Reklama

Reklama

The Cult "Under the Midnight Sun": Lekcja pokory [RECENZJA]

Usiądźcie przy ogniu dzieciaki, opowiem wam historię o pewnym zespole. Zespole wielkim, ale również takim, nad którym ciąży jakieś straszliwe fatum.

Usiądźcie przy ogniu dzieciaki, opowiem wam historię o pewnym zespole. Zespole wielkim, ale również takim, nad którym ciąży jakieś straszliwe fatum.
Okładka The Cult "Under the Midnight Sun" /materiały prasowe

Jeszcze zanim zasiadłem do odsłuchu tej płyty, przewalił mi się przed oczami cały facebookowy komentariat. Jeden znajomy wspominał, że około dekady temu był na klubowym koncercie The Cult, na który przyszło ok. 100 osób (sic!). Ja zawtórowałem, że nie dalej jak dwa miesiące temu trafiłem na zmasowany hejt wymierzony w zespół, bo mieli zagrać koncert w St. Petersburgu. Nikt z hejtujących nie sprawdził, że faktycznie szło o Saint Petersburg, tyle że ten na Florydzie. Nie ma ten zespół szczęścia, oj nie ma. 

Nie bez znaczenia jest też osoba, czy może raczej "osobowość" wokalisty The Cult, Iana Astrbury'ego, który wydaje się absolutną dziką kartą. A to zerwie kontrakt, a to pokłóci się ze współliderem, Billym Duffym i trzaśnie drzwiami, a to z kolei zaćpa i nie dowiezie, a to wreszcie skonfliktuje się z wszystkimi naokoło i w ten sposób zasabotuje wszelkie szanse na powodzenie. O tym, jakim dupkiem jest Astbury, w środowisku chodzą legendy. I nie chodzi tylko o kosę, którą miał w latach osiemdziesiątych z Andrew Eldritchem z The Sisters of Mercy, bo tu akurat kosa (nomen omen) trafiła na kamień, ale o to, że bardziej w post-punkowym/nowofalowym światku znienawidzony był i jest chyba tylko Morrissey.

Reklama

Tymczasem mówimy przecież o zespole z absolutnie kosmicznym repertuarem. Zespole, który nie zhańbił się nigdy wydaniem słabej płyty. Owszem, ich nagrania są nierówne, ale słabe - co to, to nie. Plus: mają za wiosłem absolutnego mistrza pisania absolutnie genialnych riffów. A wspomniany wyżej dupek jest przecież kompletnym wokalnym rockowym powerhousem. Do tego od "Love" (mam nawet plakat z tą okładką na ścianie, więc - rozumicie - jestem trochę psychofanem), po "Ceremony" włącznie, wszystko wskazywało, że już za chwilę będą tam, gdzie znaleźli się Guns N' Roses. Tylko w pewnym momencie coś nie pykło...

Tak czy inaczej, i nieuzasadniony, acz obiektywny, spadek popularności, i kolejne idiosynkratyczne parady Astbury'ego przesądziły, że od poprzedniej studyjki The Cult, "Hidden City", minęło aż sześć lat. "Hidden City" lubiłem, "Avalanche of Light" towarzyszyło mi na telefonie przez dobrych kilka lat, a przecież to nie był nawet najmocniejszy fragment tamtej płyty. I przy całym dystansie do postaci Pana Wokalisty, z "Under the Midnight Sun" będzie pewnie podobnie. 

Już przy pierwszym odsłuchu łowię ze trzy numery, które doskonale nadadzą się do łażenia z psem, jazdy transportem publicznym albo podśpiewywania przy rozwieszaniu prania. Bo na nowej płycie szukałem tego właśnie, co na niej znalazłem. Nieprzesadnie wyszukanych, ogromnych hardrockowych refrenów wiedzionych bardzo dobrymi riffami. Charakterystycznego i charakternego wokalu, który - to dupkowi trzeba oddać - starzeje się absolutnie znakomicie. Trudno wyczuć jakikolwiek spadek formy. Jest też trochę nadal czającego się mroku i szamanizmu ciągnącego się za nimi jeszcze od czasów Southern Death Cult.

Otwierający album "Mirror" - flaki wyprute (albo i wyplute - patrz wokal). "A Cut Inside"? Przecież tam pod wokalem w pierwszej zwrotce jakiś Toma Waits się dzieje. "Vendetta X" - znów świetny refren. A jaki prosty! "Give Me Mercy" - post-punkowy angst na pełnej. "Outer Heaven" egzorcyzmuje jakże lubiany przez Astbury'ego vibe Rdzennych Amerykanów w wersji westernowej. A że smyki tam ni przypiął, ni wypiął to już szczegół. Najgorzej chyba wypada "Knife Through a Butterfly Heart", bo to jakby panowie chcieli zagrać swoją wersję "Bitter Sweet Symphony" tylko coś nie do końca wyszło. "Impremanence" znowu z punkowym nerwem i przypałem w zwrotce. A na koniec posłuchajcie bondowskiej bossanowy w numerze tytułowym. Tu wychodzi to, co nie wyszło w "Knife". Absolutny majstersztyk.

The Cult anno bastardi 2022 to nadal wielka kapela. Ale również kapela-instruktaż (wiecie, że to słowo w języku polskim można pisać tak przez "ż", jak i "rz"?). Jak nie prowadzić swojej kariery. Jak bardzo należy uważać na sodówę ciągnącą do bani. Jak wiele można stracić na byciu bucem. Na jak pstrym koniu miłość fanów jeździ. To lekcja pokory.

The Cult "Under the Midnight Sun", Mystic

8/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: the cult | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy