Reklama

Kowbojski metal

Hellyeah "Stampede", Epic

"Stampede" to określenie panicznego galopu, używane przez teksaskich poganiaczy bydła. Okładka z rozjuszonymi bykami mówi sama za siebie. Zresztą wszystko na nowej płycie Hellyeah jest do bólu dosadne, teksaskie i kowbojskie, ale czy to źle?

Reklama

Hellyeah nie miało przy okazji debiutanckiej płyty zbyt dobrej prasy. Teraz zresztą też nie. Postrzegani przez pryzmat obecności w składzie perkusisty Vinniego Paula (eks-Pantera, Damageplan) i muzyków numetalowego Mudvayne, traktowani byli bardziej jako kolejny projekt na boku niż pełnoprawny zespół. Po trzech latach przerwy ukazuje się "Stampede" i można przyjąć, że Hellyeah funkcjonuje już na regularnych zasadach.

Wielkich zmian w stosunku do debiutu nie ma. Z tą różnicą, że Amerykanie postawili nacisk na to, co było na pierwszej płycie najfajniejsze. Czyli zmetalizowany southern rock, który brzmi jak Kid Rock na sterydach. Otwierający zestaw "Cowboy Way", najlepszy na płycie, bujający "Hell Of A Time" czy brzmiący jak ballada z baru przy kultowej Route 66 - "Better Man" to najlepsze przykłady. Wieśniackie to granie (gwarantuję, że członkowie Hellyeah nie obrażą się za to określenie), ale wyjątkowo rasowe. Nie każdemu musi smakować krwisty T-Bone Steak podany w amerykańskiej restauracji, ale prawie każdy, za wyjątkiem zdeklarowanych wegetarian, lubi sobie o nim pofantazjować. "Stampede" w swoich bardziej "południowych" fragmentach to granie właśnie spod znaku redneckowego country, konfederatek i strip-barów, których sieci Vinnie Paul jest zresztą właścicielem.

Gorzej, kiedy Hellyeah bierze się za metal. Ten wychodzi im dość topornie, a wszystkiego nie da się nadrobić potężną, selektywną produkcją i osławionym, amerykańskim groovem. Czasami jest lepiej ("The Debt That All Men Pay"), czasami gorzej (nudne "Order Of The Sun"), a chwilami Hellyeah brzmi niemal jak Pantera ("It's On"), co dziwić w sumie nie powinno. Pewnym kompromisem pomiędzy zwalistymi, motorycznymi numerami, a przepełnionymi południowym luzem rockerami są "Pole Rider" czy "Stand Or Walk Away" - odpowiednio ciężkie, ale zarazem przebojowe. Matematycznie wychodzi więc, że na "Stampede" przeważają te udane momenty. I tak faktycznie jest, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że Hellyeah dostarcza rozrywki raczej kilkurazowego użytku. Żaden z tych numerów do annałów metalu nie przejdzie.

Jeżeli potrzebna wam płyta do głośnego odtwarzania podczas jazdy samochodem lub jako tło do imprezy obowiązkowo zakrapianej Jackiem Danielsem, nie można w tym sezonie trafić lepiej. Kontemplacja "Stampede" w domowym zaciszu powinna być prawnie zabroniona. I-haaa!

6/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: metal | Stampede | Hellyeah

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje