Reklama

Reklama

Robert Plant & Alison Krauss "Raise the Roof": Nie w kij wiatry puszczał [RECENZJA]

Nie w kij, bo mówimy wszak o osobach, które - jak policzyć wspólnie - mają na koncie 40 nagród Grammy. Serio. Nie przewidzieliście się.

Nie w kij, bo mówimy wszak o osobach, które - jak policzyć wspólnie - mają na koncie 40 nagród Grammy. Serio. Nie przewidzieliście się.
Alison Krauss i Robert Plant na okładce płyty "Raise the Roof" /

Jasne, że nagrody nie nagrywają płyt. A i do samych Grammies można mieć szereg zastrzeżeń, choćby kuriozalnych od lat triumfatorów w kategorii "metal". Tym niemniej, coś tam trzeba umieć, żeby taką statuetkę przytulić. A przytulić ich tyle, co nasz duet? No nie w kij wiatry puszczał to umiejętność.

Szczególnie, że pięć z nich przytulili już wspólnie, w 2007 roku, przy okazji poprzedniego muzycznego spotkania, płyty "Raising Sand", nie wspominając o wyniku sprzedażowym powyżej miliona sztuk. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy też, że to nie Plant, a Krauss ma Grammies więcej - aż 27, co stawia ją na czwartej pozycji w historii tych nagród, za Georgiem Solti (31), Quincym Jonesem i Beyonce (po 28). Czyli do pudła brakuje jej jednej statuetki. To znaczy brakuje "póki co", bo sądząc po zawartości "Raise the Roof" Krauss na luzie nadrobi niedługo stan posiadania.

Reklama

"Raise the Roof" jest bowiem - odważę się, a co! - płytą od poprzedniczki lepszą. I jasne, że to nadal covery, ale raz: tracklista jest zmontowana absolutnie znakomicie. Dwa: wydaje się, że poziom synergii między naszą dwójką osiągnął poziom wyższy niż poprzednim razem. Dodatkowym atutem jest opieka producencka absolutnie fenomenalnego T-Bone'a Burnetta. I tu znów z kronikarskiego obowiązku: jeśli znacie go tylko jako producenta, albo muzyka towarzyszącego Royowi Orbisonowi, koniecznie sprawdźcie jego płyty solowe. A najlepiej "The Criminal Under My Own Hat" (1992).

Wiśniówką na torcie zaś może być udział sesyjny Billa Frisella (John Zorn anyone?) i Marca Ribota (też Zorn, a także oczywiście Tom Waits, Laurie Anderson, Elvis Costello, Marianne Faithfull etc).

Wróćmy jednak do tracklisty. Poza szerzej znanymi Calexico, Merle Haggardem, The Everly Brothers czy Bertem Janschem znajdziemy mniej popularne klejnociki: a to folkowe, a to bluesowe, wreszcie r'n'b. Czyli reprezentowane jest właściwie wszystko, co podpada pod zbiorczy termin "americana". Songwritersko mamy więc do czynienia z klęską urodzaju raczej, niż odwrotnie.

Tym jednak, co przesądza o jakości "Raise the Roof" jest wylewająca się z tego albumu szlachetność. I prostota. I Plant, i Krauss doskonale rozumieją, że czasem mniej to więcej i sposób w jaki tkają swoje wersje taki właśnie jest - oszczędny, nienachalny. Na płycie, zdaje się, nie ma jednego nawet nadmiarowego dźwięku. Przeciwnie. Co numer, to czuje się pewien niedosyt.

Żadne to wobec jego solowej kariery zaskoczenie, szczególnie w nowym millenium (tak od "Dreamland" z 2002 roku wzwyż), ale facet który kiedyś był absolutnym hardrockowym powerhousem, dziś doskonale rozumie, że nie ten lepszy co głośniej drze ryja, tylko ten, co ma coś mądrego do powiedzenia. To plus absolutnie przepiękna barwa Krauss tworzą harmonie, które u kolegów po fachu znajduję może tylko u Neko Case czy nieodżałowanych The Civil Wars. No dobra, czasem może jeszcze u wspomnianych Calexico.

Czapki z głów. To, co usłyszycie na "Raise the Roof" odróżnia tych dobrych i bardzo dobrych od genialnych. I każdemu muzykowi wypada życzyć, żeby starzał się z taką muzyczną mądrością i klasą jak Plant (bo kobiecie "doświadczenia" wszak wypominać nie wypada). Fantastyczny strzał. Prosto w serce i w tegoroczne muzyczne podsumowania.

Robert Plant & Alison Krauss "Raise the Roof", Warner Music

8/10

PS Robert Plant i Alison Krauss 18 lipca 2022 roku wystąpią w Operze Leśnej w Sopocie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL