Reklama

Wojownik puka w trumnę

Wyclef Jean (Toussaint St. Jean) "From The Hut, To The Projects, To The Mansion", R.E.D. Distribution

Toussaint to haitański powstaniec, żądny przelewu krwi francuskiego okupanta, ale też najnowsze alter ego Wyclefa Jeana. Proszę się jednak nie spodziewać rewolucji. To tylko rozczarowujące danie wstępne przed właściwym albumem.

Reklama

Zawsze miałem sporo szacunku do Wyclefa. Facet doskonale czuje melodię. Potrafi skleić z różnych gatunków muzycznych barwną, wartościową, popową całość. Dobrze śpiewa, umie przyzwoicie rapować. Szkoda tylko, że na swoim nowym materiale rzadko się tym wszystkim chwali. Mówi o nim "pierwsza hiphopowa epka od czasu The Carnival'. I zupełnie nie wiadomo, o co mu chodzi, bo obie części bardzo udanego skądinąd "Karnawału" hiphopowe były ledwie przy okazji, a "From The Hut, To The Projects To The Mansion" to modelowy przykład nieprzemyślanego, rozcieńczonego eklektyzmu. Ma się do muzyki miejskiej mniej więcej tak, jak Cindy Lauper do M.I.A. (wbrew pozorom porównanie ma sens, bo znana z ballady "Time After Time" piosenkarka występuje tu w kawałku "Slumdog Millionaire").

Ryzykownych pomysłów gospodarz kryje w zanadrzu sporo. "The Streets Pronounce Me Dead" mógłby nawet powalczyć o szacunek ulic. W tej specyficznej relacji z własnego pogrzebu, na którym próbuje się go zakopać żywcem, nie brak linijek tak dobrych jak "zacząłem uderzać w trumnę, bo słyszałem tłum, ale nie usłyszano mnie ponieważ kazanie Lil Jona było za głośne". Ale co z tego, skoro beat nadawałby się na zimową płytę Stinga. Słodkie "Suicide Love" pasowałoby z kolei na słabiutkie "808s & Heartbreak" Kanye Westa, zaś "Robotic Love" na ostatnie Black Eyed Peas, gdzie króluje hojnie przyprawiona auto-tunem, prowincjonalna dyskoteka.

"From the Hut..." irytuje przede wszystkim autocytatami. Dość gitarowej ballady autobiograficznej z pretensjonalnymi biblijnymi odwołaniami (a takie jest "The Shottas")! Koniec ze wspominaniem złotych czasów The Fugees, etosem wojownika i antygangsterskim moralizatorstwem (często, choćby w "Warrior's Anthem")!

Czy są więc w ogóle jakieś istotne powody, by po nowe dzieło Wyclefa sięgnąć? Tak, przynajmniej trzy. Pierwszym jest "More Bottles" z Timbalandem - surowy, niepokojący, pełen pierwotnej energii, z ciekawie brzmiącą, zniekształconą partią gitary elektrycznej. Drugi to "Walk Away", niby proste, ale wciągające, za sprawą chórków, afrykańskich bębnów i zmyślnie położonych na podkładzie wokali. Wreszcie "Toussaint vs Bishop" - oszałamiająco szybki, połamany rytm przecinany króciutkimi wstawkami trąbek, odpowiednio napędza przestępczy dialog.

Każdemu, kto oczekiwał trzeciej części wspomnianej serii "The Carnival" - a co za tym idzie konceptu, długiej listy świetnych gości, błyskotliwej zabawy muzyką na pocieszenie mogę polecić fantastyczne "Troubadour" somalijskiego rapera K'Naana. I dodać, że Wyclef się tylko rozgrzewa. Na ten rok zapowiada bowiem regularną płytę. Będzie lepsza, w to wierzę.

5/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje