Reklama

Reklama

Michał Wiśniewski "La Revolucion": Rewolucji nie ma (recenzja)

Włosy przycięte i przefarbowane. Wzrok cierpiętniczy. Na liście płac brak (rzekomego) talentu Jacka Łągwy... Czy to wystarczy do rewolucji?

Sądząc po oprawie wizualnej, można było przypuszczać, że oto Wiśniewski poddał się w końcu swojej wielokrotnie deklarowanej miłości dla poezji, chwycił gitarę i zaczął iść w ślady samego Dylana. Nic bardziej mylnego. "La Revolucion" to album wypełniony czysto popowymi i pop-rockowymi brzmieniami, dodatkowo mocno uwspółcześnionymi w stosunku do tego, czym epatowało Ich Troje. Ale od formuły formacji wcale nie tak daleko. Bo już w drugim numerze, "Wybuchnij" nasz bohater oddaje wokalną ekwilibrystykę w ręce (gardło?) koleżanki. Ta radzi sobie przyzwoicie. Gorzej, że musi wyśpiewywać bzdury w rodzaju: "Zrzuć skórę/i do góry/wzbij się ze mną/ponad chmury".

Reklama

Duszę szansonisty ujawnia natomiast pan Michał w balladzie "Piękna jest miłość". Już od pierwszych fraz czule okala nas brzmienie dęciaka. W kontraście z - jakby nie było - charakterystycznym wokalem Wiśniewskiego brzmi to całkiem fajne, choć w tekście smutek zawstydzający Joy Division. Ale oczywiście po połowie numeru trzeba go zepsuć remizowymi chórkami. I sam nie wiem, czy to naprawdę grafomania, czy Michał Wiśniewski robi sobie z nas jaja. Konkretnie: "Piękna jest miłość, która nie boli / Która spokojny daje sen / Nie zgadniesz komu kto..."

Jaki rym widzicie w miejscu wielokropka, Drodzy Czytelnicy? Otóż nie macie racji. "Nie zgadniesz komu, kto i dlaczego" - śpiewa tam Wiśniewski. I niestety, im dalej w las, tym gorzej. Nieznośny patos, tekstowe mielizny. Najgorzej, że wrażenie uwspółcześnienia brzmienia także powoli mija. Jakieś pseudoklasyczne zagrywki. Wspierane "parapetami" i smykami partie gitar. Filharmonia z Casio.

Wiśniewskiego rehabilitują odrobinę takie numery jak pseudo-włoska "Bella Ragazza", gdzie próbuje zdobyć słuchacza podejściem kabaretowym. Może nie najwyższych lotów to humor, ale wypada na pewno lepiej, niż momenty, kiedy nasz bohater próbuje jawić się jako natchniony poeta, walczący ze swoimi demonami melancholik. Potwierdzenie znajduje to w spauperyzowanej wersji Renaty Przemyk, to jest w "Szkoda słów".

I jakkolwiek nie charakterystyczny i charyzmatyczny byłby z niego wokalista, trudno oprzeć się wrażeniu, że patologicznie zakochał się w swojej barwie. Śpiewa manierycznie jak nigdy, partie wokalne w produkcji wypchnięto do przodu do tego stopnia, że praktycznie niewiele poza nimi słychać. Zabieg to pewnie celowy, by oddani fani łatwiej zapamiętali melodie. Ewentualnie wyraz nieskrywanej sympatii do Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze.

Trudno jednak przecenić jedną zaletę muzyki Michała Wiśniewskiego. Wspólnotę emocji i doświadczenia z artystą może poczuć każdy człowiek. A także niektóre inne naczelne. A nośność refrenów nierzadko jest imponująca, jak w "Prawie do gwiazd", "Jestem wściekły", czy "Piosence jak pocałunek". W ramach muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej - a tej przecież w naszym kraju najwięcej, płyta Wiśniewskiego będzie plasować się w ścisłej tegorocznej czołówce, a niejedno polskie blokowisko będzie nam na święta tonąć nie tylko w śniegu, ale i dźwiękach "La Revolucion". W końcu takiej "Bałkanicy" prymitywizm i prostota nie przeszkodziły stać się hitem...

Michał Wiśniewski "La Revolucion", My Music

4/10

Zobacz teledysk "Piosenka jak pocałunek":

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy