lat, dlatego że zaczęliśmy pracować nad tą płytą jeszcze w 1996 roku, po wydaniu koncertowego albumu "Koncert w Buffo", który podsumowywał dotychczasową działalność. Krótko mówiąc nikt nie był zainteresowany, albo mówiąc dokładniej te firmy fonograficzne, które stać było na zainwestowanie w nagranie i tak dalej, nie były tym zainteresowane, nie były zainteresowane demówkami, które im wysyłaliśmy. Natomiast małe firmy, które mogły być zainteresowane, były zbyt małe i zbyt biedne, żeby sobie na to pozwolić. W związku z tym nie byliśmy w stanie nagrać tego materiału. Podjęliśmy wtedy decyzję, że w takim razie musimy polegać na sobie. Zaczęliśmy działać w kierunku zbudowania, czy raczej stworzenia własnego zaplecza produkcyjnego, w postaci studia nagraniowego. To zabrało nam parę lat, ponieważ nie mając nagranego nowego materiału, w tym czasie ciężko było funkcjonować. Nie zarabialiśmy pieniędzy, więc trzeba było się imać w międzyczasie różnych innych zajęć, by ten okres przetrwać. To się wydłużyło. W międzyczasie pracowałem prawie dwa lata w Radiostacji, pół roku w "Aktiviście", robiłem dorywczo jeszcze inne rzeczy po to, by po prostu zarobić na życie. Grałem też sporo solowych koncertów w tym samym celu, by podtrzymać jakoś swoje istnienie. Franz Dreadhunter w tym czasie, jeszcze z paroma innymi osobami, zajął się tworzeniem tego studia. Ostatecznie w 2001 roku studio było gotowe, by w nim nagrywać, no i nagraliśmy "Emocjonalny terror".

Mówisz o studiu Chakram?

Tak. To jest garażowe studio, w ogródku przydomowym, niewielkie, ale dobrze wyposażone.

O ile mnie pamięć nie myli, utwór "Za zamkniętymi drzwiami" jest bardzo leciwy. Czemu teraz zdecydowałeś się go zamieścić? Ze względu na tekst, który tak pasuje do tego, co się dzieje dzisiaj?

Są jeszcze dwa starsze nagrania na tej płycie, pochodzące sprzed okresu pracy nad tym albumem. Oprócz "Za zamkniętymi drzwiami" jest to jeszcze utwór "Pozytywna", który pierwotnie nosił tytuł "Pozytywna wibracja". To piosenka, którą grałem w 1983 roku. Powstała w czasie takich wspólnych działań z zespołem Izrael, jeszcze przed reaktywacją Tiltu. Znalazł się na tej płycie dlatego, że na jednym z koncertów solowych, jakie grałem w Poznaniu w zeszłym roku, okazało się, że weszła grupa bardzo młodych fanów, kilkunastoletnich, którzy zażyczyli sobie, bym zagrał ten utwór. Nie grałem go od wielu lat. Okazuje się, że wszyscy go znają, nie wiem jakim cudem i w jaki sposób. Pomyślałem sobie, że to jest bardzo dobry powód, by ten utwór powrócił, tym bardziej, że nigdy nie był nagrany, ani tak naprawdę nigdzie się nie pojawił, tym więc dziwniejsze, że ludzie go znali. Natomiast "Za zamkniętymi drzwiami", to piosenka, która właściwie na żadnej płycie Tiltu się nie pojawiła. Pojawiła się tylko bodajże na składance "Fala" gdzieś w połowie lat 80.

No i była grana w Rozgłośni Harcerskiej.

Była grana w Rozgłośni Harcerskiej. To było takie nagranie, które kiedyś z Tiltem zrobiliśmy w Akademii Muzycznej w Warszawie, też chyba w 1983 czy na początku 1984 roku. To utwór nigdy nie publikowany na płycie Tiltu, a tak się złożyło, że spośród tych prawie chyba 200 piosenek, które napisałem, akurat ten ciągle znajduje się w puli piosenek, które gram właściwie bez przerwy na koncertach, czy to solowych, czy zespołowych. Dlatego postanowiłem, że się znajdzie na nowej płycie. Oczywiście aktualność tego utworu też była ważna. Zresztą podejrzewam, że ten utwór jest zawsze aktualny.

To chyba jedna z najpiękniejszych rzeczy dla autora utworu, jeśli jego tekst żyje swoim życiem przez te naście już lat?

Tak. To jest rzeczywiście ogromna satysfakcja i jedna z tak naprawdę niewielu satysfakcji, jakie można mieć w tej trudnej działalności artystycznej. (śmiech)

Jak sięgam pamięcią wstecz i próbuję sobie przypomnieć, jak powstawały twoje inne produkcje - Brygada Kryzys, wcześniejszy Tilt czy Fotoness - zawsze rodziły się one w mniejszych lub większych bólach. Natomiast w przypadku tej płyty, oprócz problemów wydawniczych, wszystko wydaje się być takie bardzo sielskie i miłe, bo ty produkowałeś płytę, zaprojektowałeś okładkę, Franz współprodukował, mieliście własne studio. To chyba najbardziej komfortowe warunki, w jakich zdarzyło ci się pracować?

Są to warunki rzeczywiście komfortowe, jeśli chodzi o pracę. Chodzi o to, że w końcu możemy sami decydować o wszystkim, tym bardziej, że mamy wspaniałego wydawcę, Music Corner, który robi to też właściwie z miłości do muzyki i dlatego, że tak chce. (śmiech) To firma, która zawsze podejmowała się różnych ambitnych działań, niekoniecznie komercyjnych, czy niekoniecznie kierując się kryterium zysku, chociaż oczywiście wszyscy chcemy na tym zarobić.

Dzięki temu, że z nimi to robimy i mamy do siebie nawzajem zaufanie, dostaliśmy całkowicie wolną rękę, co jest też o tyle komfortowe, że mamy swoje studio, w którym możemy nie tylko nagrywać, ale także realizujemy wideo, bo mamy także zaplecze produkcyjne do produkcji wideo, co dzisiejsza wspaniała technologia nam umożliwia. To jest jednak coraz tańsze i coraz bardziej dostępne.


Nie można jednak zapominać, że ta samodzielność i niezależność odbywa się potwornym kosztem, chociażby tych sześciu lat pracy nad tym, by tak się mogło zdarzyć, kosztem ogromnej niepewności co do przyszłości. Nie stoi za nami wielka i bogata machina promocyjna. To, co robimy, nie polega na umizgiwaniu się do publiczności albo na dostarczaniu jej taniej, głupawej i gładko dającej się przełknąć rozrywki. Raczej jest to działalność artystyczna, w której jest jakiś przekaz, jakaś głębsza myśl. W związku z tym zdajemy sobie sprawę, że jest to działalność ryzykowna. Mamy z jednej strony wspaniały komfort robienia tego, co chcemy, pełną niezależność i samodzielność, a drugiej strony jest to jednak działalność ryzykowna, ale podejmujemy to ryzyko.

Wspomniałeś o wideo. Masz na myśli teledysk, czy film o zespole?

Zrobiliśmy już pierwszy teledysk do piosenki "Co się stało w tym kraju nad Wisłą?". Jesteśmy w trakcie pracy nad drugim teledyskiem do piosenki "Cicho, cicho oddychasz śpiąc" i tak będziemy stopniowo jeden za drugim teledysk produkować i wypuszczać tam, gdzie się to tylko da. Też spodziewamy się tutaj pewnych trudności, bo tych programów muzycznych, pomijając kanały muzyczne, jest jednak bardzo niewiele i w związku z tym wydawcy bardzo biją się o to, by zamieszczać tam swoje teledyski. Zdajemy sobie sprawę, że konkurujemy w sensie biznesu, w sensie promocji, z dużymi strukturami, które mają dużo możliwości wywierania nacisku na stacje czy programy, aby to właśnie ich produkty się tam znajdowały, a nie nasze.

Poruszyłeś jeszcze jedną ciekawą kwestię, zwłaszcza w kontekście utworu "Tego biznesu...". Mówiłeś, że Music Corner działa właściwie z miłości do muzyki. Tekst tego utworu dotyczy zupełnie przeciwnego bieguna. Dowaliłeś w nim wszystkim tym, którzy myślą o nośnikach i produktach, a nie o muzyce. Teraz masz ten komfort, że możesz sobie na to pozwolić, bo masz takiego wydawcę. Natomiast co z tymi innymi wykonawcami, którzy grzęzną w tej machinie, świadomie bądź nie, być może nie zdając sobie sprawy z konsekwencji? Oni boją się podjąć ryzyko, które ty podejmujesz, ale ty jesteś postacią znaczącą w świecie polskiej muzyki.

Każdy dokonuje swoich własnych życiowych wyborów. Te wybory, których ja dokonuję, akurat są takie. Oczywiście to ma nie tylko dobre strony, ale też złe. Wiadomo, że ci, którzy posłusznie idą i robią to, co im te firmy każą albo sugerują, mają łatwiejsze życie, chociażby pod względem materialnym. My pozostając w tej samodzielności i niezależności, borykamy się z tą materialną stroną egzystencji dosyć poważnie. Mam nadzieję, że w wyniku tej płyty to się zmieni, ale też różnie może być. Każdy decyduje sam za siebie. Ja już tak daleko zabrnąłem w tą niezależność czy opozycyjność wobec głównego nurtu wydarzeń na rynku, że nie wyobrażam sobie istnienia w innej formie. Natomiast każdy decyduje sam za siebie, każdy decyduje, na ile kompromisu takiego czy innego może sobie pozwolić. Każdy się decyduje, czy bardziej mu zależy na zachowaniu twarzy, czy grubych portfelach.


Życzę wszystkim, by im się jak najbardziej udawało jedno i drugie, by uczciwie i rzetelnie mogli robić to, co chcą i przy okazji żyli z tego godziwie. To dzisiaj, jak wiadomo, jest bardzo trudne, rynek jest bardzo płytki, stacje radiowe, które są głównym kanałem promocji - mam na myśli te duże ogólnopolskie, sieciowe stacje radiowe - nie grają w ogóle nowej muzyki, tylko muzykę już sprawdzoną, która gdzieś tam się sprawdziła i wtedy można ją bezpiecznie puszczać po to, by reklamodawcy byli zadowoleni i tak dalej, i tak dalej. Generalnie sytuacja promocji polskiej muzyki w tej chwili jest potwornie trudna. Wszyscy, którzy się tym zajmują, zdają sobie z tego sprawę i na co dzień o tym rozmawiają. Nie bardzo widać drogę wyjścia z tego. Nie jest lekko, ale walczyć trzeba.

Kiedyś znalazłeś się po drugiej stronie barykady, pracowałeś w wytwórni płytowej. Jak to wygląda z tamtej perspektywy? Taki człowiek jak ty, zajmujący się muzyką, postać powszechnie znana, trafia między rekinów biznesu. Czy jest szansa, by walczyć będąc tam w kierunku zmian?

To znowu jest wielowymiarowa sprawa. Ja miałem bardzo duże nadzieje na początku lat 90., może wynikające z pewnej mojej naiwności czy nadmiernego idealizmu, że w momencie, w którym te duże międzynarodowe firmy wejdą na polski rynek, wprowadzą one pewne standardy cywilizowanego świata. Między innymi też z tego powodu przyjąłem ofertę pracy w BMG w pierwszym roku jej działalności jako dyrektor marketingu, który zajmował się także tworzeniem polskiego katalogu. Niestety, moje rozczarowanie było ogromne. Nagle zobaczyłem, jak to wygląda z drugiej strony. Zauważyłem, że artysta i jego dzieło jest zwany produktem, że w budżecie takiej firmy wydatki ponoszone i na promocję, i na zarobki artysty, są po stronie kosztów i trzeba je minimalizować, tak jak się minimalizuje koszty w każdej dobrej firmie, że nade mną jest cała ogromna, wielopiętrowa struktura szefów, którzy mają swoich szefów, a ci jeszcze swoich szefów, i że tak naprawdę stopień swobody decyzyjnej jest bardzo niewielki.


Miałem tam bardzo symptomatyczną przygodę z zespołem Varius Manx, który - jak wiadomo - był sobie takim instrumentalnym zespolikiem, który gdzieś tam funkcjonował na peryferiach wszystkiego, i pewnym momencie zeszli się z młodą, obiecującą wokalistką Anitą Lipnicką, która też była wówczas kompletnie nieznana. W moje ręce trafiły jakieś ich pierwsze nagrania, pierwsze występy i uznałem, że jest to bardzo dobrze rynkowo rokujący zespół, a moją rolą było szukanie właśnie takich zespołów. Bardzo chciałem podpisać z nimi kontrakt i wydać ich w BMG. Wyobraź sobie, że szefostwo firmy w Monachium nie wyraziło na to zgody, po czym w momencie, w którym musiałem z wielkim smutkiem zerwać rozmowy z Robertem Jansonem. On poszedł na sąsiednią ulicę do Zic Zaca, który ma wspaniały strzał i osiaga wielki sukces wydając ich.

Tego typu rzeczy potwornie mnie rozczarowały do działalności tych polskich oddziałów dużych korporacji. Dalsze lata, czyli połowa lat 90. i druga połowa lat 90., to czasy, kiedy firmy te próbowały realizować swoje własne pomysły, typu kreowanie polskich boysbandów, lansowanie jakichś wyciągniętych nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co gwiazdeczek. Wszyscy wiemy, czym to się skończyło. Widzimy, jak ten rynek w tej chwili wygląda i nagle wszyscy łapią się za głowę i mówią: Ojej, co teraz!. Trzeba było myśleć wcześniej. Tak to wygląda.

Nazwałeś płytę "Emocjonalny terror". Mocno niepokojący tytuł. Wprawdzie sama strona melodyczna utworu tytułowego jest fajna, transowa, można potańczyć przy tym, ale tekst już taki przyjemny i lekki nie jest. Czy odczuwasz osobiście coś takiego, jak emocjonalny terror?

To jest coś, z czym mamy do czynienia na wielu poziomach, na wielu płaszczyznach i właśnie o to mi chodzi.

W momencie, w którym na przykład pan Lepper próbuje realizować swoje akcje w skrajnie cyniczny sposób, wykorzystując tragiczną sytuację ogromnej części społeczeństwa polskiego, mamy wtedy do czynienia z emocjonalnym terrorem. W momencie, w którym Palestyńczycy wysadzają się w autobusach w Izraelu, mamy do czynienia z emocjonalnym terrorem. W momencie, w którym Stany Zjednoczone próbują narzucać swoją wolę siła, tam gdzie jest im to wygodne, na przykład bombardując bezlitośnie Serbię, mamy do czynienia z emocjonalnym terrorem.


Po prostu chodzi o to, by ludzie się bali, bo jeżeli ludzie się boją, łatwiej jest ich kontrolować. Ja jednak większość swojego życia przeżyłem w tym tak zwanym minionym systemie, który też polegał na terrorze emocjonalnym. Chodzi o to, by wzbudzać rozmaitymi metodami, manipulacjami, socjotechniką i innymi działaniami, w ludziach lęk przed jutrem, lęk przed codziennością i realizować swoje własne ciemne plany.

Z emocjonalnym terrorem mamy do czynienia także wtedy, gdy na przykład starsi ludzie boją się wychodzić na ulicę, bo oglądają codziennie w telewizorze 150 trupów i tyle samo morderstw, krwi, podrzynania gardeł i tak dalej, i tak dalej. Ja zawsze pytam każdego, kto mówi, że w Polsce jest tak niebezpiecznie, że strzelają i strach jest wyjść na ulicę, kiedy ostatni raz w realnym życiu widział jednego człowieka strzelającego do drugiego. Kiedy ostatni raz widział w swoim życiu, że ktoś komuś podrzyna gardło. Okazało się, że większość ludzi nie widziała tego nigdy w życiu, a oglądając to codziennie w telewizji - zwłaszcza starsi ludzie, którzy nie potrafią do końca oddzielić sfery wirtualno-medialnej od sfery realnej - myślą, że za każdym rogiem czyha złoczyńca z nożem.

Z drugiej strony młodzi ludzie, którzy też są podatni na te sugestie, którzy na co dzień oglądają ten terror w telewizji, zaczynają uważać, że właśnie tak świat powinien wyglądać. Zaczynają to, co widzą w telewizji, realizować w realnym życiu. To jest takie samo spełniające się proroctwo. Generalnie rzecz ujmując, chodzi o coś takiego.

Tomasz Lipiński powiedział kiedyś: "Najważniejsze jest to, żeby nigdy nie przestać się uczyć". Gdy słuchałem "Emocjonalnego teroru" to muszę przyznać, że Tomasz Lipiński rzeczywiście się uczy, czego dowodem jest chociażby utwór "Westchnienie z ciszy", którego po Tilcie bym się nie spodziewał i szczerze powiem, że mi się on podoba. Powiedz mi, jaka jest geneza powstania tego utworu? Czy to jest jakiś odrzut z materiałów, które pisałeś do filmów, czy jest to zupełnie nowa kompozycja

To jest jedna z kompozycji przeznaczonych na tę płytę. Tak naprawdę ten nurt wywołany jest przez Franza Dreadhuntera. To on ciągnie trochę w stronę tej nowszej technologii, nie chcę powiedzieć w stronę elektroniki, wolę mówić o nowej technologii. Poza tym jest to człowiek, który chodził do szkoły muzycznej, gra bardzo fajnie na klawiszach, wymyśla bardzo fajne patenty klawiszowe. Zarówno ten utwór, jak i "Emocjonalny terror", są zainspirowane przez niego. To utwory, których był inicjatorem.

Wspominałeś, że zastanawiałeś się nad oddaniem tego nowego materiału do zremiksowania DJ-om. Masz już kogoś konkretnego na myśli, czy nadal jest to pomysł, który bierzesz pod uwagę?

Ciągle o tym myślę. Na razie zostawiliśmy to w spokoju. Myślę, że zajmiemy się tym jesienią. Teraz są wakacje, więc bardziej zależy nam na tym, by wypromować nowy album, przypomnieć bądź uświadomić ludziom, że zespół istnieje i gra. Myślę o remiksach cały czas, no i zastanawiam się nad różnymi nazwiskami. Jest kilka osób w Polsce, kilku ludzi, którzy robią dosyć interesujące rzeczy, w różnych gatunkach, Niekoniecznie są to ci najbardziej znani ludzie. Myślę o niejakim Gigim, który jest moim kolegą z Radiostacji - zajmuje się on muzyką mininal. Myślałem o moich kolegach warszawskich hiphopowcach związanych z Molestą, myślałem też o takim dosyć interesującym twórcy trójmiejskim, czyli Marcinie Hadrychu i jeszcze o paru osobach. Trudno by mi było wymienić wszystkich, ale na pewno to planuję.

Z Wieniem z Molesty miałeś zdaje się coś nagrywać?

Tak, nagraliśmy piosenkę. Na swoją nową płytę nagrał taką piosenkę o dzieciach z wielkiego miasta, o dzisiejszych dzieciach olewanych przez rodziców, żyjących w tych trudnych warunkach. Poprosił mnie, żebym wziął w tym udział. Zaśpiewałem taki refrenik i nagrałem też partię gitar. To się ukaże na jego nowej płycie. Bardzo się cieszę z tego, bo cenię i szanuję to, co oni robią.

Rozumiem, że scenę hiphopową też poważasz?

Hip hopu raczej nie będę robił. (śmiech) Aczkolwiek, gdybym dzisiaj miał o te ileś tam lat mniej, nie zaczynał pod koniec lat 70., tylko pod koniec lat 90., niewątpliwie hip hop byłby tym medium, któremu bym się poświęcił. To, co my robiliśmy na przełomie lat 70. i 80., używając najbardziej wówczas nośnego medium, oni robią dokładnie to samo dzisiaj, używając swojego medium. Dlatego jest mi to tak bliskie, aczkolwiek stylistycznie uprawiamy różne gatunki muzyki, ale ten crossover jest takim dowodem na to, że jesteśmy bardzo blisko siebie.

Tilt i Brygada przecież także opierały się na takich ostrzejszych rockowych, punkrockowych kawałkach, no i zawsze wsadzałeś do tego troszeczkę reggae. Na nowej płycie Tiltu też dodałeś reggae, elektronikę i te transowe brzmienia. To kierunek, który określa kierunek ewolucji Tiltu, czy raczej będziesz szukał gdzieś indziej?

Właściwie ta płyta jest takim zintegrowaniem różnych nurtów, którymi się na przestrzeni czasu interesowałem. Jak zauważyłeś, są tam wszystkie te rzeczy. Elektronika pojawiła się dlatego, że po prostu pojawiły się na świecie technologie, z których korzystamy, tak jak korzysta się z nowych instrumentów, czy z nowych sposobów realizacji dźwięku, które są bardzo wygodne, bardzo interesujące. Oczywiście, ostatecznie wszystko się sprowadza do tego, co kto ma do powiedzenia. Komputer sam nie gra. (śmiech) Programy muzyczne same nie grają. Myślimy z Franzem o nagraniu wspólnej płyty, którą jeszcze nie wiem, jak będziemy firmować, ale myślimy o tym i sądzę, że będzie to muzyka rozwijająca właśnie te klimaty, które znalazły się czy to w utworze "Emocjonalny terror", czy w nagraniu "Westchnienie z ciszy". Myślimy o tym bardzo poważnie i chyba niedługo zabierzemy się za to.

Na razie się skończyło na myśleniu, czy już coś tam napisałeś?

W zasadzie mamy ze sobą kontakt na co dzień, więc na razie jest to myślenie, omawianie, zastanawianie się. Jeszcze pierwszych śladów nie ma nagranych, ale już jesteśmy bliscy tego. Chcielibyśmy to zrobić.

Nie uniknę w naszej rozmowie jeszcze przynajmniej dwóch powrotów do przeszłości. Kiedyś popełniłeś z Marcinem Ciempielem coś takiego jak Fotoness. Teraz strasznie ciężko jest zdobyć nagrania tej formacji. Czy jest szansa, że ta płyta zostanie wznowiona na CD?

Stale mnie o to pytają. Wiesz, to jest zaskakujące, bo ta płyta przeszła praktycznie bez echa w momencie, w którym została wydania.

Ale kawałek "Again" pojawiał się od czasu do czasu w mediach.

Owszem, pojawiał się. Przez parę lat ta płyta była zapomniana. W tej chwili wszyscy, dosłownie wszyscy o niej mówią. Byłem wczoraj na press-tourze w Warszawie i nie było osoby, która by mnie o to nie zapytała. Na forum dyskusyjnym Tiltu też raz po raz te pytania pojawiają się. W związku z czym zainteresowałem tym tematem. Piotrek Praschil z Music Cornera ma zbadać, jak wygląda sytuacja prawna tych nagrań i jest szansa, że zostanie to wydane.

Wiem, że jesteś w kontakcie z Robertem Brylewskim. No i teraz pytanie, którego chyba się domyślasz. Będzie Brygada Kryzys czy nie?

Nie wydaje mi się. Z kilku powodów. Raz, że mam mieszane uczucia co do tego pomysłu. Siłą rzeczy narzucałaby się ewolucja tego zespołu w stronę czegoś w rodzaju takiej postalternatywnej Budki Suflera, a tego po prostu chciałbym za wszelką cenę uniknąć. Nie wykluczam, że jeszcze kiedyś coś z Robertem nagramy, bo jest on muzykiem niezwykle twórczym, ciekawym. Zawsze nam się dobrze pracowało i zawsze te wspólne działania miały dobre rezultaty. Natomiast nie wydaje mi się, by reaktywowanie Brygady Kryzys miało jakiś głębszy sens, chociaż mogłoby być intratne finansowo.

Kiedy byliście z Franzem gośćmi naszej CZATerii, powiedzieliście między innymi, że myślicie o zrealizowaniu filmu o was. Czy ten pomysł też jest na razie tylko w twojej głowie?

W tej chwili robimy tak, że kręcimy sporo materiałów przy różnych okazjach. Powoli tworzymy bank. W czasie lata, kiedy mam nadzieję zagramy kilka koncertów, chcemy kręcić różne sceny, prywatne, półprywatne, zakulisowe i tak dalej. Chcemy zgromadzić swego rodzaju bank tych zdjęć i zrobić coś w rodzaju filmiku dokumentalnego, pokazującego od kuchni jak działamy, jak żyjemy, jak to wszystko wygląda. Nie będzie to film na zasadzie takiej, że piszemy scenariusz i kręcimy, tylko chcemy raczej zebrać dużo prawdziwie dokumentalnych materiałów i później zmontować to w jakąś taką formę filmu dokumentalnego, dodać do tego kilka teledysków i wypuścić coś takiego na kasecie i na DVD.

Będzie także szansa na zrobienie zakulisowych materiałów z Garym Moorem i Patti Smith, z którymi macie zagrać.

Z Patti Smith sprawa się za przeproszeniem rypła, bo okazało się, że artystka nie chce żadnego supportu, w związku z tym, ku naszemu ogromnemu żalowi, nie weźmiemy udziału w jej koncercie. Wybieram się jednak na ten koncert i mam nadzieję spotkać się z artystką i zamienić z nią kilka słów i podziękować jej za wszystkie wspaniałe rzeczy, które zrobiła. Bardzo żałuję, bo byłoby to naprawdę wspaniałe zagrać przed nią, tym bardziej, że kiedy zaczynaliśmy, była jedną ze sztandarowych postaci, których muzyki słuchaliśmy. Była bardzo ważna dla nas.

A co do Gary?ego Moore?a, sprawa jest aktualna - jedziemy 19 lipca do Spodka, by zagrać. Zobaczymy, na ile Gary Moore jest człowiekiem dostępnym, na ile jego otoczenie jest przepuszczalne, na ile uda się porozmawiać i nawiązać jakieś prywatne kontakty. (śmiech)

Czy można się spodziewać jakiejś trasy koncertowej promującej "Emocjonalny terror". Jest już coś zaplanowane?

Myślimy tak naprawdę o jesieni. Jak mówiłem, lato chcemy wykorzystać na spowodowanie zaistnienia zespołu i nowych piosenek w mediach, co jest dosyć trudne i trafia na pewne opory. Raczej temu poświęcimy lato. Oczywiście, że zagramy jakąś ilość koncertów tam, gdzie ludzie będą zainteresowani i mamy nadzieję, że kilka tygodni działalności w tym kierunku pozwoli nam jesienią zagrać taką kilkukoncertową trasę promocyjną w większych miastach w Polsce. Oczywiście wiadomo, że to wszystko rozbija się przede wszystkim o finanse. Rynek jest płytki, ludzie nie mają kasy i w związku z tym trudno byłoby sfinansować, czy zakładać sfinansowanie trasy wyłącznie z biletów, nie zabezpieczając się jakimiś sponsorami. Na razie w sytuacji, w jakiej zespół obecnie znajduje się, a tak naprawdę jesteśmy dopiero na rozbiegu, trudno liczyć na zainteresowanie sponsorów, tym bardziej, że ogólnie jak wiadomo, zainteresowanie sponsorów takimi imprezami, w takiej sytuacji gospodarczej kraju, bardzo spadło. Ale jesteśmy dobrej myśli. Myślimy o takiej trasie jesienią.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

(fot. Kwiatek)

import rozrywka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy