Reklama

Reklama

Editors "EBM": Przemysłowa przebojowość [RECENZJA]

"EBM" to prawdopodobnie najbardziej taneczny krążek Editors w ich dyskografii. Ba, jestem przekonany, że wielu fanów grupy nie spodziewało się, że Brytyjczycy aż tak mocno zaatakują parkiety. Przy czym to parkiet, nad którym unoszą się rury wentylacyjne, a kolorowo ubranego DJ-a ledwo dostrzega się zza dymu z wytwornicy.

"EBM" to prawdopodobnie najbardziej taneczny krążek Editors w ich dyskografii. Ba, jestem przekonany, że wielu fanów grupy nie spodziewało się, że Brytyjczycy aż tak mocno zaatakują parkiety. Przy czym to parkiet, nad którym unoszą się rury wentylacyjne, a kolorowo ubranego DJ-a ledwo dostrzega się zza dymu z wytwornicy.
Okładka płyty "EBM" grupy Editors /

Nie skłamię, jeżeli powiem, że zaanektowanie Benjamina Johna Powera do składu Editors to jedna z najlepszych decyzji, jakie mógł podjąć brytyjski zespół. Producent znany jako Blanck Mass, a obecny już jako współpracownik na poprzedniej płycie zespołu, niewątpliwie wprowadził masę życia do formuły grupy. Nawet jeżeli muzycy tak czy siak przez lata bardzo chętnie ją redefiniowali.

Jakbym więc osobiście zdefiniował nową pozycję Editors? Trochę post-punku, trochę synth-popu, trochę depeszowania, trochę disco i zaskakująco dużo industrialu? Doprawdy z niezwykłym połączeniem mamy tu do czynienia. Już rozpoczynające płytę "Heart Attack", którego refren niesie się jeszcze godzinami w głowie, potrafi zaskoczyć mostkami, którym prędzej do twórczości Nine Inch Nails, aniżeli czemukolwiek, co Brytyjczycy wcześniej tworzyli.

Reklama

Przepełnione przemysłowymi dźwiękami, syntezatorami przebijającymi się z tła i agresywnymi leadami "Strawberry Lemonade" to już przecież pełnoprawne zżynanie się z grupy Trenta Reznora z czasów "With Teeth". A biorąc pod uwagę fakt, że wokal Toma Smitha miejscami brzmi identycznie do Maynarda, ta prosta demonstracja pozwala pomyśleć, co mogłoby się u lidera Nine Inch Nails w folderze z niedokończonymi utworami supergrupy Tapeworm. A jeżeli myślicie, że to zaledwie tyle, to odpalcie kończące płytę "Strange Intimacy", które w swojej bogatej aranżacji zawiera najcięższe momenty w dyskografii Editors. Czy tylko ja w tych miejscach mam skojarzenie z Rammstein?

Elektronika przebija się tutaj na każdym kroku. Czy to w agresywnych arpeggiach "Picturesque" czy bardziej subtelnych, bujających się w tle w new orderowym "Karma Climb". To nie tak, że muzycy przesunęli gitary na dalszy plan. "Kiss" to w końcu już stadionowy rock z lat osiemdziesiątych, którego nie powstydziłoby się U2 w latach swojego artystycznego szczytu. W klimat wielkich stadionów idziemy również przy "Silence", ale tu przenosimy się o dwie dekady do przodu, a Bono transformuje się w Chrisa Martina.

To, czego nie mogę odmówić Editors na nowym krążku to przebojowość. Dawno muzycy nie postawili na aż tak wyraziste melodie i przede wszystkim refreny, które - jak jeden mąż - mają tendencję do błyskawicznego zostawania w głowie. Tak, to krążek nieziemsko wręcz singlowy, a jednocześnie sprawiający wrażenie spójnej całości.

Oczywiście, po czasie wychodzi to, że Editors lubią eksplorować identyczne motywy, rzucając wprost słuchaczowi powody do oskarżeń o monotematyczność. Nie zmienia to faktu, że jeżeli chcielibyście puścić dyskotekową muzykę osobom wychowanym na tej stacji radiowej na T..., to prawdopodobnie "EBM" mogłoby się okazać odpowiednim wyborem. To płyta idealnie łącząca w sobie vintage'owe zapędy Editors z mrugnięciami w kierunku bardziej alternatywnych i współczesnych klimatów.

Editors "EBM", PIAS

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy