Reklama

Reklama

Tylko u nas

Sarapata "EP1": Klub samotnych serc [RECENZJA]

Utwory, które świetnie sprawdzą się zarówno w samochodzie, w klubie, jak i podczas samotnych wieczornych odsłuchów w domu? Proszę bardzo, oto "EP1" projektu Sarapata - jednego z największych objawień rodzimej sceny elektronicznej ostatnich lat.

Utwory, które świetnie sprawdzą się zarówno w samochodzie, w klubie, jak i podczas samotnych wieczornych odsłuchów w domu? Proszę bardzo, oto "EP1" projektu Sarapata - jednego z największych objawień rodzimej sceny elektronicznej ostatnich lat.
Okładka "EP1" duetu Sarapata /

Wbrew pozorom Sarapata - duet złożony z braci Mateusza i Michała i nazwany zresztą od ich nazwisk - to nie tacy debiutanci. Swoje doświadczenia zdobywali towarzysząc w studio lub na scenie, niekoniecznie w dwójkę, Paulinie Przybysz, Tymkowi, zespołowi Lor czy Arkowi Kłusowskiemu. Najważniejszym epizodem w ich karierze było jednak nagranie płyty "Matronika" w ramach grupy SALK, której byli członkami. W trakcie prac nad drugim albumem doszło do rozpadu zespołu. Nie ma tego złego, bo dzięki temu bracia, w przerwach od wspierania innych w występach, mogli poświęcić się realizowaniu własnych pomysłów.

Reklama

Ale jeżeli myślicie, że SALK jest tu jakąś podpowiedzią, możecie srogo się rozczarować. Owszem, "Rework" z wokalem Marceli Rybskiej stanowi swoisty reunion grupy. Tylko ostatecznie nie znajdziecie tu wielu punktów wspólnych z tym znanym z "Matroniki" wyciszonym brzmieniem ulokowanym mentalnie gdzieś na północy Europy. Przynajmniej na tym najbardziej słyszalnym poziomie.

Podpowiedzią, w którą stronę poszli Mateusz i Michał na "EP1" może być natomiast to, że obaj członkowie Sarapata na co dzień zajmują się napędzaniem sekcji rytmicznej. Zaintrygowani? Więc zdradzam: "EP1" to klubowa elektronika mocno mrugająca w stronę microhouse'u czy IDM-u. Stopa schodzi nisko i wyznacza tempo pląsania ciałem, basy rezonują z narządami wewnętrznymi, hi-haty zagęszczają rytm, który shakery trzymają w objęciach, a partie syntezatorów mieszające się z samplami wokalnymi szaleją aż miło.

Ale to nie pusta bujanina. To bogato zaaranżowane utwory, w których czuć chęć przekazania emocji i żmudną dłubaninę nad każdą sekundą utworu. Określiłbym to mianem muzyki, która najlepiej brzmi, kiedy pędzisz nocą samochodem przez puste miasto, kiedy jedyne oznaki życia wykazywane są w niedogaszonych neonach. Dzięki pulsującym basom "EP1" zachęca do oddania się tanecznemu transowi - jednocześnie mnóstwo w tym melancholii, podskórnie skrywającego się poczucia osamotnienia w ogromnym świecie, w czym spora zasługa melodii oraz bogatych, ambientowych teł. I chyba to właśnie nieco introwertyczny klimat jest tą wisienką na torcie. Z pewnością dzieło braci Sarapatów połączycie z tym, co robi trio Moderat, Jon Hopkins czy na naszym rodzimym rynku A_GIM lub Jacek Sienkiewicz (spokojnie, nie ten z Kwiatu Jabłoni) na części ze swoich licznych projektów. 

Pełno tu smaczków, które doskonale sterują atmosferą. Czy to będą krótko cięte, etniczne sample chórów oraz przesterowane, nieludzko brzmiące flety w "Q20", zabawy w chopowanie i transpozycję sampli wokalnych w kawałku "Nika", czy też zgrabnie wpleciona do utworu gitara elektryczna, którą w "Fikusie" i "Scenie 5" postanowiono mocno skompresować i podporządkować syntezatorowemu brzmieniu. Swoją drogą, nawet nie wiecie, jak cieszy, że już dawno mamy za sobą czasy, w których żywe instrumenty w towarzystwie elektroniki momentalnie wybijają się w miksie.

A skoro mówię o miksie - to album, który pod tym kątem wręcz błyszczy, w czym zasługa Karola Mozgawy znanego jako DEAS. Soczyste, klarowne i przestrzenne brzmienie, posiadające w sobie jednocześnie brud niezbędny w przypadku tego typu klimatów. Docenia się to szczególne w takich momentach jak drop w połowie "3AM", kiedy precyzja w odpowiednim rozplanowaniu przestrzeni jest kluczowa dla powodzenia akcji. 

Niewątpliwie narzekać można na krótki czas trwania. "EP1" to zaledwie 7 utworów trwających łącznie 35 minut. Z drugiej strony, nikt nie doświadczy tu uczucia przesytu, a sam fakt, że na dopracowanie nieco ponad pół godziny muzyki poświęcono aż 3 lata, świadczy tylko o perfekcjonizmie artystów. Tu gra wszystko. Dlatego też album projektu Sarapata to kolejny powód, aby nie spieszyć się z podsumowaniami roku. Grudzień bowiem potrafi dostarczać płyty, które potrafią nieźle w tych listach namieszać.

SARAPATA "EP1", Agora

9/10


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama