Reklama

Reklama

Bober "Przemyślany album": Myślenie ma przyszłość [RECENZJA]

Wszechobecna ironia, również ta dotycząca samego siebie. Prztyczki w rosnące z każdym rokiem branżowe nosy. Narzekactwo w wydaniu bardziej sympatycznym niż frustrującym. Niuanse, które wyłapać można, jednak wcale nie trzeba, by się dobrze bawić. U Bobera wszystko to, a nawet więcej.

Wszechobecna ironia, również ta dotycząca samego siebie. Prztyczki w rosnące z każdym rokiem branżowe nosy. Narzekactwo w wydaniu bardziej sympatycznym niż frustrującym. Niuanse, które wyłapać można, jednak wcale nie trzeba, by się dobrze bawić. U Bobera wszystko to, a nawet więcej.
Okładka płyty "Przemyślany album" Bobera /

Jeżeli nie słyszeliście ksywki Bober, to znaczy, że wasza znajomość polskiego rapu jest niewystarczająca. To zasłużony, w swoim czasie bardzo modny producent, który wciąż umie sobie przypomnieć czymś większym, na przykład obecnością na płycie Sokoła. Przepraszam, wkręcam, to akurat inny Bober, ten pisany z angielska. Ale bohater tego tekstu też ma sporo niepodważalnych zasług. Przed erą Koro wygrywał na freestyle'owych bitwach wszystko, co trzeba było. Podpisał kontrakt w wytwórni Quebonafide. Został jedną z gwiazd edycji akcji wyszukiwania talentów Popkiller Młode Wilki. Pokazał się na płycie Pokahontaz, projektu Rahima i Fokusa, a więc 2/3 legendarnej Paktofoniki.

Reklama

Czy więc Bober jest gwiazdą? Trochę tak. Naprawdę tylko trochę, bo sam śmieje się z raperów, którzy odklejają się od rzeczywistości po zażyciu odrobinki sławy. I sam przyznaje, że możesz mieć trzecią najpopularniejszą płytę w kraju i nadal musieć zasuwać łopatą na saksach. Nie wszystko jest bowiem takie, jak się wydaje. I to jest motyw przewodni "Przemyślanego albumu", trzeciej pozycji w dyskografii artysty. Jego autor może być pogodną, wyluzowaną i elokwentną mordeczką, jest też przy okazji mizantropem, który w wymalowaną i nabotoksowaną lalę voodoo jaką jest polski rap będzie wbijać szpilka po szpilce.

"Raperzy to debile" i "Nie jestem jednym z was" - przekazuje mistrz ceremonii. Czasem rzeczywiście bliżej mu do nonszalanckiej, standupowej drwiny. W realiach praktycznie pozbawionej dystansu do siebie społeczności wydaje się bezkompromisowy. Po "Obraziłem się na hip-hop" parę osób może poczuć się wywołanych do tablicy, zwłaszcza jeśli obejrzą klip.

"O co w tym chodzi" naraża gospodarza na atak Tiktokowej armii Edzia i krwiożerczych chrześcijan Taua. Nawet niewinny "Darek" zdaje się wykpiwać gatunkowy maczyzm i kult jednostki. Nie każdy może też połapać się w przewrotności "Je**ać ćpunów" z gościnnym udziałem Belmondo, który w odmiennych stanach świadomości nawywijał na scenie sporo.

Bober zdecydował się na pełnowymiarową współpracę z producentem 4money. Już wcześniejsza płyta Asthmy z Młodym pokazała, że mieć gościa od muzyki na miejscu u siebie w mieście to dobry pomysł, a to już drugi tandem z Bielska-Białej. Bliska kooperacja jest ważna, ponieważ raper nie tylko zagrywa wolnostylowe piłki w stylu "wyłapiesz kulę jak kręgle", jest konceptualistą pełną gębą. Człowiek od bitów najlepiej wydaje się czuć w miejskich, postdubstepowych klimatach w stylu Magnetic Man i jest tego na płycie trochę, ale przy tym ogarnia zadania. I nie chodzi o to, że trapowo stuka, cyka, czy rozbrzmiewa melodyjkami z dzwonków komórkowych.

Bober wymyśla sobie rozmowę z Jezusem? Dostaje podkład jakby Kanye West właśnie wyszedł z mszy. Wokalista chce przechwalać się w konwencji średniowiecznej? Natychmiast robi się folkowo. W tekście wzmianka o Prodigy? Muzyka skręca na chwilę w stronę wyspiarskiego big beatu.

"Przemyślany album" może nie utrafić w poczucie humoru słuchacza, może wydać się tekstowo hermetyczny i nie do końca przekonująco upozowany na malkontencki, nikt jednak nie zarzuci mu nudy. Kompozycje żyją i zmieniają się, wpadają w ucho (choć też często wypadają drugim). Dobrą robotę wykonano w refrenach. Rap z powodzeniem wplecie dialog, scenkę, mnoży patenty.

To nie tylko Dwusławowa napinka na błyskotliwość constans, bo na przykład "Balkon" to raczej młodzieńczość "Schodków" Maty. Czuć zamysł, upilnowaną wizję. Trafiona jest długość, kolejność numerów z miękkim wejściem i gorzkawym końcem, obsada zróżnicowanych gości (prócz Belmondziaka jeszcze Opał, Floral Bugs, Słoń i Feno).

Dlaczego więc po tych wszystkich pochwałach ocena to tylko 7/10? Po pierwsze -  to nie jest żadne "tylko" lecz "aż", całkiem wysoka ocena, gdzie szczebel wyżej oznacza już grono albumów dyskutowanych przy wybieraniu płyty roku. Po drugie - producentowi całości doskwiera to, co przez lata rzucało cień na dajmy na to Sir Micha, niepełne jeszcze wyczucie rapowej materii. Brzmi jak zdolny twórca elektroniczny, który zrobił rap, bo takie są czasy i taka była potrzeba, nie ma w tym jednak tego sznytu, brudu, pazura, brak intuicyjnego rozeznania. Po trzecie i ostatnie - rozumiem, że Bober wpisuje się w rolę wystudzonego ironisty, ale szanuje się go z dystansu, nie umie porwać, pociągnąć za sobą, wzbudzić emocji. A ja chciałbym wejść mu na ambicję, która z pewnością jest spora. Mamy tu na potencjał na jeszcze więcej.

Bober "Przemyślany album", QueQuality

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL