Queen: Nieznana historia (cz. 1)

Pod koniec stycznia ukaże się po polsku książka "Queen: Nieznana historia. Moje życie u boku największego zespołu rockowego XX wieku" autorstwa Petera Hince'a, który jako fotograf spędził wiele lat na trasach koncertowych Queen. U nas możecie przeczytać obszerne fragmenty pierwszego rozdziału.

Przedstawienie musi trwać - The Show Must Go On

Reklama

(Ekipa gotowa - gdzie jest Fred?)

- Nie dam rady! Już nie mogę! Nic z tego nie będzie, trzeba odwołać koncert!

Freddie Mercury, wokalista rockowej grupy Queen, często deklarował na koncertach, że chciałby uprawiać seks z każdym na widowni. Cóż, tego dnia wyglądał, jakby zeszłej nocy właśnie to robił - spał z publicznością. Oraz z ich znajomymi i znajomymi znajomych. I do tego jeszcze pił z każdym z nich.

Queen jest u szczytu kariery. Szczytu sięgają też ich ekscesy. Fred, blady i wątły, chowa się w garderobie za kulisami. Przed sceną pełna widownia - blisko dwadzieścia tysięcy wyjących fanów rocka. Do koncertu została niespełna godzina, a pan Mercury jest nie w sosie i nikt z obecnych nie ma odwagi zareagować. Wszyscy starają się nie zwracać na niego uwagi i jakoś to przeczekać. Ale nic z tego. Fred wstaje, teatralnie wymachuje ręką i jeszcze raz dobitnie daje wyraz swoim uczuciom:

- Mówię wam, że nie dam rady wystąpić! Gardło mi wysiadło. Sam też wysiadam!

A czego się spodziewałeś, skoro wrzeszczysz na cały głos?

Brian May i Roger Taylor zaczynają coś mamrotać, by go wesprzeć i przekonać do występu, podczas gdy basista John Deacon, rozwalony na kanapie ze słuchawkami od walkmana w uszach, potakuje i uśmiecha się. Właściwie to szczerzy zęby. Tymczasem "kierownictwo" porzuca rozstawione na długich stołach kopiaste talerze i zaczyna nerwowo szukać numerów telefonów do prawników i agentów ubezpieczeniowych. Organizator imprezy blednie.

Zobacz teledysk "Don't Stop Me Now":

A Fred ma to, czego chciał - jest w centrum zainteresowania. Do perfekcji opanował sztukę robienia przedstawienia. Stara pierdoła! To nie pierwsza taka sytuacja. Ale tym razem Fred chyba nie żartuje.

Jeden z asystentów zespołu kartkuje przewodnik Spartacusa i radośnie oznajmia Fredowi, że w okolicy znajduje się budka telefoniczna dla gejów, gejowskie przejście dla pieszych, a nawet całodobowy sklep żelazny dla gejów, i że po koncercie mogliby tam razem pójść. Na Fredzie żart nie robi chyba wrażenia.

Może drink na poprawę nastroju? Twój ulubiony szampan - Moet? Nie.

Może wódka, oczywiście duża? Nie. Nie będzie łatwo.

- Daj mi fajkę - żąda Fred, zwracając się do jednego ze swoich "pokojowych".

Sięga po lighta i zaciąga się niedbale.

Na pewno dobrze mu to zrobi na głos...

Gerry Stickells, sprytny kierownik trasy Queen, do tej pory krążący po pokoju i przyglądający się sytuacji z boku, podchodzi do Freda i łaskawie przypomina panu Mercury'emu, że przybyło mnóstwo ludzi - wszystkie bilety sprzedane - którzy zapłacili spore pieniądze i długo czekają, by zobaczyć go na scenie, i byłoby niefajnie, gdyby ich zawiódł, bo w końcu Fred nigdy nie zawodzi swojej publiczności, prawda?

Jak idą opiekacze Queen?

A ja? Ja, Peter Hince (zwany też Rattym), techniczny Freda i Johna oraz szef ekipy technicznej zespołu Queen, nie zwracam uwagi na cały ten melodramat i powoli przechadzam się po przebieralni. Jako jeden z nielicznych mam wstęp za kulisy przed występem. Po tych słowach kierownika trasy Fred trochę się uspokaja, oddaje komuś niedopalonego papierosa, bierze łyk ciepłego miodu z cytryną, krzywiąc się przy tym, i z obrażoną miną rozsiada się na krześle. Milczy nadal, gdy reszta zespołu zaczyna gorączkowo wypytywać kierownika trasy, asystenta i technicznego, zadając typowe przed występem pytania:

- Jak tam dźwięk po wpuszczeniu publiczności? Czy wszystkie bilety sprzedane? A jak bilety na resztę trasy, też wyprzedane? Czy nowy singel dotarł już na pierwsze miejsca list przebojów? O której zaczynamy? A o której kończymy koncert? Jak tam jest - ciepło, zimno? Udało wam się pozbyć tego wstrętnego brzęczenia w odsłuchu? Van Halen naprawdę ma więcej świateł na koncertach niż my? A jak idzie sprzedaż gadżetów - jest popyt na opiekacze firmowane przez Queen...?

Garderoby zespołu Queen różniły się między sobą rozmiarem i stylem w zależności od miejsca, w którym odbywał się koncert. Teatry dysponowały oczywiście przebieralniami z prawdziwego zdarzenia, ale w przypadku koncertów na stadionach zaplecze musiało być odpowiednio "podrasowane", by mogło służyć za garderobę godną Królowej. Betonowe podłogi kryły się więc pod dywanami, na gołych dotąd ścianach upinano materiały lub wieszano obrazy. Dodatki w postaci mebli, lamp, kwiatów i dzieł sztuki miały umilać artystom czas spędzany za kulisami. Do tego przy każdej garderobie musiały być łazienki, lustra do przygotowywania makijażu scenicznego, specjalne pomieszczenia na walizki ze strojami członków zespołu oraz przestrzeń wypoczynkowa z ustawionymi wzdłuż ścian stołami z poczęstunkiem.

Zobacz teledysk "I Want To Break Free":

Tymczasem od strony sceny, z dala od przytulnej garderoby, dochodziły dudniące odgłosy dającej z siebie wszystko grupy supportującej Queen. Zdarzało się, że któryś z chłopaków był spięty lub poirytowany i nalegał, by grupa towarzysząca grała ciszej, żeby chłopaki z Queen mogły się w spokoju przygotowywać do występu...

- No i? - skierowałem swoje pogodne pytanie do jednego z najlepszych showmanów w historii rocka.
- Słucham, o co ci chodzi? - odpowiedział jakby trochę żwawiej. Chyba humor mu się poprawił.
- Utwory. Jakie wybrałeś utwory na dzisiejszy wieczór?
- A no tak. Jasne.

Stara pierdoła, która budziła we mnie ogromny szacunek, podziw i... irytację, jednak zdecydowała się wystąpić. W sumie to ani przez chwilę nie wątpiłem, że Fred nie zawiedzie swojej publiczności, zespołu i całej ekipy, która przynajmniej od dwunastu godzin stawała na głowie i próbowała dopiąć wszystko na ostatni guzik tylko po to, by on mógł sobie przez chwilę poskakać po scenie w kilku nowych wdziankach. Jak zawsze, tak i tym razem siła woli, wiara w siebie i determinacja miały mu pomóc przetrwać występ.

Tylko garstka osób miała prawo zbliżyć się do Freda podczas przygotowań do występu. Ja zwykle podchodziłem do niego, otoczonego przez tych wszystkich "pięknych i ważnych", z pytaniem:

- Ej! Więc co masz ochotę dziś zagrać?
- Sam nie wiem. A może zgadnij?
- Zgadnąć?
- Tak, Ratty, zgaduj! - odpowiadał, chichocząc na potrzeby otaczającego go wianuszka ludzi. Śmiał się przy nich jakoś tak sztucznie.
- Nie ułatwiasz mi sprawy, Fred.
- No to ci nie powiem - mówił, zaznaczając swoją władzę, co było kolejnym elementem przedstawienia dla zaproszonych gości.
- No dobra - zgadzałem się obojętnie, wiedząc, że to część jego gry.
- To chodźmy na rękę i zobaczymy - wyzywał mnie, prężąc mięśnie.
- Że co?

Ci, którzy nie wiedzieli, jak dobrze się rozumiemy, dziwili się, że jakiś rozczochrany i nieokazujący artyście za grosz szacunku techniczny może liczyć na taką uwagę ze strony jednej z największych gwiazd rocka. Następnie Fred wybuchał śmiechem i wymachując rękami, oznajmiał dramatycznym głosem:

- No dobra, ty wybieraj!

Cała sytuacja, choć schlebiająca mi na pewno, była mało konstruktywna, więc zazwyczaj sugerowałem, by zagrał kilka numerów Zeppelinów, jakiś klasyk Stonesów i "jeśli chcesz, dorzuć kilka swoich numerów".

- Ty fiucie! - Okładając mnie ręcznikiem, czy co tam akurat miał pod ręką, gonił mnie po garderobie, krzycząc dalej:

- Zupełnie jak na ostatnim koncercie!

Czyli z głosem już lepiej, tak?

I tak tworzyła się lista utworów. Jej skład budził przed każdym występem ogromną ciekawość świty zespołu. Ostateczną decyzję podejmował zawsze Fred w zależności od samopoczucia swojego i swego głosu. Zazwyczaj lubił trochę namieszać, by wszyscy byli czujni. Czasem nazywał listę utworów granych przez Queen "naszym repertuarem". Jakby nie patrzeć, był bardzo elokwentnym i oczytanym człowiekiem.

"Scaramouche i fandango?"

Niesamowicie inteligentnym i wykształconym.

"Gromy i błyskawice - ogromnie przerażające!"

Mistrz słowa, którego wieloznaczne teksty pełne były głębi i literackiego kunsztu.

"Chciał jeździć na rowerze..."

"Chcę puścić bąka"

Tytuły utworów zapisywało się skrótowo. I tak na przykład "Bohemian Rhapsody" funkcjonowało jako "Bo Rap", a "We Are the Champions" jako po prostu "Champions". Poprawki zawsze nanosiło się czarnym flamastrem, bo różne piosenki były dodawane lub wyrzucane z listy.

Dodatkowe informacje dla zespołu i ekipy zapisywało się obok tytułów piosenek. Na przykład napis "Fat D" był informacją dla Johna, że przed piosenką "Fat Bottom Girls" musi przestroić gitarę na D-dur ("Fag B" z kolei oznaczało przerwę na fajkę dla mnie i Johna, bo Fred znajdował się wtedy poza sceną i nie musiałem go nieustannie pilnować). Jak na bezczelną ekipę przystało, często zmienialiśmy tytuły utworów na listach: "We Will Rock You" na "We Will ROB You" (Okradniemy was), "Now I'm Here" na "Now I'm Queer" (Teraz jestem gejem), "I Want to Break Free" na "I Want to Break Wind" (Chcę puścić bąka), "Flash!" na "Trash!" (Śmieć!). I tak dalej.

Lista utworów przyklejona do klapy fortepianu Freda była pierwszą chronioną informacją przedostającą się na zewnątrz podczas przygotowań do koncertu. To właśnie jego trzymetrowy czarny fortepian koncertowy Steinwaya pojawiał się na scenie jako pierwszy i kiedy ekipa opuszczała go z gigantycznej skrzyni transportowej, czekając na doczepienie trzeciej nogi, zgromadzeni na scenie już wczytywali się w listę i komentowali proponowany przez Queen dobór repertuaru. Tymczasem piszący te słowa, przyciśnięty toną drewna, metalu i imitacji kości słoniowej, wrzeszczał do wścibskiej ekipy, by "podniosła to cholerstwo", żeby mógł wbić na miejsce ostatnią nogę.

W miarę zbliżania się koncertu, w strategicznych miejscach sceny pojawiały się ręczniki i napoje dla członków zespołu: woda i piwo dla Freda, piwo dla Briana i Rogera, a dla Johna cały barek składający się z wody, piwa, napojów bezalkoholowych, wina oraz alkoholu i drinków, w których John aktualnie gustował - likieru Southern Comfort, wódki lub tequili. Oprócz baterii drinków znajdowała się tam też mieszanka orzeszków i m&m'sów. Wszystko to umieszczone było dyskretnie tuż obok jego elektronicznej konsoli, by mógł jednocześnie wychylać się do pokręteł i wychylać drinki. Tutaj też John miał przyklejony egzemplarz listy - dla niego i reszty zespołu - z godzinami otwarcia okolicznych pubów...

W latach siedemdziesiątych, kiedy zespół Queen nosił się w jedwabiu i satynie, Fred zwykł stawiać kilka lampek do szampana na klapie fortepianu i popijać zeń od czasu do czasu. Woziłem ze sobą zapas tych kieliszków owiniętych w stare ręczniki na dnie skrzyni transportowej, a przed występem przecierałem je koszulką i napełniałem miejscową kranówką.

Nigdy nie był to szampan. Tam, gdzie woda w kranie miała niepokojący kolor, próbowałem raczyć go wodą Perrier, ale Fred rugał mnie, że po wodzie gazowanej mu się odbija! Po nieszczęśliwym wypadku, podczas którego jeden z widzów został skaleczony kieliszkiem, kazano mi zamienić lampki szklane na plastikowe. Fred był przerażony, gdy zobaczył tandetne plastikowe kieliszki, kupione w sklepie z gadżetami na imprezy, i w rezultacie przerzuciliśmy się na zwykłe plastikowe kubeczki napełnione wodą Evian lub inną niegazowaną wodą mineralną - wyszukanymi zdobyczami naszych zaopatrzeniowców.

Freddie Mercury: Wciąż niezapomniany - wspomnienie z okazji 20. rocznicy śmierci

Zobacz teledyski Queen na stronach INTERIA.PL!

Dowiedz się więcej na temat: Queen | freddie mercury | brian may | Roger Taylor | książka

Reklama

Reklama

Reklama