Reklama

Skandal w USA. Znany menedżer molestował artystki

Grupa kobiet z branży muzycznej przyznała, że była molestowana przez menedżera i szefa firmy PR-owej, Heatcliffa Berru.

Amber Coffman przerwała milczenie i oskarżyła Berru o niestosowne zachowanie

Heatcliff Berru to założyciel firmy PR-owej Life or Death, która reprezentuje wielu artystów. Współpracuje ona m.in. z: D’Angelo, składem Odd Future i zespołami DIIV oraz Speedy Ortiz. Pod ich skrzydłami działały również grupy Dirty Projectors i Best Coast.

Reklama

19 stycznia Amber Coffman, wokalista i gitarzystka grupy Dirty Projectors, przerwała milczenie na Twitterze i opisała, co zaszło między nią i menedżerem.

"Opowiem wam historię o tym, jak znany menedżer łapał mnie za tyłek i gryzł moje włosy w barze kilka lat temu" - napisała w jednym z wpisów Coffman.

Artystka napisała, że Berru zdecydował się na skandaliczny gest wobec niej ledwo ją znając. Miał zrobić to na oczach jej kolegów.

"Wciąż jestem zła na siebie, że nie dałam mu wtedy w twarz. Zmroziło mnie. Zadziałał jakiś dziwny instynkt przetrwania" - kontynuowała.

Coffman w kolejnym tweecie napisała, że nie boi się ujawnić nazwiska osoby, która ją molestowała. Przyznała również, że grupa zerwała współpracę z agencją PR zaraz po incydencie. Natychmiast odezwały się również inne głosy z branży.

Ofiarami skandalicznego zachowania Berru miały być także: menedżer muzyczna Beth Martinez, Bethany Cosentino, członkini grupy Best Coast, Chelsea Wolfe a także Martika Finch, związana z festiwalem Bonnaroo,

"Byłam zbyt przerażona, aby cokolwiek powiedzieć. On w ogóle nie jest dobrym człowiekiem" - napisała Cosentino na Twitterze.

Ujawnione informacje szybko odbiły się na firmie Life or Death. Grupa DIIV oraz Kelela odmówiły dalszej współpracy z agencją.

Firma PR-owa natychmiast odcięła się od zachowania Berru i wystosowała specjalny komunikat:

"Life or Death nie toleruje zachowań, które zostały nagłośnione w ostatnich godzinach. Każdy zarzut traktujemy poważnie" - możemy przeczytać w oświadczeniu.

Do zarzutów szybko ustosunkował się sam Berru. Jego oświadczenie opublikowano w serwisie gazety "LA Weekly":

"Pojawiły się relacje dotyczące mojego zachowania, które należy wyjaśnić. Jest mi ogromnie przykro, że skrzywdziłem moimi czynami wiele kobiet. Jeżeli przekroczyłem jakąś granicę przyzwoitości, to zrobiłem to pod wpływem alkoholu. Nie ma jednak dla mnie żadnego usprawiedliwienia" - napisał menedżer.

W dalszej części oświadczenia Berru zapowiedział, że ma zamiar uczestniczyć w terapii odwykowej, ponieważ zmaga się z nałogiem alkoholowym i narkotykowym. Zaznaczył jednak, że żadna z kobiet nie była przez niego odurzana.

Przy okazji menedżer postanowił zrezygnować z funkcji dyrektora w swojej firmie.

Na razie nie wiadomo, czy napastowane kobiety zamierzają zawiadomić organy ścigania.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje