Reklama

Ujawniono przyczynę śmierci Eddiego Van Halena. Co z pogrzebem muzyka?

Sekcja zwłok słynnego gitarzysty Eddiego Van Halena wykazała, co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Ujawniono również, co stało się z jego zwłokami.

Eddie Van Halen zmarł mając 65 lat

Przypomnijmy, że wirtuoz i legenda gitary Eddie Van Halen zmarł 6 października w wieku 65 lat.

Reklama

Według najnowszych informacji bezpośrednią przyczyną śmierci rockmana był udar (w karcie śmierci zapisany jako incydent mózgowo-naczyniowy).

Oficjalna sekcja zwłok stwierdziła również, że Van Halen cierpiał z powodu innych schorzeń, które w ostateczności doprowadziły do udaru. Gitarzysta miał raka płuc i skóry, arytmię oraz mielodysplazję szpiku (nazywana też stanem przedbiałaczkowym).

Na początku XXI wieku u Eddiego Van Halena zdiagnozowano raka języka - część tego organu została mu usunięta po diagnozie. Według serwisu TMZ przez ostatnie pięć lat gitarzysta hardrockowej grupy Van Halen (posłuchaj!), podróżował pomiędzy USA a Niemcami na leczenie w postaci radioterapii.

Amerykańscy lekarze w 2017 r. wykryli u rockmana czwarte stadium raka płuc. Wówczas dawali mu mniej więcej sześć tygodni życia. Dzięki leczeniu w Niemczech muzyk przeżył jeszcze kolejne trzy lata.

Co z pogrzebem Eddiego Van Halena?

Jak podaje serwis TMZ.com ciało Eddiego Van Halena zostało skremowane 22 dni po jego śmierci. Prochy przekazano synowi artysty. Ostatnią wolą muzyką było, aby jego szczątki rozsypano u wybrzeży Malibu, gdzie mieszkał (południowa Kalifornia). Na razie nie wiadomo, czy rodzina gwiazdora zdecyduje się na zorganizowanie uroczystości pożegnalnej.

Kwartet Van Halen w latach 80. był jednym z najpopularniejszych zespołów na świecie, a miejsce na szczycie zawdzięcza płycie "1984" (z przebojami "Jump" i "Panama" na czele - posłuchaj!), która tylko w samych Stanach Zjednoczonych sprzedała się w ponad 12-mln nakładzie.

Poza swoją macierzystą formacją Eddie zabłysnął w 1982 roku, kiedy do współpracy zaprosił go Quincy Jones, producent i współtwórca przełomowej płyty "Thriller" Michaela Jacksona. Początkowo gitarzysta myślał, że ktoś sobie robi z niego telefoniczne żarty. Kiedy w końcu uwierzył, że to naprawdę Quincy Jones, od razu zdecydował się przyjąć propozycję.

Eddie zagrał improwizowane solo w piosence "Beat It", w dodatku zrobił to za darmo. "Zdaniem wszystkich naokoło byłem kompletnym głupkiem, ale ja wiedziałem, co robię" - wspominał po latach. Główne partie gitary w "Beat It" należą do Steve'a Lukathera, lidera grupy Toto. Eddie nie pojawia się też w teledysku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Eddie Van Halen | Van Halen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama