Recenzja Birdy "Beautiful Lies": Wtopić się w tłum

Ma niespełna dwadzieścia lat, a to już trzeci album w jej karierze. Niestety, małoletnia rewelacja z wiekiem stopiła się w rzeszy podobnych artystek. Choć nadal nie jest źle.

Birdy na okładce płyty "Beautiful Lies"

Zaczynała jako dwunastolatka, wygrywając "Open Mic UK", gdzie w cuglach pokonała wszystkich w kategorii "poniżej 18 roku życia", do której zgłosiło się na Wyspach - uwaga! - 10 000 uczestników. Mając lat czternaście z kolei, wydała swoją pierwszą płytę, gdzie urokliwym głosem, w otoczeniu akustycznych brzmień, wyśpiewywała głównie covery indie popowych i folkowych kapel. Wszyscy już wiedzieli, że oto narodził się talent i tylko czekać, bo za chwilę pewnie wystartuje z repertuarem własnym.

Reklama

Tak stało się, gdy Birdy skończyła siedemnaście lat. Album "Fire Within" świata może przed głodem i globalnym ociepleniem, nie ratował, ale z grubsza był bardzo udanym folkowo-popowym nagraniem. "Beautiful Lies" też udane jest. Ale jak dla mnie sygnalizuje coś bardzo niedobrego w obrocie spraw u Ptaszyny. To mianowicie, że dziewczyna, w której wielu pokładało nadzieje, jednak nie doskoczyła poprzeczki, grzęznąc na półeczce z przeciętną dziewczyńską muzyką, jaką nagrywa się teraz na kopy i przy każdej kolejnej takiej produkcji człowiek już najwyżej ziewa.

Przede wszystkim bruździ mi tu produkcja, która jest przycięta na wymiar Lorde, Lany del Rey, Bat for Lashes, czy Florence and the Machine. Czyli cały bezmiar muzyki, o której zwykło się mówić (a już sam termin jest odstręczająco wyświechtany), że to granie post-Kate Bush. Gdzie siłą Birdy była folkowa delikatność i akustyka, tu - poczynając od azjatyckich wstawek w otwierającym album "Growing Pains" - robi się jakiś niemożliwy barok, który zamiast podkreślać naturalne zalety naszej milusińskiej, czyli przede wszystkim śliczny, bardzo delikatny wokal, pcha ją w kierunku muzyki niby indie, ale jednak producenckiej. Nie byłoby w tym jeszcze jakiegoś strasznego grzechu, gdyby nie to że polotu w tej produkcji szczególnego nie ma. Ot, ogrywanie w kółko już od kilku lat tych samych patentów, takich samych sekcji rytmicznych, tych samych pogłosów. N-ta identyczna płyta. Pół biedy, gdyby album był normalnej długości, ale na przestrzeni aż 52 minut, w pewnym momencie zwyczajnie męczy.

Jest na tym albumie kilka piosenek pięknych, kilka fajnych energetycznych numerów, które z pewnością przypadną do gustu fanom Florence Welch. Birdy nadal potrafi pisać fajne rzeczy, ale prawdziwych sztosów jest tu niewystarczająco wiele, żeby unieść tak długą i tak monotonnie wyprodukowaną płytę.

Oczywiście śmiało możecie postawić mi zarzut, że zamiast docenić dobre rzemiosło, narzekam, trochę zresztą na wyrost. To oczywiście prawda. Ale, zwyczajnie, jest taki moment kiedy człowiek po prostu nie może już znieść kolejnej identycznej płyty, nagranej w idealnej zgodzie z udającą niezal koniunkturą. Nawet jeśli pop z definicji powinien być sformatowany, nawet ten bardziej inteligentny.

Dla mnie ta płyta to taki właśnie moment, choć Birdy trzeba oddać, że wszystko tu jest na swoim miejscu i zdecydowanie nie jest to album nieudany. Przeciwnie. Znakomite rzemiosło. Znakomite brzmienie. Znakomita przeciętność. Znakomita nuda.

Birdy "Beautiful Lies", Warner Music Poland

6/10

Dowiedz się więcej na temat: Birdy | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje