Reklama

Steve Hackett "Under A Mediterranean Sky": Lepszy barok niż progrock [RECENZJA]

Steve Hackett po raz kolejny w karierze zrzuca kajdany, jakie narzucił mu rock progresywny i tym razem wyzwolił się z nich na dobre. "Under A Mediterranean Sky" to jedna z najbardziej udanych pozycji w karierze byłego gitarzysty Genesis.

Steve Hackett zaprasza w podróż nad Morze Śródziemne

Recenzując niemal równo dwa lata temu "At the Edge of Light", narzekałem na to, jak bardzo Steve Hackett wydaje się ograniczany przez tę progresywną formułę, którą sobie narzucił. Momenty, gdy postanawiał zejść z ram tego - bądź co bądź - od dawna zjadającego własny ogon gatunku, okazywały się najbardziej satysfakcjonujące.

Reklama

I chyba sam Hackett doszedł do podobnych wniosków. Po 13 latach od "Tribute", na którym Steve interpretował między innymi kompozycje Bacha, muzyk postanowił wrócić do klimatów akustycznych. I z czterech dotychczasowych prób, ta wyszła mu najlepiej w karierze.

Oczywiście Hackett nie byłby sobą, gdyby nie pobawił się trochę formułą i nie grzebał przy nietypowych instrumentach. Stąd na płycie usłyszymy chociażby takie nietypowe dla nas instrumenty strunowe jak bliskowschodni ud czy tradycyjny boliwijski charango, który to na zachodzie (wraz ze swoją nieco niżej grającą odmianą, ronroco) rozpropagował Gustavo Santaolalla znany ze ścieżek dźwiękowych do "Babel", "21 gramów" oraz serii gier "The Last of Us".

"Joie de Vivre" z akustycznym arpeggio - któremu niewiele brakuje do tego, aby określić je mianem chaotycznego - idealnie wpisuje się w styl tamtego kompozytora. Później oczywiście kompozycja odbija się w barokowe harmonie, do których uwielbienie Hackett zdradzał jeszcze w czasach Genesis.

Właśnie: barok. Mimo tego, że lwią część krążka zajmują kompozycje autorskie, to były gitarzysta Genesis musiał wyrazić hołd swoim inspiracjom bardziej bezpośrednio. Stąd też na albumie znajdziemy utwór "Scarlatti Sonata" autorstwa włoskiego kompozytora Domenico Scarlattiego - jedyną kompozycję z płyty, która nie została napisana przez Hacketta.

Dzięki takiemu zabiegowi, inspiracje Steve'a stają się jeszcze bardziej oczywiste. Zadajcie sobie bowiem pytanie: czy gdyby napisane przez Hacketta "Adriatic Blue" było podpisane imieniem i nazwiskiem kompozytora żyjącego trzy wieki temu, bylibyście w stanie to zanegować? Uczciwie przyznaję, narażając się na oskarżenia o ignorancję: ja nie za bardzo.

Wspomniałem wcześniej o ścieżkach dźwiękowych? Najciekawiej robi się właśnie wtedy, gdy Hackett romansuje z muzyką filmową. Słychać to doskonale w bogatym narracyjnie "The Memory of Myth", a takie "Andalusian Heart" łatwo wyobrazić sobie jako tło do porywającego dramatu z lat siedemdziesiątych. Aż szkoda, że smyczków na całym albumie nie jest więcej, bo gospodarz i muzycy doskonale radzą sobie z podkreślaniem napięcia za ich pomocą. I czy nie wydaje wam się, że w połowie "Andalusian Heat" zmienia się w hołd dla Paganiniego?

Filmowość szczególnie słyszalna jest w orientalnym utworze "The Dervish and the Djin", który stawia zdecydowanie bardziej na rytmikę i mocne kontrasty. Przede wszystkim zaś emocje: ta niemal jazzowa solówka na saksofonie z końcówki robi niesamowitą robotę. A przy okazji możecie dowiedzieć się, jak brzmi duduk czy tar.

Można psioczyć na okładkę z ładnym zdjęciem, ale fatalnym fontem (to i tak ogromnym progres w porównaniu do okładki "Wolflight"); można narzekać na klipy, które w patetyczności i wrażeniu kiczu ustępują chyba tylko "Filiżance" Michała Wiśniewskiego. Ale nie dajcie się zwieść tym nieciekawym opakowaniom: to tylko drobne rysy na bardzo udanej pozycji, jaką jest "Under A Mediterranean Sky". Duście, ale wolałbym, aby Hackett nie wracał już do stylistyki rocka progresywnego. W tej chwili z akustycznym instrumentarium zdecydowanie bardziej mu do twarzy.

Steve Hackett "Under A Mediterranean Sky", Sony Music Entertainment

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Steve Hackett | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje