Reklama

VNM "EXIT2020": Zostać jak Himilsbach z angielskim [RECENZJA]

Pochodzący z Elbląga raper nagrał płytę, którą pochwalisz za rapowy warsztat, szczerość, producentów i adekwatny klimat covidowej izolacji. Po czym natychmiast włączysz inną. I w ogóle nie poczujesz potrzeby powrotu.

Okładka płyty "EXIT2020" VNM-a

A teraz wyobraźcie sobie, że przez naście lat szlifujecie swój trudny styl nawijania, tak, by osiągał odpowiednią szybkość, oryginalnie zahaczał się o werble, był gęsty i dobitny. To chwyta, więc dorzucacie do niego melodię i patenty wokalne, w teksty pompujecie nabytą w międzyczasie dojrzałość, dbacie o producentów z najwyższej półki. Stajecie do walki w tym najgorszym 2020 roku uzbrojeni w płytę i okazuje się co następuje.

Reklama

Z tym trudnym, doszlifowanym, rozpędzonym stylem zostajecie jak Steve Vai z solówkami gitarowymi - mało komu poza grupką fanatyków imponuje. Wasze serce na dłoni bardziej ludzi krępuje niż porusza, wielokrotne rymy wręcz bawią, a naostrzone punchlines wbijają się we własną stopę po którymś komentarzu w stylu "OK boomer" z rzędu.

Albo wiecie co, nie musicie sobie niczego wyobrażać. Po prostu sięgnijcie po nową płytę VNM-a.

Rapowa gra jest niesprawiedliwa jak zawsze, a los zadrwił sobie okrutnie z cholernie utalentowanego faceta? Tak, choć to jednak tylko część prawdy. W sumie to, że płyta brzmi jak wyrób pandemiczny, czuć ją strachem przed jutrem, rozczarowaniem i zamknięciem w czterech ścianach powinno być zaletą. Ale otwierająca "Autonomia", zarapowana na niby prostym, za to umiejętnie zniuansowanym i nacechowanym podskórnym napięciem bicie Magiery, w pełni wyczerpuje temat. No dobrze, można jeszcze sięgnąć po "Hiperkan", którego czytać nie polecam, za to za sprawą chemii na linii VNM - Mateusz Krautwurst - Magiera słucha się dobrze. Poza tym krążek tylko nasila poczucia covidowej monotonii.

Z jednej strony "EXIT2020" to nieciekawy, hasłowo prowadzony dziennik, z drugiej V ma poczucie, że swoją karierę należy wytłumaczyć i usprawiedliwić. Coś jak prowadzony ze sobą wywiad, odpowiadanie na pytania, których nikt nie zadawał. W dodatku z poczuciem niedopieszczenia i jednak nie zawsze prostej do obronienia megalomanii. Trudno czerpać z tego przyjemność i chcieć do tego wracać.

Weźmy na przykład "Fight Club". Podkład Gibbsa rzeczywiście jest jak milion dolarów, ma piękną górę i potężny dół, wszystko się w nim zgadza, wpada na to wszystko raper zmieniający flow niczym rękawiczki, zatem nastawiasz się na hit. A on ględzi jak mu ciężko, wyjaśnia wyjaśnione (motyw zalanej ściany w mieszkaniu to już mem) i grzeje te wymęczone, przyjmowane z pełną obojętnością metafory pokroju "Stawiam kołnierz jak Cantona" i "bujam szeroko jak Bajkał".

Wersy "Wokół siebie chcę mieć tylko ludzi, którzy przyjdą na mój pogrzeb, bo nie jestem j****ym Gatsbym / Od pisania na telefonie mam odciski czerwone na wewnętrznej części dłoni, pod palcami jakbym w Holandii k***a zbierał truskawki" są pierwszymi ciekawymi. I zarazem ostatnimi w kawałku. Wtedy jest już po wszystkim.

Słuchając Venoma czuję się jak u babci. Mam do niej mnóstwo szacunku za wszystko, co zrobiła, współczuję jej w związku z obecną sytuacją, ale irytuje mnie to pasmo marudzenia jak cholera, zwłaszcza, że uzupełnia je wytykaniem tego, ile to jej zawdzięczam. A jeszcze bardziej irytuję sam siebie tym, że nie umiem wykazać się dostateczną cierpliwością i empatią.

Dlatego taką ulgą w obcowaniu z "EXIT2020" jest "Cicho kvrwa", gdzie mamy scenki czy wręcz skecze, dialogi, humor, urozmaicające patenty (szeptana fraza tytułowa), a do tego bas to najprawdziwszy basior. Dlatego wyszło pożegnanie się za pomocą "Hope after all", gdzie ujmujący jest nie tylko bit, ale również gospodarz, który wreszcie raczył odczepić się od siebie i jest fajnym facetem skoncentrowanym na odbiorcy, prostolinijnie się z nim komunikującym.

Należy wspomnieć o "Zieleńszej", bo choć prostym historiom trochę brak koloru i detalu, to jednak jest to sprawna narracja w kawałku z fajnymi harmoniami Skrywy, ma to smak i klasę. Ale też - z ubolewaniem przyznaję - te piosenki nie są aż tak dobre, jak niedobry jest "Pomnik", "Antycypacja" (nawet mi się nie chce o tych alikwotach, "jesteś sztuką jak graffiti, sojowym latte i "rzęsach trzepoczących jak bakterie salmonelli"), "Ataraksja" oraz "Lepiej".

Ten ostatni kawałek wiele mówi o stylu, w jakim VNM ostatecznie kładzie płytę. Otóż robi to śpiewająco. Nie wiem, czy to kwestia tego, że młodzi traperzy już naprawdę umieją posługiwać się głosem i słychać różnicę, czy zabrakło godzin na ratowanie tego w realizacji, czy może poniosła brawura, ale trudno wytrzymać słaby głos, nienaturalnie przeciągane głoski, zarżnięte melodie, niezgrabne zapożyczenia językowe.

Zostawmy już "Lepiej", bo nieszczęście zaczyna się właściwie zawsze, gdy V otwiera usta w celu innym niż rapowanie. To "yeah yeah yeah / mniej-jej-jej" w "Viralu", który nie bez powodu nie został viralem i to pomimo występu Bonsona czy znakomitej aranżacji. Te komicznie wyciągane górki na tle rzężącego basu w "Ataraksji". "Pomnik" ostatecznie spadający z cokołu po wyśpiewanym niezgrabnie"zapamiętaj mnie".  Jeszcze raper zgotował sobie krwawą łaźnię, bowiem zaprosił biegłych wokalistów (K-Leah, Krautwurst, Grubson) i porównywanie tych występów są z nim to już czyste okrucieństwo.

Wścieka się Venom na wszystkich tych, którzy mówią mu jak ma rapować. Nie dziwię mu się. I nie mówię, żeby tych suflerów słuchał, u mnie to też tylko opinia. Ale gdyby tak udało mu się wjechać na ambicję, sprawić, żeby poczuł się jak na pierwszej płycie, z czystą, gdzie wszystkim może udowodnić wszystko? To by było coś.

VNM "EXIT2020", De Nekst Best

4/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: VNM | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje