Reklama

Pop ściele koc

Mateusz Krautwurst i The Positive "The Positive", Luna Music

Znamy go z "Fabryki Gwiazd" i pokazowego sprofanowania amerykańskiego hymnu przed walką Pudziana. Na swoim debiucie Krautwurst z ekipą szczęśliwie niczego nie bezcześci. Zbyt zajęty jest zabawą w polskie Jamiroquai.

Reklama

Wbrew temu co może sugerować okładka i poligrafia, wstydu nie ma. Podsunięte przez zaprzyjaźnionego muzyka porównanie do ekipy Jaya Kaya ujmy rzecz jasna nie przynosi. Oznacza to, że materiał jest po soulowemu melodyjny, a do tego funkuje aż stopy pieką - bas wyrzuca na parkiet, gitarki i klawisze cmokają za nas z zachwytu. Choć nie wszystko jest tu skomponowane perfekcyjnie a przede wszystkim wystarczająco różnorodnie, aranżacje i brzmienie są w stanie wiele uratować. Nawet "Wojnę", zaczynającą się od rzewnego pianina do wtóru dźwięków burzy i uruchamiającą z miejsca wewnętrzny wykrywacz paździerza.

Wysoki poziom wykonawczy oraz realizacyjny nie podlega dyskusji - niskie tony w "Liryku", dobrze podkręcone tempo "Bonda", refren "Niekompletnego", drapieżne, pełne wigoru "Nie na zamówienie" ze swoim, odbiegającym od reszty pomysłem na wokal budzą obiektywne uznanie. Czuć za to niestety deficyt wyobraźni i świeżości. Wspominane Jamiroquai od początku lat 90. raczej bazowało na wypracowanej formule niż ewoluowało, a jest tu punktem granicznym. Materiał wydaje się prince'owy, trochę wonderowski.

Pewną wskazówką niech będzie tu, że z odwiedzinami nie wpada tu Afromental czy Mrozu, a Natalia Kukulska z Urszulą Dudziak. I, z całym szacunkiem, niby wszystko znakomicie, a jednak wiemy, że The Positive rozpali do białości co najwyżej w warunkach sopocko-opolskich, nie światowych. Taki "Popik" naprawdę brzmi jakby Robert Janowski próbował mierzyć w funky i house.

Winny jest Krautwurst. Jego głos ma swoją głębię i barwę wystarczająco miłą, by uczynić z wyjściowego faceta idola. Właściciel nie posługuje się nim jednak na tyle elastycznie, żeby utrzymać uwagę słuchacza po kilku utworach. Zwłaszcza, że z tekstami różnie bywa. Na szczęście sporo lepiej niż u Poluzjantów (kolejne, nasuwające się niejako z automatu porównanie), u których każda próba posługiwania się mową ojczystą uwalniała u odbiorcy kolejne pokłady zażenowania.

Po rzuconych na początku wersach "tysiące spraw, tak trywialnie / każą nam sprzątać, kosić trawę i prać / zamiast bez wad, gdzieś na łódce / uprawiać seks, aż orka połknie jej wrak" apetyt rośnie, bo Mateusz wykazuje się jakąśtam językową lekkością i wyobraźnią. Później już raczej - że skorzystam z jeszcze jednego dobrego cytatu - "znowu pop / trocinami w mojej głowie / ściele koc, aby umysł na nim spał". W zalewie częstochowskich rymów chwalić można tylko próby oddalenia się od sypialnianego "gejzera uniesień" i parę ciekawych szołbiznesowych prowokacji. "Robert wiedział sam, że promuje chłam" - cóż, łatwo wymienić w tej branży co najmniej czterech Robertów do których cynicznego zarabiania pieniędzy dobrze to pasuje. Powiedzmy, że w dobre intencje Mateusza wierzę. Przynajmniej troszeczkę.

6/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Positive | mateusz | Mateusz Krautwurst | KOC | recenzja | płyta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama