Recenzja Drake "Scorpion": Dwa oblicza miękkiego rapera

Trzy słowa, które najlepiej opisują najnowsze dzieło kanadyjskiego rapera? Rekordy, rekordy i jeszcze raz rekordy.

Drake "Scorpionem" bije kolejne rekordy

Drake już niedługo wprowadzi się do nowego domu, luksusowej rezydencji na obrzeżach Toronto. Podobno ma się w nim znaleźć specjalna sala, w której będą znajdowały się wszystkie jego wyróżnienia. Ciekawe, czy architekt zawczasu pomyślał o wielkim sukcesie "Scorpiona", bo najnowszy album rapera, na pewno zdobędzie kilka statuetek i będzie potrzebne dodatkowe miejsce.

Reklama

Drake jest niczym Midas. Czego nie dotknie zamienia to w złoto. Wydaje się też, że w jego przypadku niemożliwe nie istnieje i to pod każdym względem, zwłaszcza finansowym i artystycznym. Czy ktoś inny mógłby sobie pozwolić wykorzystać wokal Michaela Jacksona, żeby ten ubarwił genialne "Don't Matter To Me"? Komu tak dobrze udało się połączyć różne hiphopowe światy? Przecież na jednej płycie można współpracować z takimi ludźmi, jak DJ Premier, No I.D., DJ Paul, Murda Beatz i T-Minus. Wreszcie, komu udaje się bić własne rekordy, i to nie tylko w serwisach streamingowych? Odpowiedź jest prosta. 

"Scorpion" nie potrzebował dodatkowej promocji, ale beef z Pushą T do przypadkowych raczej nie należał. Autor znakomitej "DAYTONY" zarzucił Drake'owi, że ten ma dziecko z byłą modelką i aktorką filmów dla dorosłych, do którego nie chce się przyznać. Było głośno, więc co zrobił raper? Stwierdził, że nie ma co dalej ukrywać i wszystko wyjaśnił w "Emotionless" i "March 14" - utworach stworzonych w dwóch różnych konwencjach, które paradoksalnie są esencją płyty podzielonej na dwie części. Rap miesza się z miękkim, pościelowym brzmieniem, które ukazuje łagodniejsze oblicze rapera.

Szkoda tylko, że Drake nie postarał się o element zaskoczenia, bo można odnieść wrażenie, że przez 25 utworów zaczyna zjadać swój własny ogon i ma coraz mniej ciekawego do powiedzenia. Paradoksalnie... jest w tym też pewien urok, którego próżno szukać u innych. Są to klimat (pomijając tragiczny, zrobiony na jedno kopyto i wiele psujący refren w "Elevate") i emocje, które oczywiście grają pierwsze skrzypce. "Scorpion" zawiera również jego najlepsze rapowe numery od czasów "If You're Reading This It's Too Late". Jak zwykle nie ma tutaj miejsca na liryczne wygibasy (chociaż warto odnotować znakomity wers "My Mount Rushmore is me with four different expressions" w "Survival") i plucie do majka, ale czy ktoś tego od niego wymagał? 

Każda płyta Drake'a to prawdziwy popis producentów. On nigdy nie miał problemu wyborem porządnych, a nawet wybitnych bitów i nie inaczej jest tym razem. To muzyka jest główną siłą napędową płyty i to nieważne, czy Drake obraca się w stricte hiphopowej konwencji, jak w "Nonstop", "I'm Upset" i "8 Out Of 10", czy lubuje się w pościelówkach, z których każda jest wzorem współczesnego R&B. Cudowna, pięknie płynąca strona B, to być może nawet najlepsze, co mu się kiedykolwiek przytrafiło, a każdy z utworów to osobna historia. Weźmy takie "After Dark" - nie dość, że jest jednym z najlepszych utworów Kanadyjczyka, to na dodatek ciężko sobie wyobrazić ten numer bez udziału Ty Dolla $igna, który niewielkim nakładem sił skradł cały show. Z Jacko w "Don't Matter To Me" jest podobnie.

Album ratuje podział na dwie części, z których druga, "Side B", jest prawdziwą przyjemnością ("Finesse"!) i wad można w niej szukać na siłę. Tym razem słabiej jest z rapem. Niby ciągle istnieje w swojej własnej przestrzeni, w której znalazło się też miejsce dla Jaya-Z w przeciętnym "Talk Up", ale pytanie czy warto się w nią zagłębiać?

Drake "Scorpion", Young Money/OVO/Universal

7/10


***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Drake

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje