Reklama

Małach "Bartek": Z podwórka do ekstraklasy [RECENZJA]

Małach daje wzór rozwoju wielu przykutym do ławki osiedlowym kierownikom. Jego "Bartek" jest budowany na pracy, dojrzałości i szacunku do odbiorców oraz samej gry. Jeżeli tylko słuchacz lubi prostolinijny hip hop z mnóstwem melodii, to ta płyta nie może się nie spodobać.

Małach na okładce płyty "Bartek"

Korzeniem warszawskiego rapera Małacha jest rap uliczny, "ciemnostrefowy", ten od prostego kodeksu honorowego, czarno-białej wizji świata, kwadratowych ruchów powodujących u "normalnych" ludzi odruchowe sprawdzenie portfela, kwadratowych rymów do przewidzenia zanim jeszcze padną. I choć sporo wody w Wiśle upłynęło od złotych czasów Ciemnej Strefy, a nawet płyty w Prosto, to - ku irytacji samego zainteresowanego - niektórzy wciąż patrzą na niego jakby się nic nie zmieniło.

Reklama

Korzystają z wygodnego, nieaktualnego dłuższy czas stereotypu niczym politycy, którzy biorąc udział w drugim hot 16 challenge, zakładając, że za duża bluza i przekręcona bejsbolówka to kwintesencja bycia hiphopowym w 2020 roku. A tu niespodzianka, może jednak warto podsłuchać zanim się skomentuje, bo u Małacha mityczna prawda wcale nie jest ważniejsza niż muzyka. I to, co osobiste, nie kryje się wcale za całym zestawem ogólników i sloganów.

Powiedzieć, że "Bartek" nie jest hermetyczny, to nie powiedzieć nic. Gitara Mikołaja Grzywacza jest właściwie wszechobecna, muzyk sięga też po bas i klawisz. Odzywają się również skrzypce Łukasza Czekały. Dochodzi do sytuacji, że dysponując podkładami różnych, renomowanych bitmejkerów (Magiera, Szwed, 2check, Zbylu, PSR), obytemu z produkcją gospodarzowi (plus człowiekowi od miksu) udało się uzyskać wrażenie, że za całością stoi jedna osoba, zafiksowana na miłym dla ucha rapie środka. Nie dość, że bębny nikomu głowy nie urwą (choć w takim "Nie siadam" są naprawdę fajne), a bas żołądka nie ściśnie, to refreny spokojnie dają się śpiewać. I tematyka jest taka, jak na spotkaniu na grillu - zachwyt rolą ojca, opowieści o odejściu od nałogu, trochę cywilizacyjnych lęków.

Ktoś może odnieść wrażenie, że się do "Bartka" dystansuję. Przyznaję, nie jest to do końca płyta dla mnie, bo choć dorosła, nie szczeniacka, wymykająca się prymitywnym kliszom, to jednak dla kogoś, kto rap i samego Małacha obserwuje, dostarcza wszystkiego tego, czego się wcześniej spodziewał, a ja lubię być choć trochę zaskakiwany. Brzmienie jest bez jednej drzazgi, bez jednego sęka, białe, ułożone, aranżowane za ładnie jak na hip hop. Kompozycje zdają się utopione w melodiach. Refreny balansują gdzieś pomiędzy muzyką podwórek i muzyką rozgłośni radiowych i lgną za mocno do tej drugiej, np. w "Detoksie". Ale jednym jest gust i estetyczne upodobania recenzenta, a czym innym praca włożona w całość.

Więc może dla odmiany komplementy i to, co się autorom udało. Na pewno Małach jako raper ma rozpoznawalny, wyrobiony styl. Kontroluje głos, stroi mu do bitów. I pilnuje, żeby z flow coś się działo - np. "Nie siadam" ma swój patent, a "Rozsądek" - przyspieszenia. W tekstach różnica między ujmująco prostolinijnym a żenująco prostackim zawsze jest zauważana, przynajmniej u gospodarza, bowiem Ero "pierdzenie na japę" mógł sobie darować.

Autor "Bartka" może przedstawiać się jako ten zwyczajny chłopak z sąsiedztwa, dobry ziomek, co to zawsze poleje, choć nigdy nie pije, ale też pamięta o tym, że jest raperem i rzuci czasem czymś w deseń "Mój rap się nie kurzy, bo lata i się niesie" czy "Już długo chodzę, może czas polatać". I dobrze.

Podoba mi się szacunek do odbiorcy wyrażany na wiele sposobów. Na przykład tym, że Małach chciał mu dać album nie składankę, że utwory zazębiają się nie tylko brzmieniowo, ale i tematycznie, tworząc spójny, bardzo słuchalny monolog. Albo brakiem budowana dętej opozycji na stare i nowe, demonizowania innych rytmów i innych narzędzi - otwartość małachowej głowy przekonująco deklarowana jest (rapem i produkcją) w "Trapach", po których wjeżdżają jeszcze zupełnie współcześni "Tytani pracy" z niezawodnym Paluchem.

Nie tylko do nich będę wracać. Świetnie wypadają bogate w detale, wartkie opowieści - i ta pełna używek i przypałów z "Flashbacka", i ta wzruszająca "Z perspektywy taty". "Postęp" i "Sens" mają ujmujący klimat Waco ze "Świeżego materiału", ten drugi w dodatku ma jeszcze dwa refreny i świetnych gości - Rufuz jest dobry, Zbuku bardzo dobry, z zawodnika nijakiego wyrósł zdeterminowany i stylowy.

"Wielkie rzeczy" również są świetnie obsadzone, i KęKę, i zwrotka Grizzleego, i gitara powtarzająca za refrenem to dobre pomysły, ale tu akurat króluje refren, jeden z najlepszych w tym roku. "Co dalej" rzeczywiście każe patrzeć w przyszłość tego twórcy, bo jest produkowane i nawinięte z nerwem, poza zasięgiem amylazy hejterów. Rozwój Małacha cieszy i jest okazją do tego by szanować ucho, dojrzałość i mnóstwo pracy zamiast nobilitować dumnych z bycia głupimi, żywe bannery reklamowe czy natchnionego psychopatę.

Małach "Bartek", Sony Music Polska

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małach | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje