Reklama

Alex Callier (Hooverphonic): Jeśli się nie zjednoczymy, nie przeżyjemy [WYWIAD]

Alex Callier opowiedział o karierze z Hooverphonic /David Wolff - Patrick/Redferns /Getty Images

Zespół Hooverphonic na scenie obecny jest od lat. Przypomnieli o sobie występem na eurowizyjnej scenie. Alex Callier w rozmowie z Interią opowiedział o najlepszych koncertach i tworzeniu muzyki, wspomniał również o wojnie w Ukrainie.

Alex Callier, Hooverphonic: - Zanim zadasz pierwsze pytanie, pozwól, że zaparzę sobie herbatę. Ty masz ochotę się czegoś napić?

Kasia Gawęska, Interia: Nie, dziękuję.

- Ja muszę to zrobić, jestem uzależniony od zielonej herbaty, piję ją bez przerwy. Chociaż przyznam, że będąc w Polsce, trochę tęsknię za Żubrówką z sokiem jabłkowym.

W ogóle nie pijasz alkoholu?

- Może dzisiaj rzeczywiście wypiję odrobinę Żubrówki. Z reguły nie piję alkoholu, ale nie jest tak, że całkowicie z niego zrezygnowałem. Uznałem, że jeśli decyduję się na lampkę wina, musi to być bardzo dobre wino. Jeśli piję wódkę, to wystarczy mi jeden kieliszek, ale tylko wódki z najwyższej półki. Staram się bardziej rozkoszować tym, co piję i być tego świadomy. Kiedyś bardzo często piłem wódkę, ale raczej nie za dnia. Zawsze byłem dobry w powolnym piciu. W Rosji nie nadążałem za moimi towarzyszami, ale miałem na to sposób - udawałem, że piję w ich tempie, a wódkę wylewałem za siebie. Wolałem co jakiś czas wziąć małego łyka. Dlatego następnego dnia zawsze czułem się dobrze: jednego wieczora wypijałem może pół butelki wódki, ale rozkładałem to w czasie, a pomiędzy kolejnymi kieliszkami piłem wodę.

Reklama

Woda jest ważna. Ale pół butelki wódki co wieczór... Nie wiem, czy przekonałeś mnie, że po takiej ilości alkoholu można czuć się dobrze o poranku [śmiech].

- Mówię prawdę! Będąc młodym człowiekiem w zespole, wyjeżdżając w trasę koncertową, uczysz się różnych trików [śmiech].

Domyślam się, że po 27 latach działalności zespołu Hooverphonic - tak jak ja w 27. roku mojego życia - mógłbyś stworzyć wiele podsumowań, ale patrząc na ciebie, mam wrażenie, że najlepszy moment w twojej karierze trwa teraz.

- To prawda, bo najfajniejsze w całej mojej karierze jest to, że po 27 latach nadal istnieje. Pamiętam, że kiedy zaczynaliśmy w 1995 roku, belgijski dziennikarz napisał gdzieś, że jesteśmy przykładem zespołu jednego przeboju. Dzisiaj, 27 lat później, nadal występujemy na scenie, na nasze koncerty przychodzi całkiem sporo ludzi. Jestem dumny, że nam się to udało.

Nie uważasz, że to zabawne, że po występie na Eurowizji wiele osób uznało, że jesteście nowym zespołem?

- Rzeczywiście trochę mnie to bawi, ale nie ma znaczenia, czy gramy nasze największe hity, takie jak "Mad About You", "2 Wicky" albo "Anger Never Dies", czy właśnie "The Wrong Place" - dopóki sprawia to radość nam i naszym fanom, nie interesuje mnie nic poza tym. To też jest dla mnie powód do dumy: nie mamy tylko jednego hitu, jak przewidywał wspomniany wcześniej dziennikarz. Nagraliśmy sporo klasyków.

Na pewno inaczej patrzysz teraz na sławę.

- Gdybym był w twoim wieku, zapewne marzyłbym o światowej sławie. Ale jako 50-latek cieszę się, że nigdy nie doświadczyłem popularności w takim stopniu. Jako Hooverphonic jesteśmy sławni, oczywiście. Dzisiaj stanę na scenie przed tysiącem Polaków, którzy szaleją na punkcie zespołu z Belgii. Ale mogę też iść do sklepu Apple za rogiem, co zresztą planuję, i nikt nie będzie mi przeszkadzał. Mogę spacerować, mogę wyjechać na wakacje z żoną do Włoch, i być może kilka osób mnie rozpozna, ale musieliby być koneserami naszej twórczości.

Zawsze, gdy oglądam filmy o wielkich artystach, na przykład o Beatlesach, myślę sobie, że ich życie było okropne. Musieli siedzieć zamknięci w hotelowych pokojach, nie mogli nigdzie wyjść, a za drzwiami stali ochroniarze. To straszne, w ogóle nie przypomina prawdziwego życia. Byli zamknięci w złotej klatce. A my? Jeździmy po całym świecie, gramy wyprzedane koncerty chociażby w Istanbule. Zabawne jest też to, że w niektórych krajach jesteśmy mainstreamowym zespołem: na przykład we Włoszech, w Belgii, w Holandii.

A jak jest w innych miejscach?

- W Brukseli ludzie spotykają się przy barze, piją ze znajomymi, a kiedy słyszą jakiś hit, przybiegają pod scenę. W Pradze zawsze jest świetnie i stojąc na scenie, myślę sobie, że to zupełnie inni ludzie niż poprzedniego dnia w Brukseli. To dlatego, że słyszą nas często w radiu. Myślę, że w Warszawie jest podobnie - żeby przyjść na koncert rocznicowy, trzeba być prawdziwym fanem danego zespołu. Ale nie mówię tego dlatego, że przeszkadzają mi sytuacje takie jak w Brukseli. To po prostu zupełnie inne koncerty i szczerze mówiąc, lubię tę różnorodność.

To trochę jak występy na festiwalach, prawda?

- Dokładnie tak, chociaż preferujemy mniejsze koncerty. Nawet w Belgii występujemy w klubach, chociaż mamy możliwość grania większych koncertów. Lubimy te intensywne emocje, które powstają w takich okolicznościach. Wolałbym grać dla 1,5 tysiąca ludzi, którzy przyszli posłuchać nas, a nie na festiwalu dla 70 tysięcy osób, z których połowa w ogóle nie słucha muzyki, bo kupuje piwo albo rozmawia z przyjaciółmi.

Gdy byłeś młodszy, nie marzyłeś właśnie o takich koncertach, dla 70 tysięcy osób?

- Tak, bo myślałem, że dorobię się na wielkich koncertach i będę mógł się utrzymywać z muzyki. Nie wzbogaciłem się przesadnie, ale mogę czerpać radość z tworzenia muzyki, a to jest najważniejsze. To marzenie, po 27 latach, nadal się spełnia. Ale zastanawiam się, co będzie za 13 lat. Wszystko będzie inne. Słyszałem, że potrzeba 20 lat, żeby coś stało się kultowe, albo żeby wszyscy o tym zapomnieli.

Tak się stało z "The Magnificent Tree" - to kultowy album.

- Tak, a teraz ludzie odczuwają nostalgię, myśląc o tej płycie, bo przeżywają kryzys wieku średniego i chcą wrócić do czasów młodości. Dzięki temu ich dzieci podłapują naszą muzykę - może dlatego, że są w szoku, że kiedyś powstawało coś, czego dzisiaj nie znają. To tak jak moje podejście do samochodów: kiedy widzę na ulicy samochód z lat mojej młodości, od razu się krzywię, bo dobrze znam ten model, bo sam nim jeździłem. Ale kiedy widzę samochód z lat 60., myślę, że jest fantastyczny - bo kiedy był popularny, mnie jeszcze nie było na świecie. Tak samo jest z muzyką czy modą. Widzę, że masz na sobie buty Dr. Martens.

Tak, bo odkryłam je dawno temu na zdjęciach mojej mamy z młodości - wtedy je nosiła.

- To tylko potwierdza moją teorię [śmiech]. Ale też dlatego myślę, że już niedługo może nie być tak kolorowo - być może kolejne pokolenia będą przychodzić na nasze koncerty, a może nie.

Chyba trudno byłoby nie zdobywać nowych fanów, jeśli każdy album jest inny, jak w waszym przypadku.

- Jesteśmy eklektyczni, to prawda. Na dodatek bez przerwy zmieniamy wokalistki [śmiech]. Ale może zmieniamy się za szybko? Zaczynaliśmy od inspiracji My Bloody Valentine, później nagle zafascynowałem się skrzypcami... Może nie nagle, bo we wczesnej młodości zakochałem się w dziewczynie o imieniu Manon. Wtedy jeszcze nie było koedukacyjnych szkół. Pewnego dnia zobaczyłem w domu płytę Serge'a Gainsbourga, francuskiego kompozytora, którego uwielbiał mój tata. Na płycie był utwór “Manon", który zaczyna się od pięknej aranżacji skrzypcowej. Dzięki Manon zakochałem się w skrzypcach i Gainsbourgu. Przy drugiej płycie mieliśmy większy budżet, więc skrzypce to pierwsze, co przyszło mi do głowy, co chciałem usłyszeć na tym albumie. I udało się. Ale wiele osób łapało się za głowę, próbując odkryć, co tam się wydarzyło.

Zmiany są trudne...

- Tak, a my testowaliśmy granice słuchaczy. Chcieliśmy wiedzieć, jak daleko możemy się posunąć, jak dramatyczne brzmienie możemy osiągnąć. Naszą ulubioną płytą jest "The President of the LSD Golf Club", która w ogóle się nie sprzedała. Zobaczysz, że nawet dzisiaj, jak zapytamy publiczność, czy ktoś zna tę płytę, zgłoszą się może cztery osoby. Mimo to zawsze gramy jedną piosenkę z tego albumu, bo go uwielbiamy i sprawia nam to przyjemność. Nie wypuściliśmy żadnych singli z tej płyty.

Wasza wytwórnia płytowa na pewno była wniebowzięta [śmiech].

- Dlatego nas wyrzucili [śmiech]. Ale zawsze podążamy za swoimi marzeniami i intuicją. Najbardziej w życiu nie boję się tego, że będę musiał wydać płytę bez wsparcia wytwórni, ale że Hooverphonic stanie się jak Depeche Mode czy U2 - ludzie nie chcą słuchać ich nowej muzyki, tylko starych piosenek.

Eurowizja była dla was narzędziem do tego, żeby skłonić ludzi do sprawdzenia nowej twórczości Hooverphonic?

- Zdecydowanie tak. Ale szczerze mówiąc, wystąpiliśmy na Eurowizji przede wszystkim dlatego, że ją uwielbiam. Zawsze utrzymywałem to w sekrecie - teraz ci to wyznałem [śmiech]. Uwielbiam ten konkurs, bo jest jak cyrk, a przecież ludzie kochają chodzić do cyrku, ja też. Cyrk to rozrywka. Co roku odkrywam chociaż jedną piosenkę, która zostaje ze mną na zawsze. Oczywiście jest też wiele utworów, których nie cierpię. Scenografia jest jak z kosmosu. Możesz usłyszeć artystów z wielu krajów, każdy inaczej rozumie muzykę, reprezentuje inną kulturę. Poza tym uwielbiam ideę zjednoczonej Europy i przykro mi, że jeszcze jej nie mamy.

Masz na myśli wojnę w Ukrainie?

- Mam na myśli fakt, że są jeszcze kraje, które nie chcą być częścią Unii Europejskiej albo które nie chcą, żeby Ukraina była jej częścią. Chociaż mam wrażenie, że wojna może uzmysłowić niektórym, że skoro w Ukrainie dzieją się takie rzeczy, to mogą dziać się wszędzie. I co wtedy? Jeśli się nie zjednoczymy, nie przeżyjemy.

Tworzymy oddolne inicjatywy.

- Tak, w Polsce, w Belgii, zapewne w wielu innych krajach przyjmujemy Ukraińców, pomagamy. Może dzięki temu zobaczymy, że musimy zbliżyć się do innych ludzi, pomagać sobie wzajemnie. Te słowa mogą brzmieć dziwnie w ustach człowieka, który nie posiada dzieci [śmiech].

Bo istnieje społeczna presja na to, aby każdy był w związku i posiadał dzieci.

- Absolutnie się z tym zgadzam. Trzeba iść do szkoły, później do pracy, później mieć dzieci i tak dalej. Zawsze staram się robić to, co niespodziewane. Tak jak z Eurowizją. Nie chcę mieć dzieci, to moja świadoma decyzja. Podjąłem ją dlatego, że jestem muzykiem, rzadko bywam w domu, a nie chciałbym być wiecznie nieobecnym ojcem. W życiu trzeba dokonywać wyborów. Zawsze chcemy więcej: więcej pieniędzy, lepszego samochodu, idealnej żony i idealnych dzieci. Chcemy mieć dobrą pracę, jeździć na wakacje dwa razy w roku - raz w góry, raz nad morze. Ale przecież nie można mieć wszystkiego, coś trzeba poświęcić. Ja poświęciłem rodzicielstwo. Nadal jestem zadowolony z tego wyboru, bo mogę być kreatywny, a to zawsze było dla mnie najważniejsze.

Masz szczęście, że od dawna jesteś tego świadomy.

- Myślę, że każdy jest w jakimś stopniu świadomy tego, czego naprawdę chce, ale boimy się ryzykować i rezygnować z niektórych rzeczy. Boimy się porażki. Do dzisiaj czasem odnoszę sukces, a czasem upadam na dno. Ludzie mówią, że moja praca to spełnienie marzeń, i tak jest, ale nie widzą, że nie mogę niczego zaplanować, bo jeżdżę po świecie. Nie widzą, że siedzę po 12-13 godzin dziennie w studio przed komputerem i próbuję napisać nową piosenkę. Jestem sam w ciemnym, małym, zamkniętym pomieszczeniu. Ja to uwielbiam, ale nie jestem pewien, że to taka idealna praca.

Z drugiej strony widzę czasami budowlańców i myślę sobie, że nie dałbym rady - byłbym brudny, spocony, nosiłbym ciężary, nie mógłbym nawet umyć rąk. Ale przyjaźnię się z ludźmi, którzy kochają pracować na budowie. To dlatego zawsze mówię ludziom, że nie chodzi o to, kim chciałoby się być, ale w czym jest się dobrym. A kiedy odkryjesz, w czym jesteś dobra, możesz zamienić to w swoją wymarzoną pracę.

Kiedy ty wiedziałeś, że jesteś dobry w tworzeniu muzyki?

- W wieku około 13 lat powiedziałem mamie, że chcę być w zespole rockowym - nie zgodziła się. Później wręcz zmuszała mnie do udziału w lekcjach gry na pianinie. Mojemu bratu pozwoliła z nich zrezygnować, a mi nie. Jako 18-latek zapytałem ją, dlaczego tak postąpiła. Mama stwierdziła, że odpowiedź jest bardzo prosta: wystarczyło porozmawiać z moim nauczycielem, który twierdził, że mam talent i szkoda byłoby, gdybym przestał się uczyć. Cieszę się, że tak to się potoczyło, bo w pewnym momencie to pokochałem.

Moja żona dopiero w wieku 27 lat odkryła, że chce być nauczycielką. Wcześniej pomagała w salonie fryzjerskim i mówiła, że lubi to, co robi, chciałaby działać w branży modowej. Zaczęła to robić, po czym uznała, że to nie dla niej. Później była stewardessą linii lotniczych, które zbankrutowały. Następnie zaczęła pracę w butiku z luksusowymi ubraniami. Aż wreszcie w wieku 27 lat stwierdziła, że chce uczyć dzieci duńskiego, więc wróciła na studia. Jako 30-latka zaczęła uczyć. Do dzisiaj często pytam ją, czy lubi swoją pracę i cieszę się, że odpowiedź jest twierdząca. Gdyby było inaczej, nie moglibyśmy ze sobą żyć - zawsze byłaby sfrustrowana, że mnie cieszy tworzenie muzyki. Nieważne o co chodzi - uczenie, pisanie piosenek, czy cokolwiek innego - baw się. Musisz się dobrze bawić. Za mną 27 lat dobrej zabawy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama