Reklama

Reklama

Otsochodzi "Tarcho terror": Słowo droższe od pieniędzy? [RECENZJA]

Kilka lat temu wolta stylistyczna Młodego Jana wywołała spore poruszenie. Jedni zarzucali mu porzucenie trueschoolowego stylu na rzecz tandety i plastiku, inni cieszyli się, że mogą testować smartfonowe głośniki. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku, ale od jakiegoś czasu, warto się zastanowić, czy obrana ścieżka jest dla Otsochodzi rzeczywiście dobra.

Kilka lat temu wolta stylistyczna Młodego Jana wywołała spore poruszenie. Jedni zarzucali mu porzucenie trueschoolowego stylu na rzecz tandety i plastiku, inni cieszyli się, że mogą testować smartfonowe głośniki. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku, ale od jakiegoś czasu, warto się zastanowić, czy obrana ścieżka jest dla Otsochodzi rzeczywiście dobra.
Otsochodzi na okładce "Tarcho terror" /

Pod względem finansowym na pewno, więc pozostaje się tylko cieszyć i gratulować, natomiast artystycznie można mieć sporo wątpliwości. Przypomnijcie sobie tylko "7" i "Slam" - to było coś wyjątkowego w erze kolejnych kserokopii. Otso wyróżniał się umiejętnością poruszania się po klasycznych podkładach, przyzwoitymi tekstami i stylu, którego tak bardzo brakowało ówczesnym newcomerom.

Zmiana, która nastąpiła na "Nowym kolorze" była szokiem. Treści stały się puste jak sklepowe półki w PRL-u, a całkiem niezłe beaty okazały się niezbyt wygodne dla samego rapera. W przypadku jednorazowego wyskoku takie ruchy można zrozumieć jednak "Miłość" i "2011" utwierdziły w przekonaniu, że Otsochodzi jako raper nie ma nic do zaoferowania, bo te albumy były nudne, jak film o facecie w łódce, tak luźno nawiązując do klasyki polskiej kinematografii. Szansą na rehabilitację było OIO, gwiazdorski projekt młodych, niekoniecznie gniewnych, ale stołeczny MC nie zagrał w nim pierwszoplanowej roli. Nadszedł czas na "Tarcho terror", który po raz kolejny ma szansę udowodnić, że Otsochodzi ma jeszcze coś do przekazania. I co? Nic się nie zmieniło. Niby wizjoner, któremu przychodzą buty z Italii, a nie prasuje koszulki. I w niczym to nie przeszkadza, bo i tak ma dripa.

Reklama

Niech to posłuży za najlepsze streszczenie "Tarcho terror", które ponownie atakuje tekstową bezbarwnością, pustką i wersami z generatora, które kładą akcent na bycie lepszym, drogie marki i wyznaczanie wyimaginowanych trendów. Trochę szkoda, bo od rapera zawsze trzeba wymagać trochę więcej niż tylko stylu (chociaż są i tacy, którzy nadrabiają nim wszystko), liczy się też treść, a tej w przypadku Otsochodzi nie ma w ogóle.

Powtórka z rozrywki, niemalże kopia z poprzednich longplayów z raptem kilkoma momentami, które mogą się podobać. Co my tu mamy? Bookerów, którzy są w szoku, markową odzież, diamenty na ścianie, Ubery, perfumy Diora, powiększający się kwit z każdym albumem, mimo że chwilę później gospodarz zapewnia, że nie chce gadać o pensji, a ZAIKSy to nic innego jak alimenty. Aha, komicznie brzmi przy tym "Robię szmal po to, żeby d*py, które zbliżają się do mej szyi, poczuły chłód"...

Z tej przezroczystości można zrobić atut, a nijakie slogany, które brzmią niczym żywcem wyjęte z losowej reklamy i linijki, w których nie jest potrzebny kalkulator, są tylko narzędziem do nabijania cyferek, ale żeby nie było aż tak nudno, to zdarzają się tu wersy, którym trzeba przyklasnąć, chociażby celne "Twoja płyta ląduje w żółtym kontenerze, no bo to plastik". Sporo dobrego dają też niektórzy goście. Young Igi samplował jazz i pali jazz, Gruby Mielzky płynie na swoim stałym poziomie i rzuca zabawne "Znowu z rana mnie wydzwania jakiś koleś / Zamarzł od czekania, coś jak Najman pod stadionem" w "SMS", a Berson, zdolny leser z urokiem, w "Takiej pracy" wjeżdża w swoim stylu jak po swoje.

Słuchalności "Tarcho terror" dodają podkłady, a te jak zwykle u Otsochodzi są po prostu świetne. Absolutna ekstraklasa pełna różnorodności i budząca nie tylko zazdrość konkurencji, ale i godna pokazania poza granicami kraju. Mistrzowsko brzmi "W dół", w którym samplowany kobiecy głos nadaje lekkości, "KFC", "WWA melanż" i "Poj*ebane stany" atakują południowym sznytem, zwłaszcza ten ostatni, który brzmi niczym odrzut z jednej z outkastowych sesji. "Luty" to (nie)świadome nawiązanie do dawnych podwórkowych klasyków, mocne bębny napędzają najntisowy "Robię taki rap od kilku lat na Tarchominie", a "Taka praca" to nie tylko szkoła Noona, ale i cudownie wpleciona próbka Rezerwatu, która dobrze kontrastuje z popisami Phunk'illa na gramofonie.

Skupiając się tylko na rapie i przy tym chwytając się tytułu to słuchanie nowej produkcji Otoschodzi to rzeczywiście terror, jednak dzięki innym składowym można zmienić trochę optykę. Są goście, którzy dodają kolorytu, podkłady nie tylko bujają, ale i unoszą raperów, nawet skity są więcej niż przyswajalne. Z braku laku można sprawdzić, ale są znacznie ciekawsze zajęcia.

Otsochodzi "Tarcho terror", 2020

5/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy