Reklama

Reklama

Little Simz "Sometimes I might be introvert": Królowa lwica [RECENZJA]

W rapie nigdy należycie nie doceniało się kobiet oraz sceny brytyjskiej, z Afryki może i czerpano - ale płytko, do tego zrywami. Wreszcie nastąpił zwrot akcji i ani trzecia młodość Nasa, ani powrót do złotych dla gatunku lat 90. nie dają branży odetchnąć tak, jak Little Simz i jej nowy album.

Okładka albumu Little Simz "Sometimes I might be introvert"

Pierwszy numer na płycie, a zarazem poważny kandydat do singla roku, rusza z wojskowymi werblami, chórami i patosem. Dziewczyna rapuje o królestwie, które jest w ogniu, krwi młodego mesjasza i grzesznikach w świątyni. Wywód jest na poły publicystyką i osobistą wypowiedzią, sprawnie i bezustannie przeskakuje od "my" do "ja". 

"Studiowanie ludzi czyni mnie antropolożką / nie siedzę w polityce, ale wiem, że to mroczne czasy" - obwieszcza artystka. Muzycznie się na szczęście wypogadza. Wojenny bit łapie oddech, melodię. Przez to sześć elektryzujących minut dzieje się więcej niż na większości rapowanych płyt z tego roku.

Reklama

Ale Little Simz - Brytyjka z nigeryjskimi korzeniami, która zdążyła już zostać namszczona przez branżowych gigantów Kendricka LamaraStormzy'ego, a przy tym ugruntować swoją pozycje wydanym przed dwoma laty albumem "Grey area" - nie chce być Public Enemy AD 2021. W jej palecie barw jest wiele kolorów innych niż czarny. 

Następny kawałek "Woman" to święto nienaskórkowego feminizmu i zmysłowości, coś w deseń młodej Eryki Badu i Lauryn Hill, wcale nie wiecznego rewolucjonisty Chucka D. Jeszcze kolejny, "Two worlds apart", przypomina, że to hip-hop, nie ma się co wyrzekać przechwałek, ostentacyjnej pewności siebie, dobrze wkomponowanego sampla (ze Smokeya Robinsona).

"Sometimes I might be introvert" to krążek będący pasmem doskonale przemyślanych niespodzianek. Wyspiarski "Guardian" przyrównał go do gry, w której odhaczasz zadania i coś w tym jest - to takie RPG, gdzie poboczne questy czynią postać silniejszą, ale z tyłu głowy pozostaje główna misja. Raperka przedstawia się jako ta uczciwa do kości, która nie jest zdolna do udawania, choćby chciała. I tak właśnie brzmi, na zaangażowaną, skoncentrowaną i bezpretensjonalną. Jej komunikatywność, lapidarność jest ulgą w dobie płyt stuminutowego wodolejstwa.

Misja misją, nie znaczy to, że Simz nie może na przykład zmienić narracji i opowiedzieć historii z perspektywy kuzyna, który ledwo uszedł życiem - tak dzieje się w "Little Q". Nie napisać poetyckiej - i wciąż klarownej! - piosenki o miłości jak w "I see you". Nie rozliczyć się z ojcem w pełnym mieszanych uczuć, zawstydzająco osobistym "I love you, I hate you". I nie podsumować skąd szła i gdzie doszła na najbardziej rapowy ze sposobów, bez omijania wulgaryzmów. 

"Nie potrzebuję bębnów, by podążyć za rytmem" - obwieszcza w "How did you get here" i podkręca tam tempo tak, że winszuję wszystkim, próbującym kwestionować jej warsztat.

Muzycznie dzieje się nawet więcej niż w tekstach. Ciepła, organiczna produkcja wydaje się nadrzędna, wizytówką wybrałbym tutaj wspomniane "I see you", rozśpiewany, rozbrzdąkany, niespieszny numer, w którym muzyka wynosi tekst. Ale w "Speed" żywe z plastikowym toczy swoją walkę, a "Rolling stone" dąży do grime'u i współczesnej miejskiej ścieżki dźwiękowej budowanej na Rolandzie TR-808. 

Ucztą dla ucha są numery nawiązujące do afrykańskiego dziedzictwa - pogodnie, wartko pulsujące, okraszone dęciakami "Point and kill""Fear no man" z powtarzanymi, chóralnymi zaśpiewami, plemiennymi bębnami i duchem lo fi w miejsce konfekcyjnego world music na polu realizacji.

Nie da się ukryć, że bohaterem "Sometimes..." jest również producent Inflo, kojarzony również z SAULT i Michaelem Kiwanuką. Tylko tu się niezręcznie ocenia podług ról. Komitywa osiągnięta z Little Simz jest niewiarygodna, tak (tylko gorzej) brzmią zwykle ludzie produkujący się sami. 

Muzyka fluktuuje, rośnie, zwalania, mieni się, spaja się z wokalem, by stworzyć nierozerwaną całość. Czy jesteśmy w Nigerii na targowisku, czy na jam session gdzieś w Filadelfii, czy na soundclashu we wschodnim Londynie, czy na slam poetry w kawiarni bliżej centrum - tu nie ma dysonansu. Gdy za sprawą wstawek robi się nieco musicalowo bądź nawet operowo, nadal go nie ma.

"Myślę, że potrzebuję owacji na stojąco / ponad dziesięć lat w grze, byłam cierpliwa" - stwierdza bez zbędnej kokieterii artystka. I tak jak Simba był królem lwem, tak Simbi (tak zdrabnia się jej imię) to królowa lwica. Pozostaje więc krzyknąć niczym hegemon do swoich zbójcerzy - baaaaaaczność!

Little Simz "Sometimes I might be introvert", Age 101 / Mystic

9/10   

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Little Simz | Little Simz recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje