Reklama

Reklama

Gonix "Riot Flow": Proszę pani! [RECENZJA]

Na mało kogo wylewa się w internecie tyle pomyj, ile na rapujące dziewczyny. Na szczęście potwierdza się stara zasada i to, co ich nie zabija, czyni je mocniejszymi. Doświadczona Gonix zdecydowanie dostarczyła mocną, dopracowaną EP-kę.

Gonix na okładce płyty "Riot Flow"

Tak jak Gonix wjechała w 2013 roku z impetem singlowym numerem "Trudne słowa (Mała Lady Punk)", tak z czasem zamieszania wokół niej było tylko mniej. "Funky cios, sexy głos" okazał się krążkiem zbyt słodkim, elektropopowym i dziewczęcym jak na możliwości naszego słuchacza, zwłaszcza tego sprzed lat. Udział w branżowej akcji promowania talentów spotkał się z krytyką, już mniejsza o to na ile uprawnioną. Minialbum z weteranką sceny, pamiętaną (albo i nie) z zespołu Paresłów raperką Dore przepadł.

A jednak Małgorzata nie tylko nie złożyła broni, co postanowiła ją przeczyścić i nabić. Po długiej przerwie porwała się na wydawnictwo nawiązujące w założeniu do ruchu riot grrl, który opublikował swój manifest na samym początku lat 90. Singlowe "Żodyn" rozpoczyna się od słów "żaden stary dziad nie będzie mówił mi jak mam żyć" rzuconych w eter w czasie Strajku Kobiet.

Reklama

Od razu uprzedzam - jeżeli PR i utwór promujący napompowały komuś oczekiwania na album brudny, głośny, punkowy i zaangażowany, może być rozczarowany. To jednak nie znaczy, że "Riot flow" nie jest dobre. Niesie go wszechstronność i pieczołowitość producencka St. Elmo oraz nieudawana pewność siebie rapu Gonix. Z tym "riot" to akurat ostrożnie, bo to bardziej punczek niż punk, w tym sosie czekolada góruje nad chilli. Jeśli dziewczyna odważnie zdefiniuje tradycję jako "presję społeczną martwych ludzi", to zaraz zasłania się wersem "jeśli słyszysz w tym arogancję, przebrnąłeś tylko przez clickbait". Hej, co złego w arogancji, jest 2021, miło już było.

Tak samo przekaz płynący z "Fuckboya", pięknie rozgrywającego piekło zwrotki i niebo refrenu Kasi Klich, jest bardziej maminy niż siostrzany, aż za grzeczny w dobie numerów takich, jaki właśnie pokazał Smolasty z Oliwką Brazil. Poza tym dlaczego nie być z gościem tylko dlatego, że jest dobry w łóżku? Mało było takiego przedmiotowego traktowania w drugą stronę?

Z drugą częścią tytułu, a więc flow, nie mam już żadnego problemu. Dźwiga grime'owy rytm utworu "Żodyn", toczy się z zadziorną gitarą "Nic", staccato szybko wyrzucanych sylab skleja się z bębnami w "Riot Flow", "Kręć!" dowodzi jego elastyczności idąc od przeciągnięć do przyspieszeń. Nie brak mu ani siły, ani entuzjazmu, ani słów, które poniesie.

Bo choć ze względu na intensywnie eksploatowaną manierę i tempo trochę sensów ginie, to to, co po kilku przesłuchaniach dociera, pozwala stwierdzić, że "Riot flow" jest bardzo przyzwoicie napisane. Dobrze rozegrane są krótkie piłki pokroju "machaj kuperkiem aż usłyszą szum muszelki" w "Kręć!", udaje się dobrać słowa do bardziej złożonych przekazów w rodzaju "kobieca narracja na własnych patentach działa na ludzi jak impertynencja" (sama ta linijka dałaby się rozcieńczyć do numeru albo chociaż epki). Skacze flow, skaczą i teksty, w najlepszym chyba rapowo numerze tytułowym od Gershwina do Ireny Tuwim. Zdanych egzaminów z popkultury jest tu więcej.

I teraz pokłon dla St. Elmo. Dzwoneczki i syntetyzowane dęciaki w bardzo brytyjskim utworze otwierającym? Żaden problem. Z ciężaru gitar w królestwo TR-808 kawałek dalej? Proszę bardzo. Potężny drum'n'bass podszyty oniryczną podszewką, ze zjeżdżającym, wobblującym basem na koniec? Jasne. Facet jest wielkim talentem, łączy wodę z ogniem jakby żywioły te były syjamskimi bliźniakami. Orientalne, zwiewne melodyki, bezlitosne bębny, on wszystko to ma.

Co irytuje? Chciałoby się główną bohaterkę czasem zwolnić, powściągnąć jej nadpobudliwość w kwestii dopowiedzi, przydać jej luzu, bo chce aż za bardzo. Wydaje się też, że tak krótki, zaledwie 20-minutowy materiał mógłby być spójniejszy treściowo - od feminizmu w znaczeniu globalnym przechodzi do intymnych relacji międzyludzkich, od młodzieńczego girl power do kompleksowych, dorosłych tematów. Wieńczy wszystko trudne, traktujące o zawłaszczeniu i kulturowym pasożytnictwie (przynajmniej ja tak to odbieram) "Mijając" - to dobry numer, lepiej jednak sprawdziłaby się jakaś potężna kropka nad i. Ogólnie chciałoby się większej myślowej dyscypliny, mniejszej dygresyjności.

Kiedy jednak przychodzi do myśli, z którą należy zostawić na koniec, to jest nią jakość. "Riot Flow" to wysoki, nieoczywisty tu nadal standard - brzmi, wygląda i nie zostawia obojętnym. Razem z EP-ką Ryfy Ri i Panamy oraz nadchodzącym WRR każe mówić o najlepszym czasie dla kobiecego rapu. Wreszcie!

Gonix "Riot flow", Fioletowa Fabryka Hitów

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gonix | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje