Reklama

Reklama

Deafheaven "Infinite Granite": Ostateczne rozwiązanie kwestii metalowej [RECENZJA]

Jeśli gdzieś tam w głębi braku duszy łudziliście się jeszcze, że Deafheaven zachowali jakikolwiek punkt styczny z black metalem, to śmiało możecie już przestać. Nawet przynależność "Infinite Granite" do blackgaze'u jest de facto mocno wątpliwa.

Jeśli gdzieś tam w głębi braku duszy łudziliście się jeszcze, że Deafheaven zachowali jakikolwiek punkt styczny z black metalem, to śmiało możecie już przestać. Nawet przynależność "Infinite Granite" do blackgaze'u jest de facto mocno wątpliwa.
Okładka płyty "Infinite Granite" Deafheaven /

Jasne, że ta kapela dzieliła ludzi, jak mało co. Prawdziwki od zawsze jojczyły, że Deafheaven to albo profani, heretycy i zaprzańcy. A ze swoich nienawistnych - i zakutych - łbów słali śmiercionośne fale 666G w kierunku zapatrzonej w grupę z San Francisco hipsterskiej młodzieży. Z drugiej strony ta właśnie hipsterska młodzież oszukiwała się, że słuchając Deafheaven słuchają metalu, więc ma jakieś tam papiery ulegitniające ich w znajomości muzycznej ekstremy.

"Infinite Granite" winno rozwiązać ten konflikt raz na zawsze. Dlaczego? Dlatego, że swoją zawartością ostatecznie odpowiada na pytanie ile cukru w cukrze. Otóż zero. Nowe nagranie Clarke'a, McCoya et consortes z metalem nie ma zupełnie nic wspólnego. Granit locuta, causa finita. Co w sumie z pewnej perspektywy wypada pochwalić.

Reklama

Dlaczego? A dlatego, że z blackgazem było i jest dokładnie tak jak ze strumieniem świadomości jako metodą pisarską. Jasne, że można nim pisać po Joysie, nikt nikomu nie zabrania. Ciężko natomiast w czymś tak hermetycznym wznieść się ponad poziom "Ulissesa", czy choćby dodać jakąś własną cegiełkę w rozwój gatunku.

Tutaj podobnie - jakkolwiek śmiesznym i żałosnym człowiekiem nie byłby Kristian Vikernes aka Louis Cachet - pierwsze płyty Burzum były na tyle rzetelne i na tyle intensywne, że w swojej wielce wsobnej idiosynkratycznej szufladce ciężko znaleźć po nich coś lepszego czy równie dobrego, albo coś, co jakoś szczególnie zmieniało pole gatunkowej gry. Cała historia blackgaze'u to praktycznie tylko powolne dryfowanie post-vikernesowskich złogów w strefę oddziaływania My Bloody Valentine.

A w roku 2021 i w przypadku Deafheaven, łódź właściwie dobija do brzegu. Miejsca startu podróży kompletnie już nie widać, a nawet i w najmocniejszych momentach płyty, to jest na przykład w crescendowych końcówkach "Great Mass of Colour" czy "Villain" albo "Mombasa" (W tym ostatnim znajdą się faktycznie całe 2 minuty black metalu. Coś jak groszaki wyżebrane do kapelutka) zespół gra tak lajtowo i w tak rozwodniony, pastelowy sposób, że "Only Shallow" MBV jaki się wobec ich numerów, jako faktyczna ekstrema. A to jedne z - powtórzę - mocniejszych fragmentów tej płyty. Reszta tak naprawdę siedzi w najlepsze okrakiem na płocie między shoegazem a dream popem. A z daleka, swoją nalaną buzią, uśmiecha się w ich kierunku Robert Smith ze środkowego okresu The Cure.

No, ale dlaczego to chwalić? Bo Deafheaven poniekąd w końcu stają w prawdzie, a ta jak wiadomo potrafi wyzwolić. Bo wydaje się, że wraz z lecącymi latkami, mniej śmieszni będą grając tak, jak tu niż gdyby zapalczywie doklejonymi u kosmetyczki krogulczymi pazurami trzymali się blaszanego (blacha to metal - taka metafora) parapetu, jednocześnie na stopach mając wcale nie okute buty ale rozwiązane trampki.

Jest też jednak i powód do nagany. Jaki? Taki zapewne, że shoegaze i dream pop to równie ślepa uliczka co blackgaze. Różni się może ta uliczka - o ile w ogóle - szerokością, ale nie jakoś szczególnie. W dodatku przelani szklanką z jednej beczki do drugiej, może delikatnie większej, Deafheaven kompozycyjnie nie dowożą na tyle, by się w owej nie rozpuścić, nie zginąć wśród projektów podobnej proweniencji.

Koledzy po fachu z pewnego metalowego podcastu pokusili się nawet o stwierdzenie, że to najnudniejsza kapela świata. Ja może bym taki sąd odrobinę stępił. Ale stępienie czy wręcz otępienie najwyraźniej stało się również udziałem Deafheaven, którzy numer za numerem strzelają tym samym patentem, produkują te swoje akwarelki w kółko na ten sam kopyt. I nawet jeśli znajdzie się tu numer tak dobry, jak "Gnashing", to znów: jeden dobry kawałek dobrej płyty nie czyni. Na kolejne dotychczasowe płyty Deafheaven nigdy jakoś szczególnie nie czekałem. Teraz daruję sobie słowo "szczególnie".

Deafheaven "Infinite Granite", Cargo

6/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy