Ten Typ Mes "Trzeba było zostać dresiarzem" (recenzja): Pan Mogę Wszystko

Na swojej piątej płycie Mes sięgnął po dres, a przy okazji zafundował sobie tuning. Ma więcej wyobraźni i jest bardziej ludzki niż kiedykolwiek. Nie ma za to konkurencji.

W przypisach do "Osiedla Swoboda", komiksu - nie bójmy się tego słowa - pokoleniowego, mówiącego o młodzieży z przełomu lat 90. i 00. więcej niż niejedna rapowa płyta, padło takie oto zdanie: "Ja wiem, że nabijanie się z dresa jest już passe, że prawdziwego dressa to już tylko w niektórych rezerwatach można spotkać, ale właśnie tym bardziej należy przypominać, że ten gatunek istniał, miał się kiedyś wybornie, przebił się do mainstreamu i niestety ten mainstream go przeżuł i wypluł". I to właśnie robi Ten Typ Mes. Nie nabija się (no, może troszeczkę). Przypomina.

Reklama

Bałem się trochę tego dresiarskiego konceptu, bo w trójpasiastej Polsce B grzebać zaczęła równolegle Dorota Masłowska. Przerysowany, pełen źle maskowanego poczucia wyższości, oczkiem mrugający do hipsterów materiał mógł przydarzyć się również Mesowi. Szczęśliwie raper uważnie patrzy, rzadziej ocenia, nie sięga po protekcjonalny ton. Tak jakby w równoległym świecie znalazł inną paletę barw. To paradoks, ale kiedy Mes szukał akceptacji poza swoim podwórkiem, usilnie przekonywał strojem, językiem, dobieraną muzyką, że ma wrażliwość nieprzystającą do raperowego stereotypu, był bardziej dresiarski, niż jest w tej chwili. Bo obecnie z numerów wyłazi mądry, kreatywny, wyzwolony facet. Kładę nacisk na to ostatnie słowo. "Trzeba było zostać dresiarzem" jest wyzwoleniem.

To już nie jest eklektyzm na chybił-trafił, drum'n'bassowy producent z rekomendacji kolegi i gitary znajomych na doczepkę.To jest jazda bez trzymanki, bez oglądania się na gatunki, na pokolenia, na możliwości odbiorców, gdzie goście tacy jak Andrzej Dąbrowski, Olaf Deriglasoff, Sqbass czy Zbigniew Jakubek nie są przeszczepem, wisienką na kebabie na grubym, a partnerami twórczymi. W jednym utworów Mes tłumaczy, że mógł być odbierany jako ten, który zadziera nosa, ale on po prostu nie miał już poczucia przynależenia do - co tu dużo kryć - ograniczonej hiphopowej społeczności, a świat artystyczny nie palił się do tego, by dać mu obywatelstwo, widząc w nim raczej ciekawostkę. No to teraz ma swoje autonomiczne królestwo Alkopoligamii, zdolne utrzymywać dobre dyplomatyczne stosunki z jednymi i drugimi, przy tym grać na swoich prawach.

"Trzeba było zostać dresiarzem" nie jest tak szalone, jak by część singli mogła sugerować. Gdzieś obok Szoguna sprawdzającego, gdzie jest kres ewolucji dirty south, eksperymentu na bazie house'u u Lower Entrance, post-funkowych zabaw z brzmieniem wyprażonym, kosmicznym, zastrzyku jazzu, odrobiny mulistej, barowej, giatarowej muzyki z południa czy punkowo nonszalanckiego bonus tracku, trafia się sporo pięknego hip hopu. Otwierający numer tytułowy świetnie dysponowanego Sherlocka kojarzy się z riffami klawiszowymi Scotta Storcha/Dr. Dre. W "Januszu Andrzej Nowaku" od R.A.U. na zbasowaną, staroszkolną pętlę dęciak wpuszczony na refren jest tak, żeby się Just Blaze nie powstydził. Słodkie, harmonijne "Ponagla mnie" przypomina mi 2paca na bitach Raya J. "W autobusie z cmentarza" Qćka to samplowany, skreczowany kawałek prosto ze wschodniego wybrzeża, na dodatek uzupełniony o bardzo konkretne, starannie napisane zwrotki. Przy dysonansowych, posadzonych na ciężkich bębnach "Autach" fani starego Mesa zapiszczą z zachwytu, bo jest prosto, bezczelnie, błyskotliwie, bez flegmy.

Akapit o rapowaniu gospodarza będzie, bo być musi, ale niechętnie to piszę, bo repertuar zagrywek obejmuje WSZYSTKO. Jeśli mierzyć "Trzeba było..." hiphopową miarą, to mamy do czynienia z MC totalnym. Przyspiesza i przeciąga, południowo nakręca tempo nawijki i po kalifornijsku wyciąga końcówki wersów, świetnie dopowiada, bez problemu przeskakuje od wypluwania linijek do koronkowego refrenu. Bezbłędnie moduluje głos, dzięki czemu historie żyją, precyzyjnie pompuje emocje w kawałkach bardziej osobistych. Kłania się Tribe'om, Jayowi Z i Kalifornijczykom, nagle wyskakując z czymś, co sam nazywa krzyżówką JanMariana ze starym Lil Waynem.

Bardzo dobrze pisze - przesunął się na dalszy plan nabzdyczony sędzia popkultury i typ, co wydawał się aspirować do tego, z czego równolegle się śmiał. Mes krzywo patrzący na "pedalskie zupy z jarzyn" czy oznajmiający "na browara idylla" nie daje się nie lubić. Miło się patrzy na zróżnicowanie punktów widzenia w "Nie skumasz jak to jest", czy to jak leciutko od konkretnych osób i konkretnych sytuacji przechodzi do spojrzenia bardziej uniwersalnego, bowiem "Ochroniarza Patryka" każdy może sobie obsadzić postaciami z własnego życia, a i "Wyjdź z czołgu" pozwoli utożsamić się komuś więcej niż kierowcy taksówki.

Jeżeli miałbym się do czegoś na "Trzeba było zostać dresiarzem" przyczepić, to do tego, że na zwyczajowo przeładowanym krążku dresiarski pomysł trzeszczy. Jak ma się do niego Ten Typ pijący wodę ze studni i zapalający lampy naftowe w sympatycznym "Będę na działce" czy mówiący poważnie o sprawach poważnych, wspomnianym "W autobusie z cmentarza"? To kapitalne numery i zjednają krążkowi sporo osób, choćby tych, dla których "Tul petardę" było o wiele za dalekim lotem. Ale przy okazji tego albumu takie myślenie w ogóle nie powinno występować. To najlepsza płyta Mesa i jeżeli z polskiego hip hopu wyjdzie w tym roku coś świeższego, barwniejszego, lepszego wykonawczo, to będę ogromnie zaskoczony.

Ten Typ Mes "Trzeba było zostać dresiarzem", Alkopoligamia.com

9/10

Dowiedz się więcej na temat: Ten Typ Mes | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje